Strona główna Fakty żywieniowe Jak się żywić? Przepisy Historia diety Forum  

  Forum dyskusyjne serwisu www.DobraDieta.pl  FAQ    Szukaj    Użytkownicy    Czat      Statystyki  
  · Zaloguj Rejestracja · Profil · Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości · Grupy  

Poprzedni temat «» Następny temat
Literatura naukowa
Autor Wiadomość
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Czw Kwi 24, 2025 17:18   Literatura naukowa

To jest jakieś nieporozumienie, że szukałe godzinę tematu o książkach i nie mogłem znaleźć.
Tylko dlatego założyłem nowy temat.

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4856241/inne-umysly-osmiornice-i-prapoczatki-swiadomosci

Fascynująca książka. W zasadzie interdyscyplinarna, bo o ośmiornicach krążyły różne teorie.
Jest częściowe wyjaśnienie świadomości.
Jest wiele argumentów obalających teorie, że głowonogi pochodzą z kosmosu.
https://przekroj.org/swiat-ludzie/jak-ewolucja-stworzyla-umysl-dwa-razy/
Wywiad z autorem na zachetę.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Czw Kwi 24, 2025 17:18, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Pią Kwi 25, 2025 16:09   

Czy broń nuklearna nadal pełni tylko rolę odstraszającą?
Pewnie wielu ludzi zadaje sobie to pytanie.
https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5129443/wojna-nuklearna-mozliwy-scenariusz
"Jeśli dojdzie do wojny nuklearnej, prawdopodobnie właśnie tak potoczą się wydarzenia.

Wstrząsająca i pasjonująca książka Annie Jacobsen z narracją „minuta po minucie” prezentuje bardzo możliwy scenariusz przebiegu konfliktu jądrowego, który mimo że trwa zaledwie kilka godzin, niszczy całą cywilizację człowieka.

Plany dotyczące powszechnej wojny nuklearnej to jedne z najtajniejszych dokumentów rządu Stanów Zjednoczonych. Książka ta zabiera czytelnika na granicę tego, co można legalnie poznać. Odtajnione dokumenty – skrywane przez dziesięciolecia – dopełniają obrazu z przerażającą jasnością.

Poza uderzeniem asteroidy jest tylko jeden scenariusz, który może położyć kres naszej cywilizacji w zaledwie kilka godzin: wojna nuklearna. Przyczyną jej wybuchu może okazać się głowica z ładunkiem jądrowym wystrzelona w kierunku Stanów Zjednoczonych.

Raz na jakiś czas pojawia się dziennikarz, który decyduje się zajrzeć w głąb nuklearnych struktur wojskowych: analizuje stosowane technologie, zabezpieczenia, plany oraz źródła ryzyka. Taki przegląd to klucz do zrozumienia sił, od których zależy przyszłość całej naszej planety: jedna wystrzelona głowica pociągnie za sobą stosowną odpowiedź, a choreografię końca świata ułożą brzemienne w skutki decyzje podjęte w zaledwie kilka sekund i bazujące wyłącznie na danych wywiadowczych.

Finalistka Nagrody Pulitzera Annie Jacobsen w książce „Wojna nuklearna. Możliwy scenariusz” opisuje tykanie śmiercionośnego zegara, opierając się na dziesiątkach wywiadów przeprowadzonych zarówno z ekspertami wojskowymi, jak i cywilami, którzy pracowali przy tworzeniu broni nuklearnej, zostali wtajemniczeni w plan reagowania oraz byli odpowiedzialni za kluczowe decyzje na wypadek niekorzystnego rozwoju wydarzeń.

„Wojna nuklearna. Możliwy scenariusz” to wyjątkowa relacja z pierwszych minut po wystrzeleniu pocisku nuklearnego. To lektura obowiązkowa dla każdego, książka niepodobna do żadnej innej pod względem rzetelności researchu i głębi płynących z niego wniosków."

Znów wywiad z autorką na zachetę.
https://youtu.be/D94X3HeWe7M?feature=shared
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Sob Kwi 26, 2025 17:56   

"Najważniejszy na świecie jest seks. Zakochani to banda narkomanów, a z genetycznego punktu widzenia najzdrowiej dla Polaków jest szukać miłości… w Somalii.

Dlaczego miłość nie istnieje?

Jaki wpływ na płeć dziecka ma… mydło?

Dlaczego każde z nas powinno spełnić swój ewolucyjny obowiązek?

Kiedy najlepiej zacząć się interesować seksem?

Dlaczego mężczyźni są bardziej skłonni do zdrad, a kobiety bywają wybredne?


Inicjacja seksualna. Poligamia. Antykoncepcja i chemia zakochania. Seks starców. Fantazje i fetysze. Pornografia. O tym wszystkim w najnowszej i niestety ostatniej swojej książce rozmawiał z Marią Mazurek profesor Jerzy Vetulani. Jest zabawna i mądra, zaskakująca jak sam autor. I niedokończona. Przerwana w pół zdania przez jego tragiczną śmierć."
https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4843823/neuroerotyka-rozmowy-o-seksie-i-nie-tylko

Mimo że niedokończona, to i tak bardzo kontrowersyjna.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Wto Kwi 29, 2025 15:00   

"Jak żyć długo, mądrze i szczęśliwie? Refleksje neurobiologa" - prof. Jerzy Vetulani
https://youtu.be/-lLHs5DHRfI?feature=shared

Co prawda wykład a nie książka, ale wiele tematów poruszanych w tym wykładzie jest zawartych w książkach profesora.

No i świetna odtrutka na głupoty, które tu niektórzy wypisują.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Wto Kwi 29, 2025 15:01, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
zyon 


Pomógł: 69 razy
Dołączył: 04 Sie 2009
Posty: 9859
Wysłany: Wto Kwi 29, 2025 17:17   

Czyli krotko mowiac twoj profesorek lepszy niz moj jak to spiewal Kazik?

Te bzdury tego profesorka tez moge obalic cytujac samego siebie? ;D
Ciebie nie odtrulo, dalej jestes toksyczny. Dodam, ze psychologia to nie nauka, wiekszosc to urojenia nieferyfikowalne naukowo. Ale milo, ze widac kto w co wierzy

Ale jako ze to kacik naukowy to wkleje tez wyklad profesora Andrzeja Frydrychowskiego
https://www.youtube.com/w...NbUikT0&t=1449s
_________________
Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Pon Wrz 01, 2025 19:29   

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4973487/pi-razy-oko-komedia-matematycznych-pomylek

Najlepsza książka tego typu od czasów Ludzie. Krótka historia o tym jak spieprzyliśmy wszystko, Toma Phillipsa.
Z tą małą różnicą, że Pi razy oko jest bardziej dla tych którzy interesują się Matematyką i wyjaśnienia poszczególnych matematycznych wpadek nie będą przyprawiać o ból głowy.
Ale nie jest to warunek konieczny.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Pon Wrz 01, 2025 19:30, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Pon Paź 06, 2025 21:16   

https://youtu.be/uq1yCCwkMo0?si=TI5xWoKhw0XdIfqC
Książka istotne świetna.
Jeśli ktoś po lekturze któregoś z dzieł Szekspira czuł, że mu to zryło beret, to może w tej książce znaleźć odpowiedź dlaczego. :evil:
Jeszcze fajniejsze są ekranizacje powieści Szekspira. Polecam Hamleta z Melem Gibsonem w roli tytułowej.
Sen nocy letniej produkcji BBC w interpretacji brytyjskich studentów też nieźle wygina balkonik.

To jednak nie dla Marcina.
Dla niego to bardziej ekranizacja Mahabharaty.
3 godziny pierdzelenia bez ładu i składu.
Jak u kosmicznych miszczów.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Pią Gru 19, 2025 10:51   

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/129866/naukowcy-hitlera-nauka-wojna-i-pakt-z-diablem

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4808670/stalin-i-naukowcy-historia-tryumfu-i-tragedii-1905-1953

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/3838408/naukowcy-spod-czerwonej-gwiazdy

Wszystkie trzy świetne i trudno się oderwać jeśli ktoś lubi tego typu klimaty.
 
     
Witold Jarmolowicz 
Site Admin

Pomógł: 57 razy
Dołączył: 06 Sie 2007
Posty: 10198
Wysłany: Pią Gru 19, 2025 11:53   

Cytat:
„Książka »Naukowcy Hitlera« stawia pytania, które i dziś nic nie straciły na aktualności. Kiedy nauka jest uwikłana w budowę broni masowego rażenia nowej generacji i wojnę z terroryzmem, a postępy biotechnologii stawia się wyżej niż tradycyjnie pojmowaną etykę, ten przejmujący opis nazistowskiej nauki powinien być ważnym komentarzem do etycznej roli nauki. Wyczerpujący, dobrze udokumentowany i nade wszystko wnikliwy opis naukowców, którzy służyli Hitlerowi - a przynajmniej Niemcom - w czasach Trzeciej Rzeszy”.
The Washington Post
Ciekawa ta recenzja książki o naukowcach Hitlera. Ani słowa o tym, że eugenikę stworzył Anglik a praktycznie wdrożyli ją Amerykanie w USA na długo przed Hitlerem. I stosowali wobec mniej zdolnych białych, zabierając im dzieci, sterylizując i tworząc obozy koncentracyjne, nie tylko dla Indian. A teraz wszyscy huzia na Hitlera, chociaż to Anglosasi winni tworzenia i stosowania tych idei. Tam byle szeryf analfabeta mógł odebrać dzieci rodzicom, których uznał za ociężałych umysłowo.
Nie ma się co dziwić, w końcu to kraj etosu kowbojów czyli pastuchów.
JW
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Pią Gru 19, 2025 12:51   

Witold Jarmolowicz napisał/a:
Cytat:
„Książka »Naukowcy Hitlera« stawia pytania, które i dziś nic nie straciły na aktualności. Kiedy nauka jest uwikłana w budowę broni masowego rażenia nowej generacji i wojnę z terroryzmem, a postępy biotechnologii stawia się wyżej niż tradycyjnie pojmowaną etykę, ten przejmujący opis nazistowskiej nauki powinien być ważnym komentarzem do etycznej roli nauki. Wyczerpujący, dobrze udokumentowany i nade wszystko wnikliwy opis naukowców, którzy służyli Hitlerowi - a przynajmniej Niemcom - w czasach Trzeciej Rzeszy”.
The Washington Post
Ciekawa ta recenzja książki o naukowcach Hitlera. Ani słowa o tym, że eugenikę stworzył Anglik a praktycznie wdrożyli ją Amerykanie w USA na długo przed Hitlerem. I stosowali wobec mniej zdolnych białych, zabierając im dzieci, sterylizując i tworząc obozy koncentracyjne, nie tylko dla Indian. A teraz wszyscy huzia na Hitlera, chociaż to Anglosasi winni tworzenia i stosowania tych idei. Tam byle szeryf analfabeta mógł odebrać dzieci rodzicom, których uznał za ociężałych umysłowo.
Nie ma się co dziwić, w końcu to kraj etosu kowbojów czyli pastuchów.
JW


Galton tylko czerpał z pomysłów zrodzonych dużo wcześniej. W starożytności. Starożytni nie tylko o tym dyskutowali, ale też realizowali eugeniczne zamysły, zarówno z przyczyn ideologicznych jak i ekonomicznych.
https://historia.rp.pl/historia-swiata/art41604151-eugenika-barbarzynska-zabawa-w-boga
Na dobrą sprawę twórcą eugeniki był Platon.

Strona lubimyczytać ma tą zaletę, że poniżej każdej recenzji są proponowane książki o podobnej tematyce.
Często też jeszcze poniżej w komentarzach czytelników są poruszane kwestie, które mogą naprowadzić czytelników na coś więcej. Dokładnie tak jak Pan to zrobił dodając swój komentarz.

Paradoksalnie zjawisko eugeniki nie występowało wśród tzw prymitywnych plemion. Świadczą o tym archeologiczne odkrycia szczątków ludzkich w których uraz bądź choroba prowadziły do kalectwa, a mimo to dożywali oni starości.
Musieli być więc utrzymywani przez całą społeczność, tak jak dzieje się to w dzisiejszych czasach.

PS kto chce rozszerzyć wiedzę o współczesną eugenikę, polecam "Przyszła ewolucja człowieka" autor John Glad.
Napisał też książkę "Żydowska eugenika".
Temat mało znany i kontrowersyjny.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Pią Gru 19, 2025 13:26, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Śro Gru 24, 2025 09:44   

Fragment książki "IBM i holocaust" Edwina Blacka.

Cytat:
W miesiącach poprzedzających Anschluss z Austrią w marcu 1938 r. Veesenmayer pełnił funkcję głównego eksperta ekonomicznego Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Wiedniu. Dzień przed przejęciem Austrii, 12 marca, Veesenmayer przewiózł Himmlera z lotniska w Wiedniu do ambasady niemieckiej, aby pomóc w utworzeniu nowego austriackiego reżimu nazistowskiego. Jednak następnego dnia, zanim udało się ustanowić marionetkowy rząd austriacki, Hitler całkowicie zaanektował kraj. Rok później, na początku marca 1939 r., Veesenmayer udał się do Bratysławy, aby pomóc w zaplanowaniu zniszczenia Czechosłowacji i ogłoszenia marionetkowego państwa na Słowacji. Około 11 marca zawiózł dwóch starannie wybranych słowackich przywódców do Wiednia, gdzie spotkali się z Kepplerem, a następnie poleciał do Berlina na spotkanie z Hitlerem. Tego samego dnia Veesenmayer wysłał telegram do Ministerstwa Spraw Zagranicznych o treści „alle Juden in der Hand”, czyli „wszyscy Żydzi w ręku”. Pozostał w Bratysławie 15 marca podczas rozbioru Czechosłowacji. W nadchodzących dniach szybko zidentyfikowano Żydów. Veesenmayer był częstym łącznikiem z zagranicznymi ruchami bojowymi. Na początku 1940 roku przydzielono mu koordynację działań z dwoma członkami irlandzkiej armii republikańskiej wizytującymi Berlin. Później w Rzymie spotkał się z zaciekłymi antysemitami Aminem Husseinim, wielkim muftim Jerozolimy i Rashidem Ali Gailani, byłym premierem Iraku. Eskortował obu mężczyzn do Berlina na spotkania z Hitlerem.
To Veesenmayer pośredniczył w kwietniu 1941 r. w pisemnym porozumieniu politycznym między jugosłowiańskimi faszystami a morderczą chorwacką milicją znaną jako Ustashi, pomagając Chorwatom utrzymać się u władzy jako nazistowscy surogaci przy wsparciu niemieckiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Rzeczywiście, tego samego dnia, w którym pośredniczył w pakcie ustaszi, Niemcy zaatakowały Zagrzeb. Pod okiem Veesenmayera bojówki ustashi miały swobodę. Zadaniem Veesenmayera było utrzymywanie kontaktu z przywódcą ustaszów, Ante Pavelichem. W annałach wojennego okrucieństwa wobec Żydów nie było grupy tak sadystycznej jak chorwaccy ustaszowie. Używając pił łańcuchowych, siekier, noży i kamieni, oszalały, ubrany w swastykę Ustashi, brutalnie zamordował tysiące Żydów na raz. Przywódcy ustaszi otwarcie paradowali po Zagrzebiu z naszyjnikami składającymi się z żydowskich języków i gałek ocznych wyciętymi i wyłupionymi kobietom i dzieciom, wiele z nich zostało zgwałconych, a następnie poćwiartowanych lub pozbawionych głów. Sam Pawel lubił dawać wiklinowe kosze z żydowskimi gałkami ocznymi jako prezenty swoim gościom dyplomatycznym.


Bałkany to jednak piekiełko.
Jakimi metodami Tito trzymał to towarzystwo za twarz, to nawet nie chcę się domyślać.
Warto dodać, że Czesi i Słowacy też nie mieli lekko. Po okresie demolki tych dwóch państw w latach opisanych we fragmencie, dalszą demolką struktur społecznych i politycznych zajął się Reinhard Heydrich, jako protektor Czech i Moraw (1941-1942).
Jeden z głównych twórców holocaustu. Moim zdaniem największy psychopata wśród generałów III Rzeszy.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Sob Gru 27, 2025 22:24   

To co tygrysy lubią najbardziej.
https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5110271/klucz-do-niesmiertelnosci-natura-i-jej-sposoby-na-dlugowiecznosc

https://www.swiatksiazki....87-ksiazka.html

Trudno się oderwać.
Chciałem sobie rozłożyć na cały weekend, ale wczoraj wieczorem zacząłem, a dzisiaj skończyłem.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Pon Gru 29, 2025 19:56   

Cytat:
Śledzie, bliscy kuzyni sardynek, również żyją w ławicach, mają jednak gorsze maniery. Gdy po zapadnięciu zmroku chcą przegrupować się, by się nie zgubić, korzystają z sobie tylko właściwego sposobu komunikacji. Jest to metoda dość niegrzeczna, przez którą o mały włos nie doszło do wybuchu wojny.
W 1982 roku, zaledwie rok po tym, jak radziecka łódź podwodna przypadkowo zatonęła u wybrzeży Sztokholmu, szwedzka marynarka, poddając się napiętej atmosferze końca zimnej wojny, bardziej niż kiedykolwiek obawiała się sowieckiej inwazji. W prasie stale pisano o znakach wskazujących na jej nieuchronne nadejście. Właśnie wtedy operatorzy sonarów, a więc oficerowie marynarki odpowiedzialni za analizę przechwyconych przez te urządzenia dźwięków, wykryli nieznany odgłos, którego pochodzenia nie potrafili wyjaśnić. Ów „charakterystyczny dźwięk” pojawiał się w tym samym zakresie fal co warkot śrub okrętowych.
Szwedzki sztab generalny, sądząc, że wkrótce udaremni zasadzkę radzieckich łodzi podwodnych, odkomenderował ludzi do przeprowadzenia śledztwa. W sektorze zmobilizowano okręty podwodne, lecz nie udało się nawiązać połączenia radiowego z jednostką będącą domniemanym źródłem dźwięków ani zaobserwować jej na żadnym sonarze. Szwedzi, przekonani, że mają do czynienia z nieprzyjacielem dysponującym zaawansowaną technologią kamuflażu, wysłali samoloty i okręty wojenne, które przez miesiąc patrolowały cały obszar. Wszystkie jednostki składały taki sam raport: w miejscach, skąd dochodził sygnał, zauważano zawsze wypływające na powierzchnię bąbelki, ale łódź podwodna pozostawała nieuchwytna. Szwecja prawie wywołała incydent dyplomatyczny z udziałem ZSRR, który oczywiście zaprzeczył, jakoby sowieckie łodzie poruszały się po wodach Bałtyku. W kolejnych miesiącach i latach do sprawy „charakterystycznych dźwięków” wracano jeszcze kilkakrotnie. Za każdym razem, gdy dało się je słyszeć, wojskowi i dyplomaci na próżno usiłowali wyjaśnić i uspokoić sytuację. Zręczność i bezczelność, z jakimi te radzieckie okręty wodziły szwedzką marynarkę za nos, stanowiły dla wojskowych prawdziwy afront. Mimo wszystkich wysiłków armii niepokojące odgłosy w dalszym ciągu siały panikę widoczną zarówno na sonarach, jak i w świecie dyplomacji, a sytuacja nie poprawiła się nawet po upadku Związku Radzieckiego. W 1994 roku szwedzki rząd, doprowadzony na skraj wytrzymałości nerwowej, zrezygnował z dalszych prób rozwiązania łamigłówki. Premier Carl Bildt napisał do prezydenta Borysa Jelcyna list, w którym zarzucał mu, że nie jest w stanie zapanować nad ruchami swojej podwodnej floty. Jelcyn, rzecz jasna, wszystkiemu zaprzeczył.
Dopiero w 1996 roku szwedzka armia pozwoliła cywilom – zespołowi bioakustyków pod przewodnictwem profesora Magnusa Wahlberga – posłuchać zagadkowych odgłosów sklasyfikowanych jako „tajemnica wojskowa”. Naukowcy mieli podjąć próbę ich zidentyfikowania. Zanalizowawszy „charakterystyczne dźwięki”, uniewinnili rosyjskie łodzie podwodne i ustalili tożsamość winowajcy – była nim ławica śledzi.
Kiedy ryby zbijają się na noc w gromadę, podejmują dość oryginalną rozmowę: komunikują się za pomocą… wiatrów! Ich pęcherz pławny, organ zapewniający równowagę podczas pływania, wyposażony jest w skomplikowaną aparaturę, która produkuje gaz, a następnie wydala go naturalnymi kanałami. Ten koncert bąków niesie złożone informacje: składa się z sygnałów dźwiękowych powtarzanych rytmicznie w przedziałach od trzydziestu dwóch do stu trzydziestu trzech milisekund. Ryby wykorzystują je, by porozumiewać się na częstotliwościach niesłyszalnych dla polujących na nie drapieżników – nie licząc szwedzkiej marynarki. Pierdnięcia powodują też powstawanie poetyckiej kurtyny baniek, która pomaga śledziom trzymać się razem w ciemności. Wieczorową porą bąbelki szybują w górę wśród połyskujących ciał, tworząc harmonijny spektakl, z pewnością znacznie bardziej kojący niż perspektywa wojny, która za ich sprawą niemal rozpętała się w Europie Północnej.
:evil:

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4950338/elokwencja-sardynki-niewiarygodne-historie-z-podwodnego-swiata
 
     
zyon 


Pomógł: 69 razy
Dołączył: 04 Sie 2009
Posty: 9859
Wysłany: Pon Gru 29, 2025 22:02   

Strix aluco napisał/a:
To co tygrysy lubią najbardziej.
https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5110271/klucz-do-niesmiertelnosci-natura-i-jej-sposoby-na-dlugowiecznosc

https://www.swiatksiazki....87-ksiazka.html

Trudno się oderwać.
Chciałem sobie rozłożyć na cały weekend, ale wczoraj wieczorem zacząłem, a dzisiaj skończyłem.

Wyglada ciekawie, choc z recenzji wynika, ze troche pop-nauka zebrana w ksiazke. Sprawdze to.

Ja dostalem pod choinke chyba podobna tematycznie ksiazke Petera Attii, ktora sobie wlasnie czytam.
https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5127574/zyc-dluzej-nauka-o-dlugim-zyciu-w-zdrowiu
_________________
Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Sob Sty 03, 2026 11:05   

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5199929/granice-zycia-co-wspolczesna-nauka-mowi-nam-o-swiadomosci-zyciu-i-smierci

Kto powiedział, że Nauka nie może dawać odpowiedzi na pytania o duszę czy świadomość.
Widać jak na dłoni, że są to zjawiska fizyczne.
Oczywiście można będąc naukowym ignorantem wierzyć, że dusze mają tylko ci, którzy wierzą w jakieś bóstwa i chodzą do kościoła.
 
     
Witold Jarmolowicz 
Site Admin

Pomógł: 57 razy
Dołączył: 06 Sie 2007
Posty: 10198
Wysłany: Sob Sty 03, 2026 14:26   

Strix aluco napisał/a:
https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5199929/granice-zycia-co-wspolczesna-nauka-mowi-nam-o-swiadomosci-zyciu-i-smierci
Kto powiedział, że Nauka nie może dawać odpowiedzi na pytania o duszę czy świadomość.
Widać jak na dłoni, że są to zjawiska fizyczne.
Oczywiście można będąc naukowym ignorantem wierzyć, że dusze mają tylko ci, którzy wierzą w jakieś bóstwa i chodzą do kościoła.
Problem polega na tym, że superkomputer oraz AI może odtwarzać wszystkie funkcje świadomości człowieka mając tej świadomości tyle, co noga stołowa bez korników. Bo nawet korniki mają nieskończenie wiele więcej świadomości, niż najnowocześniejszy komputer oparty wyłącznie na zjawiskach fizycznych zbadanych przez naukę w stu procentach..
JW
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Sob Sty 03, 2026 16:28   

Witold Jarmolowicz napisał/a:
Strix aluco napisał/a:
https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5199929/granice-zycia-co-wspolczesna-nauka-mowi-nam-o-swiadomosci-zyciu-i-smierci
Kto powiedział, że Nauka nie może dawać odpowiedzi na pytania o duszę czy świadomość.
Widać jak na dłoni, że są to zjawiska fizyczne.
Oczywiście można będąc naukowym ignorantem wierzyć, że dusze mają tylko ci, którzy wierzą w jakieś bóstwa i chodzą do kościoła.
Problem polega na tym, że superkomputer oraz AI może odtwarzać wszystkie funkcje świadomości człowieka mając tej świadomości tyle, co noga stołowa bez korników. Bo nawet korniki mają nieskończenie wiele więcej świadomości, niż najnowocześniejszy komputer oparty wyłącznie na zjawiskach fizycznych zbadanych przez naukę w stu procentach..
JW


Panie Witoldzie, nie o tym jest ta książka.
To o OOBE, świadomości w kontekście naukowym.
Cegła, ale na tyle ciekawie napisana, że nawet tak średni entuzjasta jak ja zdoła dobrnąć do końca.
A Pana te tematy interesują, więc tym bardziej da Pan radę. ;)
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Sob Sty 03, 2026 16:29, w całości zmieniany 2 razy  
 
     
zyon 


Pomógł: 69 razy
Dołączył: 04 Sie 2009
Posty: 9859
Wysłany: Nie Sty 04, 2026 12:18   

Strix aluco napisał/a:
https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5199929/granice-zycia-co-wspolczesna-nauka-mowi-nam-o-swiadomosci-zyciu-i-smierci

Kto powiedział, że Nauka nie może dawać odpowiedzi na pytania o duszę czy świadomość.
Widać jak na dłoni, że są to zjawiska fizyczne.

Mam te ksiazke od dawna w koszyku ale fizycznie nie wyrabiam. Warto po to siegnac?

Strix aluco napisał/a:

Oczywiście można będąc naukowym ignorantem wierzyć, że dusze mają tylko ci, którzy wierzą w jakieś bóstwa i chodzą do kościoła.

A to musi byc polaczone? W ogole nie wiem ale masz jakos tak powiazane stereotypy jak ktos uwaza, ze ma dusze to musi od razu zasuwac do kosciola i wierzyc w bostwa. Nie sadze, ze marcin zasuwa do kosciola, a dziura w ziemi to raczej nie bostwo. No chyba, ze mistrzowie to bostwa. Nie wiem

Co do swiadomosci to wyszla ksiazka prof. Talara, zwalczanego przez polska medycyne

Cytat:
„Będziesz miał kłopoty, będziesz załatwiony!”
Moje dokonania kliniczne, organizacyjne, naukowe i osobiste dodawały mi siły życiowej do jeszcze większej pracy, do kolejnych prób ratowania chorych w krytycznych stanach śpiączki mózgowej. Czułem, że jestem na właściwej drodze, że udało mi się stworzyć coś unikatowego, miejsce, w którym lekarz mógł naprawdę walczyć o życie pacjenta. Ale szczęście, jak to w życiu bywa, znów okazało się ulotne.
Powód? Publicznie wypowiedziane przeze mnie zdanie: „W Polsce dokonuje się eutanazji na chorych w śpiączce mózgowej”. Te słowa wybrzmiały w Telewizji Polskiej, w programie redaktora Jana Pospieszalskiego, i wstrząsnęły opinią publiczną. Polecono mi je odwołać. Gdybym to zrobił, być może wszystko potoczyłoby się inaczej. Ale nie mogłem. Byłoby to wbrew mojemu sumieniu i temu, czego doświadczyłem przy łóżkach pacjentów. Zbyt wielu chorych ratowałem w sytuacjach, które inni uznawali za „bezpowrotne”. Zbyt wiele razy widziałem, jak błędne diagnozy mogły zakończyć się śmiercią. Nie mogłem cofnąć moich słów, bo oznaczałoby to zdradę samego siebie, moich pacjentów i mojego powołania.
Usłyszałem wtedy groźbę: „Jak będziesz leczyć ciężkie przypadki, będziesz miał kłopoty. To się tak nie skończy. Będziesz załatwiony.” I faktycznie zostałem. Wkrótce znalazłem się poza murami kliniki, którą własnymi rękami i własną głową stworzyłem, poza wymarzonym warsztatem ratowania ludzi ze stanów krytycznych. Razem ze mną skończyła się w Collegium Medicum era wczesnego leczenia pacjentów w śpiączce mózgowej i z ciężkimi uszkodzeniami mózgu i pnia mózgu, czyli tych, którzy w skali Glasgow uzyskiwali poniżej 8 punktów. Takich pacjentów - najbardziej bezbronnych i potrzebujących - przestano przyjmować do jakichkolwiek ośrodków, zarówno publicznych, jak i prywatnych.
Na to wszystko nałożyło się dodatkowe brzemię - postępowanie w okręgowej izbie lekarskiej - wszczęte na wniosek profesora transplantologa, doktora habilitowanego neurologa i koordynatora pielęgniarza. Oskarżono mnie o „utrudnianie pobierania narządów od chorego leczonego w akademickim OIT”, zanim orzeczono u niego tzw. „śmierć mózgu”. Sprawa ciągnęła się latami. Ostatecznie zakończyła się umorzeniem, ale kosztowała mnie mnóstwo zdrowia, czasu i energii.
Przy tej okazji przekonałem się, jak działają tzw. sądy lekarskie. Używam tu wyrażenia „tak zwane” nie bez powodu. Z sądem nie mają nic wspólnego poza nazwą. Często nie są niezależne, równie często nie są bezstronne, a orzekający niejednokrotnie nie mają ani przygotowania prawnego, ani odpowiedniej wiedzy merytorycznej. Bywa, że ci sami lekarze pracują dla koncernów farmaceutycznych, a później decydują o sprawach, które wprost dotyczą tych koncernów. W mojej sprawie paradoks polegał na tym, że ja - oskarżony - byłem najlepiej przygotowanym specjalistą, z największym dorobkiem naukowym i praktyką w ratowaniu chorych, o których rozstrzygano. Brzmiało to groteskowo, wyglądało dramatycznie, ale było faktem.

https://profesortalar.pl/ksiazka
[/quote]
_________________
Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Nie Sty 04, 2026 13:06   

Czytać zawsze warto.
Książka Sam Parnia jest o tym, że współczesne techniki resuscytacji zapobiegają także uszkodzeniu komórek, więc pacjent może być w stanie śmierci klinicznej długo.
Neurony nie obumierają więc jest dużo czasu na doznania mistyczne.

Pewnie mało tu kto wie, że Wolfgang Lutz przyczynił się znacznie do wprowadzenia hipotermii do technik resuscytacji.

Jeśli zaś ktoś oczekuje tego, że w książce będą opowiadania pacjentów, jak to wychodzą z ciała i popierdzielają swoim plazmowym ciałem przez odległe galaktyki, to się rozczaruje.

Co się tyczy dylematów z zakresu określenia tego jaka jest definicja śmierci to: https://biotechnologia.pl/informacje/metodologiczna-charakterystyka-definicji-smierci-mozgowej-jerzy-kopania,11965
 
     
zyon 


Pomógł: 69 razy
Dołączył: 04 Sie 2009
Posty: 9859
Wysłany: Nie Sty 04, 2026 14:39   

Strix aluco napisał/a:
Jeśli zaś ktoś oczekuje tego, że w książce będą opowiadania pacjentów, jak to wychodzą z ciała i popierdzielają swoim plazmowym ciałem przez odległe galaktyki, to się rozczaruje.

Ksiazki o OOBE sa ksiazkami o czyms innym, wiec nie dziwne.
_________________
Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Nie Sty 04, 2026 17:18   

zyon napisał/a:
Strix aluco napisał/a:
Jeśli zaś ktoś oczekuje tego, że w książce będą opowiadania pacjentów, jak to wychodzą z ciała i popierdzielają swoim plazmowym ciałem przez odległe galaktyki, to się rozczaruje.

Ksiazki o OOBE sa ksiazkami o czyms innym, wiec nie dziwne.

W cytowaniej przeze mnie książce autor wspomina o tym zjawisku. W kontekście naukowym, o czym wcześniej wspomniałem.

Ty mówisz o książkach, w których ludzie opisują swoje doświadczenia z wychodzeniem z ciała, lub książkach rzekomo instruktażowych jak to zrobić coby tego doświadczyć.

A teraz, na logikę rzecz biorąc, gdyby to było takie łatwe, a przede wszystkim gdyby było możliwe, to wywiady mocarstw dysponujące miliardami dolarów i mnóstwem ludzkich królików doświadczalnych już dawno by z tego skorzystały.
Po co wydawać miliardy na satelity szpiegowskie i całą resztę składowych wywiadu, jeśli za kilkaset tysięcy można by było wyłowić jednego żołnierza ze zdolnościami do wychodzenia z ciała.
Bieżył by on swoim ciałem astralnym do siedziby Putina, podsłuchiwał, podglądał, a potem wracał i zdawał relację przełożonym w USA.

Polecam książkę "Człowiek, który gapił się na kozy".
Jest też zresztą świetny film stworzony na jej podstawie z genialną obsadą.
 
     
zyon 


Pomógł: 69 razy
Dołączył: 04 Sie 2009
Posty: 9859
Wysłany: Nie Sty 04, 2026 20:42   

Strix aluco napisał/a:
Ty mówisz o książkach, w których ludzie opisują swoje doświadczenia z wychodzeniem z ciała, lub książkach rzekomo instruktażowych jak to zrobić coby tego doświadczyć.

Sa ksiazki i takie i takie, jest nawet polski autor, ktory prawie masowo wydaje ksiazki z opisem swoich "podrozy". Czy to latwe? Nie sadze, oprocz predyspozycji decyduje tez swiatopoglad, bo umysl, czy tez "dusza" ma wladze nad pewnymi aspektami swiadomosci. Ja wiem, ze to mozliwe, bo to zrobilem i nie jest to latwe, to jak szukanie malej stacji radiowej w deszczowa pogode. Np Dariusz Sugier ma chyba jakies kursy tego typu. Znam wielu co "nie wierzylo" ale jak sie nauczylo to nie musialo "uwierzyc", bo jak cos wiesz to nie musisz wierzyc.

Strix aluco napisał/a:
A teraz, na logikę rzecz biorąc, gdyby to było takie łatwe, a przede wszystkim gdyby było możliwe, to wywiady mocarstw dysponujące miliardami dolarów i mnóstwem ludzkich królików doświadczalnych już dawno by z tego skorzystały.
Po co wydawać miliardy na satelity szpiegowskie i całą resztę składowych wywiadu, jeśli za kilkaset tysięcy można by było wyłowić jednego żołnierza ze zdolnościami do wychodzenia z ciała.
Bieżył by on swoim ciałem astralnym do siedziby Putina, podsłuchiwał, podglądał, a potem wracał i zdawał relację przełożonym w USA.

Przeciez takich prokejtow typu MK ULTRA, Mannequin itp bylo pelno, jest tez sporo ksiazek na ten temat, sporo z nich jest pisanych przez rzeczkomych agentow. Nikt nigdy nie zdementowal ich ksiazek. Eksterioruzjacja bvla badana i wykorzstywana przez CIA.
https://geekweek.interia.pl/geekextra/news-cia-badala-wywolywanie-doswiadczen-poza-cialem,nId,5102278
_________________
Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Nie Sty 04, 2026 22:23   

zyon napisał/a:
Strix aluco napisał/a:
Ty mówisz o książkach, w których ludzie opisują swoje doświadczenia z wychodzeniem z ciała, lub książkach rzekomo instruktażowych jak to zrobić coby tego doświadczyć.

Sa ksiazki i takie i takie, jest nawet polski autor, ktory prawie masowo wydaje ksiazki z opisem swoich "podrozy". Czy to latwe? Nie sadze, oprocz predyspozycji decyduje tez swiatopoglad, bo umysl, czy tez "dusza" ma wladze nad pewnymi aspektami swiadomosci. Ja wiem, ze to mozliwe, bo to zrobilem i nie jest to latwe, to jak szukanie malej stacji radiowej w deszczowa pogode. Np Dariusz Sugier ma chyba jakies kursy tego typu. Znam wielu co "nie wierzylo" ale jak sie nauczylo to nie musialo "uwierzyc", bo jak cos wiesz to nie musisz wierzyc.

Strix aluco napisał/a:
A teraz, na logikę rzecz biorąc, gdyby to było takie łatwe, a przede wszystkim gdyby było możliwe, to wywiady mocarstw dysponujące miliardami dolarów i mnóstwem ludzkich królików doświadczalnych już dawno by z tego skorzystały.
Po co wydawać miliardy na satelity szpiegowskie i całą resztę składowych wywiadu, jeśli za kilkaset tysięcy można by było wyłowić jednego żołnierza ze zdolnościami do wychodzenia z ciała.
Bieżył by on swoim ciałem astralnym do siedziby Putina, podsłuchiwał, podglądał, a potem wracał i zdawał relację przełożonym w USA.

Przeciez takich prokejtow typu MK ULTRA, Mannequin itp bylo pelno, jest tez sporo ksiazek na ten temat, sporo z nich jest pisanych przez rzeczkomych agentow. Nikt nigdy nie zdementowal ich ksiazek. Eksterioruzjacja bvla badana i wykorzstywana przez CIA.
https://geekweek.interia.pl/geekextra/news-cia-badala-wywolywanie-doswiadczen-poza-cialem,nId,5102278


Nikt nie zaprzeczył, ani nikt nie potwierdził.
Tak rodzą się legendy, teorie spiskowe.

Mnie niestety, albo stety nie interesują tego typu dyskusje.
To jest dla mojego racjonalnego umysłu nurzące.
Analizując takie rzeczy sięgam do bazy danych zgromadzonych w mózgu. Nie lubię bajeczek. Wolę układanki.
Jeśli są dane na temat jakiegoś zdarzenia, doświadczenia, to można sobie poanalizować czy to odrealnienie, depersonalizacja, czy może coś innego.
Jest mnóstwo rzeczy tego typu. Np Zespół Cotarda.
Na to wszystko mogą chwilowo zapaść zdrowi psychicznie ludzie. Nie jest to domena chorych psychicznie.
Reinhold Messner opisywał w książce "Naga góra" Syndrom Trzeciego Człowieka.
To bardzo realne doznania. Znaczna część himalaistów nie tylko widzi i słyszy tego nieistniejącego towarzysza wspinaczki. Czują też jego dotyk.
Stres, niedotlenienie, poczucie osamotnienia wywołują tego typu halucynacje u zdrowych ludzi.

W taki sposób mógłbym na te tematy dyskutować do bólu.
Ogólnikowe rozmowy o zjawiskach paranormalnych są dobre na forach poświęconych magii, czarom itp.
Lubię czasem obejrzeć coś w stylu z Archiwum X, SF, horror, a nawet fantasy, ale to jest forma relaksu.

To forum traktuję tylko i wyłącznie jako forum naukowe.
To że w tematach duchowości napiszę coś czasem dla zabawy, nie czyni mnie uczestnikiem tych dyskusji.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Nie Sty 04, 2026 22:24, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
zyon 


Pomógł: 69 razy
Dołączył: 04 Sie 2009
Posty: 9859
Wysłany: Pon Sty 05, 2026 11:53   

Strix aluco napisał/a:
Nikt nie zaprzeczył, ani nikt nie potwierdził.
Tak rodzą się legendy, teorie spiskowe.

Tak jak z ksiazkami Snowdena czy artykulami Juliana Assagne, ktore sie potwierdzily i potwierdzaja, sprzed paru dni nawet w Ameryce Pld. Zyjemy w czasach gdy teorie spiskowe staja sie praktykami zanim zdaza sie rozprzestrzenic. Ale to nie moja sprawa kto jaki ma swiatopoglad. Oczywiscie mozna zaslaniac oczy i udawac, ze to dziala, nic mi do tego. W ksiazce "48 Godzin" Alistair Maclean doskonale opisuje taka taktyke - " Był to rzeczywiście bardzo dobry srodek obronny. Prawie tak skuteczny jak zasłoniecie się gazeta przed strzalem z Colta.
Strix aluco napisał/a:
Mnie niestety, albo stety nie interesują tego typu dyskusje.
To jest dla mojego racjonalnego umysłu nurzące.

Zatem polecam zanurzyc sie w nuzacych odmetach slownika ortograficznego. Tam sa konkrety.
Strix aluco napisał/a:
W taki sposób mógłbym na te tematy dyskutować do bólu.
Ogólnikowe rozmowy o zjawiskach paranormalnych są dobre na forach poświęconych magii, czarom itp.
Lubię czasem obejrzeć coś w stylu z Archiwum X, SF, horror, a nawet fantasy, ale to jest forma relaksu.

Dyskusje to sol forumowania, jezeli jest takie wyrazenie. No ale jezeli "nurzy" cie to na co rzady wydaja miliony w tajnych projektach, no to coz, zawsze mozesz z marcinem przedyskutowac kwestie plci u aniolow, energozasobnosc dziur w zemi albo czy dwa wiadra wapnia sa skuteczniejsze niz jedno i tu nawet Raw0 cos wtraci.

A film o czlowieku co gapil sie na kozy ogladalem oczywiscie gdy wyszedl
_________________
Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Pon Sty 05, 2026 12:37   

zyon napisał/a:
Strix aluco napisał/a:
Nikt nie zaprzeczył, ani nikt nie potwierdził.
Tak rodzą się legendy, teorie spiskowe.

Tak jak z ksiazkami Snowdena czy artykulami Juliana Assagne, ktore sie potwierdzily i potwierdzaja, sprzed paru dni nawet w Ameryce Pld. Zyjemy w czasach gdy teorie spiskowe staja sie praktykami zanim zdaza sie rozprzestrzenic. Ale to nie moja sprawa kto jaki ma swiatopoglad. Oczywiscie mozna zaslaniac oczy i udawac, ze to dziala, nic mi do tego. W ksiazce "48 Godzin" Alistair Maclean doskonale opisuje taka taktyke - " Był to rzeczywiście bardzo dobry srodek obronny. Prawie tak skuteczny jak zasłoniecie się gazeta przed strzalem z Colta.
Strix aluco napisał/a:
Mnie niestety, albo stety nie interesują tego typu dyskusje.
To jest dla mojego racjonalnego umysłu nurzące.

Zatem polecam zanurzyc sie w nuzacych odmetach slownika ortograficznego. Tam sa konkrety.
Strix aluco napisał/a:
W taki sposób mógłbym na te tematy dyskutować do bólu.
Ogólnikowe rozmowy o zjawiskach paranormalnych są dobre na forach poświęconych magii, czarom itp.
Lubię czasem obejrzeć coś w stylu z Archiwum X, SF, horror, a nawet fantasy, ale to jest forma relaksu.

Dyskusje to sol forumowania, jezeli jest takie wyrazenie. No ale jezeli "nurzy" cie to na co rzady wydaja miliony w tajnych projektach, no to coz, zawsze mozesz z marcinem przedyskutowac kwestie plci u aniolow, energozasobnosc dziur w zemi albo czy dwa wiadra wapnia sa skuteczniejsze niz jedno i tu nawet Raw0 cos wtraci.

A film o czlowieku co gapil sie na kozy ogladalem oczywiscie gdy wyszedl

Brawo. Na ponad 1000 moich postów znalazłeś 1 błąd ortograficzny.
Zauważyłem go po niewczasie, kiedy nie można już było edytować tekstu.
Kiedy czytam swoje posty po opublikowaniu, to wyłapuję błędy i poprawiam. Widać to w stopce.
Robię to dlatego, żeby to wyglądało jako tako.
Natomiast Ty masz totalny olew. Udajesz luzaka, który chce się wyróżniać brakiem polskich znaków.
Efekt jest taki, że trudno zrozumieć o czym piszesz. To i tak zresztą nie ma znaczenia, bo i tak zwykle pleciesz trzy po trzy. Nie było by więc sensu poświęcać kilku minut na instalację polskich znaków.
 
     
zyon 


Pomógł: 69 razy
Dołączył: 04 Sie 2009
Posty: 9859
Wysłany: Pon Sty 05, 2026 12:57   

Luzna guma, lubie edukowac ludzi z ortografii, bo wygralem kilka olimpiad. Nic osobistego. Do reszty wypowiedzi tez sie odnioslem ale chcialem ci dac pretekst zebys mogl to skrzetnie pominac z braku argumentow. Nie dziekuj
_________________
Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Pon Sty 05, 2026 14:14   

zyon napisał/a:
Luzna guma, lubie edukowac ludzi z ortografii, bo wygralem kilka olimpiad. Nic osobistego. Do reszty wypowiedzi tez sie odnioslem ale chcialem ci dac pretekst zebys mogl to skrzetnie pominac z braku argumentow. Nie dziekuj

Nie masz żadnych argumentów, dlatego uczepiłeś się jednego błędu ortograficznego na 100 tysięcy napisanych słów. ;D

Przytoczę ci przykład jak wyglądały próby CIA ze zjawiskami psi.

W 1978 roku w Zairze rozbił się radziecki bombowiec Tupolew-22. CIA chciało znaleźć miejsce katastrofy, więc skorzystali z "pomocy" tzw "medium". Taki ichni wróżbita Maciej.
Medium narysowało ogon samolotu w dżungli i powiedziało, że gdzieś w dżungli.
Rzeczywiście odkrycie, jeśli praktycznie całości ówczesnego Zairu to lasy deszczowe.. ;D
To tak jakby powiedział, że samolot, który rozbił się na Saharze leży w piachu. ;D
Summa summarum znaleźli Tupolewa bo tubylcy z wszystkich okolicznych wiosek, znosili części z rozwalonego samolotu do swoich domostw i któryś z informatorów doniósł o tym CIA. ;D

A te legendy o zdolnościach paranormalnych biorą się właśnie z takich sytuacji, że owo medium przypisało sobie sukces operacji CIA. ;D
To że nie podważali jego wersji wynikało z dwóch rzeczy.
Pierwsza, to CIA nie toczy takich sporów publicznie.
Druga to dezinformacja. Niech ruskie myslą, że CIA ma jasnowidza.
Mieli przy tym niezły ubaw. ;D
Ty automatycznie czepiasz się tej wersji "prawdy", którą przedstawia "medium", bo masz naturalne inklinacje mentalne do wiary w magię.
Z Marcina szydzisz, a sam żeś nie lepszy mitoman. ;D
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Pon Sty 05, 2026 14:24, w całości zmieniany 2 razy  
 
     
zyon 


Pomógł: 69 razy
Dołączył: 04 Sie 2009
Posty: 9859
Wysłany: Pon Sty 05, 2026 14:39   

E tam, twoje projekcje mnie nie interesuja. A podanie jakiegos tam z palca wyssanego przykladu tez o niczym nie swiadczy. Nie nspisales nic o Snowdenie i Assangnu, choc ten ostatni pisal o tym co sie dzieje teraz, o Wenezueli. Nawet hitlerowcy przeprowadzali rozne tzw mistyczne i ezoteryczne eksperymenty, mieli tajne komorki tym sie zajmujace.
Widac kazda mozliwosc jest do rozwazenia a co do magii, to akurat tak sie sklada, ze nasz ulubiony Feynman powiedzial kiedys "magia to nauka, ktorej jeszcze nie rozumiemy". Ale on byl z tych co sie caly czas ucza i poszukuja a nie juz posiedli wszelka "mondroscl
_________________
Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Pon Sty 05, 2026 16:26   

zyon napisał/a:
E tam, twoje projekcje mnie nie interesuja. A podanie jakiegos tam z palca wyssanego przykladu tez o niczym nie swiadczy. Nie nspisales nic o Snowdenie i Assangnu, choc ten ostatni pisal o tym co sie dzieje teraz, o Wenezueli. Nawet hitlerowcy przeprowadzali rozne tzw mistyczne i ezoteryczne eksperymenty, mieli tajne komorki tym sie zajmujace.
Widac kazda mozliwosc jest do rozwazenia a co do magii, to akurat tak sie sklada, ze nasz ulubiony Feynman powiedzial kiedys "magia to nauka, ktorej jeszcze nie rozumiemy". Ale on byl z tych co sie caly czas ucza i poszukuja a nie juz posiedli wszelka "mondroscl


http://ersby.blogspot.com...ircraft-in.html

O jakim poszukiwaniu mówisz?
Za pomocą jakich narzędzi chcesz te niewtłumaczone jeszcze zjawiska wytłumaczyć, jeśli twoja wiedza z zakresu nauk ścisłych vel nauk przyrodniczych jest na poziomie gimnazjalisty?
Pozostaje ci tylko wiara w magię.

Feynam użył przenośni, a w myśleniu abstrstrakcyjnym mocny nie jesteś.
Jeśli Bruce Lee powiedział - "bądź jak woda", to bierzesz to dosłownie, czy jako metaforę?

Zapomniał bym.
Ten jasnowidz który rzekomo pomógł CIA odnaleźć Tupolewa to Gary Langford o ile pamiętam.
Powyżej link do opisu całego zdarzenia.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Pon Sty 05, 2026 16:29, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
zyon 


Pomógł: 69 razy
Dołączył: 04 Sie 2009
Posty: 9859
Wysłany: Pon Sty 05, 2026 17:03   

Strix aluco napisał/a:
http://ersby.blogspot.com...ircraft-in.html

O jakim poszukiwaniu mówisz?

Caly Grzegorz, wklei jakiegos z koziego zadka wzietego bloga pisanego nie wiadomo przez kogo i oto mamy slowo panskie z ktorym nalezy polemizowac. Teraz powinienem odrzucic jakiegos rownie "rzetelnego" blogaska i tak do usranej smierci. Jak pisalem ping-pong dla samego ping-ponga mnie nie interesuje, choc to twoja ulubiona rozrywka
Strix aluco napisał/a:
O jakim poszukiwaniu mówisz?
Za pomocą jakich narzędzi chcesz te niewtłumaczone jeszcze zjawiska wytłumaczyć, jeśli twoja wiedza z zakresu nauk ścisłych vel nauk przyrodniczych jest na poziomie gimnazjalisty?

O roznych opisanych w ksiazkach na te tematy, ale podejrzewam, ze zadnej nie czytales za to zaraz mi wkleisz kolejnego blogasa z tylka wyciagnietego. Bo widze, ze to twoje zrodla - blogi. Co do wiedzy z zakresu nauk scislych to bym nie szarzowal, wszak dopiero co wspomniales, ze jestes prostym niewyksztalconym chlopem. Rosjanie tez od dawna sa/byli zainteresowani ta tematyka.
https://www.focus.pl/arty...elektrowstrzasy
Przez krótki okres programy „Artichoke” i „MKUltra” funkcjonowały równolegle, z czasem jednak ten drugi wchłonął poprzednika, by rozrosnąć się do niebywałych rozmiarów. Co ciekawe, we wszystkich trzech programach badań nad możliwością manipulowania ludzkim umysłem („[b]Bluebird”, „Artichoke” i „MKUltra”) CIA bez skrupułów wykorzystywała wiedzę i doświadczenie nazistowskich naukowców, których po wojnie sprowadzono do USA w ramach operacji „Paperclip”. Pod przykrywką pomocy Amerykanie dali schronienie zbrodniarzom z Trzeciej Rzeszy, bo zależało im na pozyskaniu wyników eksperymentów, które naziści bez żadnej kontroli przeprowadzali w obozach koncentracyjnych.[/b]

Strix aluco napisał/a:
Feynam użył przenośni, a w myśleniu abstrstrakcyjnym mocny nie jesteś.

No widze, ze mamy tu rzecznika prasowego Feynmana. A wiesz w ogole z jakiej ksiazki i w pochodzi ten cytat w jakim kontekscie padl? Jak sie dowiesz to pewnie bedzie ci lyso....albo nie, nie bedzie, niektorzy niemaja nawet elementarnego poczucia zenady i impertynencje posunieta do granic absurdu.

Strix aluco napisał/a:
Zapomniał bym.
Ten jasnowidz który rzekomo pomógł CIA odnaleźć Tupolewa to Gary Langford o ile pamiętam.

Nie znam tego przypadku i szczerze mowiac to mnie to nie bardzo interesuje jakis Tupolew, najwyrazniej nie zrozumiales albo nie czytales o tym czym byl Project Mannequin i jego podprojekt MK Ultra. To sa zupelnie inne rzeczy niz jasnowidzenie. Jezeli lubisz jasnowidzow czytac to polecam ci naszego rodaka Jaskowskiego czy jak ,mu tam, rozrywka w sam raz dla ciebie. Moze nawet ci opowie co sie stalo z naszym slynnym Tupolewem.
_________________
Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Pon Sty 05, 2026 17:42   

zyon napisał/a:
Strix aluco napisał/a:
http://ersby.blogspot.com...ircraft-in.html

O jakim poszukiwaniu mówisz?

Caly Grzegorz, wklei jakiegos z koziego zadka wzietego bloga pisanego nie wiadomo przez kogo i oto mamy slowo panskie z ktorym nalezy polemizowac. Teraz powinienem odrzucic jakiegos rownie "rzetelnego" blogaska i tak do usranej smierci. Jak pisalem ping-pong dla samego ping-ponga mnie nie interesuje, choc to twoja ulubiona rozrywka
Strix aluco napisał/a:
O jakim poszukiwaniu mówisz?
Za pomocą jakich narzędzi chcesz te niewtłumaczone jeszcze zjawiska wytłumaczyć, jeśli twoja wiedza z zakresu nauk ścisłych vel nauk przyrodniczych jest na poziomie gimnazjalisty?

O roznych opisanych w ksiazkach na te tematy, ale podejrzewam, ze zadnej nie czytales za to zaraz mi wkleisz kolejnego blogasa z tylka wyciagnietego. Bo widze, ze to twoje zrodla - blogi. Co do wiedzy z zakresu nauk scislych to bym nie szarzowal, wszak dopiero co wspomniales, ze jestes prostym niewyksztalconym chlopem. Rosjanie tez od dawna sa/byli zainteresowani ta tematyka.
https://www.focus.pl/arty...elektrowstrzasy
Przez krótki okres programy „Artichoke” i „MKUltra” funkcjonowały równolegle, z czasem jednak ten drugi wchłonął poprzednika, by rozrosnąć się do niebywałych rozmiarów. Co ciekawe, we wszystkich trzech programach badań nad możliwością manipulowania ludzkim umysłem („[b]Bluebird”, „Artichoke” i „MKUltra”) CIA bez skrupułów wykorzystywała wiedzę i doświadczenie nazistowskich naukowców, których po wojnie sprowadzono do USA w ramach operacji „Paperclip”. Pod przykrywką pomocy Amerykanie dali schronienie zbrodniarzom z Trzeciej Rzeszy, bo zależało im na pozyskaniu wyników eksperymentów, które naziści bez żadnej kontroli przeprowadzali w obozach koncentracyjnych.[/b]

Strix aluco napisał/a:
Feynam użył przenośni, a w myśleniu abstrstrakcyjnym mocny nie jesteś.

No widze, ze mamy tu rzecznika prasowego Feynmana. A wiesz w ogole z jakiej ksiazki i w pochodzi ten cytat w jakim kontekscie padl? Jak sie dowiesz to pewnie bedzie ci lyso....albo nie, nie bedzie, niektorzy niemaja nawet elementarnego poczucia zenady i impertynencje posunieta do granic absurdu.

Strix aluco napisał/a:
Zapomniał bym.
Ten jasnowidz który rzekomo pomógł CIA odnaleźć Tupolewa to Gary Langford o ile pamiętam.

Nie znam tego przypadku i szczerze mowiac to mnie to nie bardzo interesuje jakis Tupolew, najwyrazniej nie zrozumiales albo nie czytales o tym czym byl Project Mannequin i jego podprojekt MK Ultra. To sa zupelnie inne rzeczy niz jasnowidzenie. Jezeli lubisz jasnowidzow czytac to polecam ci naszego rodaka Jaskowskiego czy jak ,mu tam, rozrywka w sam raz dla ciebie. Moze nawet ci opowie co sie stalo z naszym slynnym Tupolewem.


Nigdy nie widziałem, żebyś tu napisał jakiś naukowy wywód, który wymaga wiedzy z zakresu nauk ścisłych.
Zawsze możesz to zmienić.
Mniemam, że taki ekspert od Fizyki jak Ty, który uważa Michio Kaku za popnaukowca dałby radę.
To co? Jedziemy?
Podrzuć temat.
 
     
zyon 


Pomógł: 69 razy
Dołączył: 04 Sie 2009
Posty: 9859
Wysłany: Pon Sty 05, 2026 18:11   

Naukowy wywod?A kim ty jestes zeby takie wywody oceniac, masz jakies kompetencje intelektualne i predyspozycje specjalistyczne? Uwazasz, ze forum to miejsce na wywody naukowe? No coz, nie bede sie smial, jedni mysla, ze forum jest od wywodow naukowych a inni, ze od rozmow o aniolach i jedzeniu wapnia. I paradoksalnie ci drudzy maja racje. Na tym chyba poprzestanmy. A Michio Kaku owszem, popnauka co mu w niczym nie umniejsza, lubie jego ksiazki pomimo, ze spora czesc to lanie wody i niczym nie poparte spekulacje, ktore peczkami obalano. Feynman tez sie zapuszczal na te rejony, bo mial dystans, ktorego najwyrazniej ci brakuje, bos napiety niczym plandeka na zuku.
_________________
Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Pon Sty 05, 2026 18:36   

zyon napisał/a:
Naukowy wywod?A kim ty jestes zeby takie wywody oceniac, masz jakies kompetencje intelektualne i predyspozycje specjalistyczne? Uwazasz, ze forum to miejsce na wywody naukowe? No coz, nie bede sie smial, jedni mysla, ze forum jest od wywodow naukowych a inni, ze od rozmow o aniolach i jedzeniu wapnia. I paradoksalnie ci drudzy maja racje. Na tym chyba poprzestanmy. A Michio Kaku owszem, popnauka co mu w niczym nie umniejsza, lubie jego ksiazki pomimo, ze spora czesc to lanie wody i niczym nie poparte spekulacje, ktore peczkami obalano. Feynman tez sie zapuszczal na te rejony, bo mial dystans, ktorego najwyrazniej ci brakuje, bos napiety niczym plandeka na zuku.


Czyli kancierta nie budiet. Zyon nasrał w patefon.

Pomyliłeś parafrazę trzeciego prawa Arthura C. Clarka ze słowami Feynmana.
https://www.techpedia.pl/...p?str=tp&no=840
To częste jeśli żyje się w świecie magii.
Jeśli nie masz ochoty na naukowe dyskusje, to chociaż napisz jak tam jest po drugiej stronie lustra.

A teraz obszerny fragment z książki "Pan raczy żartować, panie Feynman"
Cytat:
Telepaci
Mój ojciec zawsze interesował się magią i karnawałowymi sztuczkami, chciał wiedzieć, na czym one polegają. Już w dzieciństwie rozgryzł telepatów. Kiedy był małym chłopcem, dorastającym w miasteczku Patchogue na środku Long Island, pewnego dnia pojawiły się plakaty z ogłoszeniem, że w następną środę przyjeżdża z występem telepata. Na plakatach napisane było, że znani i szanowani obywatele – burmistrz, sędzia, bankier – mają schować w jakimś miejscu w swoich domach banknot pięciodolarowy, a telepata go znajdzie.
Kiedy przyjechał, zebrali się ludzie, żeby popatrzeć na występ. Kolejno brał za rękę bankiera i sędziego, którzy ukryli banknoty, szedł ulicą, dochodził do skrzyżowania, skręcał, potem znowu skręcał i stawał pod właściwym domem. Wchodził do środka, dalej trzymając bankiera czy sędziego za rękę, szedł na pierwsze piętro, do właściwego pokoju, podchodził do biurka, puszczał rękę, otwierał właściwą szufladę i wyciągał banknot pięciodolarowy. Coś niesamowitego!
W tych czasach trudno było o dobre wykształcenie, więc ojciec wynajął telepatę na prywatnego nauczyciela dla siebie. Po jednej z lekcji ojciec zapytał telepatę, w jaki sposób znajdował pieniądze, nie wiedząc, gdzie one są.
Telepata wyjaśnił, że trzeba chwycić gościa za rękę dość luźno i poruszać się lekkimi szarpnięciami. Kiedy dochodzisz do skrzyżowania, szarpiesz trochę w lewo i jeśli to jest zły kierunek, napotykasz pewien opór, ponieważ ludzie sądzą, że ty rzeczywiście wiesz, dokąd masz iść. A więc w każdej sytuacji, kiedy jest wybór drogi, trzeba trochę szarpać za rękę, sprawdzając wszystkie możliwości.
Ojciec opowiedział mi o tym, ale sądził, że musiałby wiele poćwiczyć, żeby samemu zabawić się w telepatę, więc nigdy nie próbował.
Później, kiedy studiowałem w Princeton, postanowiłem wypróbować tę metodę na koledze, który nazywał się Bill Woodward. Ni stąd, ni zowąd oznajmiłem, że jestem telepatą i potrafię czytać mu w myślach. Kazałem mu wejść do „laboratorium” – dużej sali z rzędami stołów z różnego rodzaju sprzętem, elektroniką, narzędziami i innym żelastwem – zanotować w pamięci jakiś przedmiot, a potem wyjść na korytarz.
– A teraz przeczytam ci w myślach, który przedmiot wybrałeś, i zaprowadzę cię do niego – wyjaśniłem.
Wszedł, zanotował w pamięci jakąś rzecz i wyszedł. Wziąłem go za rękę i zacząłem „szarpanie”. Poszliśmy wzdłuż tego rzędu stołów, potem tamtego i trafiliśmy prosto na wybrany przez niego przedmiot. W sumie przeprowadziliśmy trzy próby – raz znalazłem dokładnie to, co trzeba, chociaż stało wśród innych rzeczy, raz spudłowałem o kilka cali (właściwe miejsce, ale nie ten przedmiot), a raz coś poszło nie tak. W sumie udało się lepiej, niż myślałem. Telepatia okazała się bardzo prosta.
Jakiś czas później, kiedy miałem chyba dwadzieścia sześć lat, pojechaliśmy z ojcem do Atlantic City, gdzie odbywały się różne imprezy karnawałowe pod gołym niebem. Mój ojciec miał coś do załatwienia, a ja poszedłem obejrzeć telepatę. Siedział na scenie plecami do publiczności, ubrany w coś w rodzaju togi i wielki turban. Miał pomocnika, który kręcił się wśród zebranych i pytał:
– O, Wielki Mistrzu, jaki jest kolor notesu, który trzymam w ręce?
– Niebieski! – mówi Mistrz.
– Eminencjo, a jak ma na imię ta kobieta?
– Marie!
Wstaje jakiś facet:
– Jak ja mam na imię?
– Henry.
Wstaję ja i pytam: – A jak ja mam na imię?
Nie odpowiedział. Ten drugi facet musiał być podstawiony, ale nie potrafiłem wymyślić, na czym polegają inne sztuczki, na przykład rozpoznanie koloru notesu. Może ma pod turbanem mikrofon?
Kiedy spotkałem się z ojcem i opowiedziałem mu o tym, odparł: „Mają jakiś szyfr, ale nie wiem jaki. Wróćmy tam i dowiedzmy się”.
Jednak na miejscu ojciec powiedział do mnie: „Masz tu pięćdziesiąt centów. Idź i każ sobie przepowiedzieć przyszłość w tamtej budzie, zobaczymy się za pół godziny”.
Wiedziałem, o co mu chodzi. Miał zamiar wcisnąć telepacie jakąś bujdę, a ja mógłbym się mimowolnie skrzywić albo coś, więc musiał się mnie pozbyć.
Kiedy się znowu spotkaliśmy, wyjaśnił mi, na czym polega szyfr: „»O, Wielki Mistrzu« znaczy niebieski, »O, Mędrcu nad Mędrcami« znaczy zielony i tak dalej. Podszedłem do niego, kiedy się skończyło, i powiedziałem, że miałem kiedyś pokaz w Patchogue i ustaliliśmy szyfr, ale mógł obsłużyć niewiele numerów i zakres kolorów był mniejszy. Spytałem go, jak potrafi spamiętać taką ilość informacji”.
Telepata był taki dumny ze swego szyfru, że wytłumaczył ojcu cały system. Ojciec był komiwojażerem i umiał montować takie sytuacje. Ja nie jestem w tym dobry.
 
     
zyon 


Pomógł: 69 razy
Dołączył: 04 Sie 2009
Posty: 9859
Wysłany: Pon Sty 05, 2026 20:16   

Strix aluco napisał/a:
Czyli kancierta nie budiet. Zyon nasrał w patefon.

No znajdz sobie malpe, ktora bedzie wykonywac twoje polecenia. moze marcin sie zgodzi, a nie chyba dal ci ignora. Jezeli te prosta matematyke, ktora tu pare razy uprawiales nazywasz "naukowymi wywodami" to na 1 roku termodynamiki pierwszy lepszy student by parsknal smiechem. Zostawmy to.
Strix aluco napisał/a:
Pomyliłeś parafrazę trzeciego prawa Arthura C. Clarka ze słowami Feynmana.

Otoz nie, ja nic nie pomylilem, napisalem to celowo zeby cie podpuscic a ty wbiles w to niczym rozochocny dzik w zoledzie. W ogole nie zrobilo to na tobie wrazenia, ze Feynman tak nie powiedzial (choc jest jedna ksiazka, ktora go cytuje w ten sposob). Zeby bylo smieszniej to wyguglales to szybko i Wielki Inteligent zwany AI podsunal ci Arthura Clarke, ale on tego tez nie powiedzial. Ten doslowny cytat pada w ksiazce Chrostophera Moore'a "Gryz, mala, gryz" jest na stronie 72 i mowi to Fu do glownej bohaterki.
Od dawna powtarzam, ze Wielki Kalkulator czyni wiecej szkody niz pozytku i juz sa pierwsze badania pokazujace ubytek istoty szarej u osob nadmiernie korzystajacej z Wielkiego Inteligenta.
Nie idz ta droga Grzegorzu https://womenintech.perspektywy.org/atrofia-myslenia-czy-ai-degraduje-nasze-mozgi/

Strix aluco napisał/a:
A teraz obszerny fragment z książki "Pan raczy żartować, panie Feynman"

Znamy te ksiazke wszyscy oprocz marcina. Ale on nie czyta twoich postow.
_________________
Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Pon Sty 05, 2026 20:40   

zyon napisał/a:
Strix aluco napisał/a:
Czyli kancierta nie budiet. Zyon nasrał w patefon.

No znajdz sobie malpe, ktora bedzie wykonywac twoje polecenia. moze marcin sie zgodzi, a nie chyba dal ci ignora. Jezeli te prosta matematyke, ktora tu pare razy uprawiales nazywasz "naukowymi wywodami" to na 1 roku termodynamiki pierwszy lepszy student by parsknal smiechem. Zostawmy to.
Strix aluco napisał/a:
Pomyliłeś parafrazę trzeciego prawa Arthura C. Clarka ze słowami Feynmana.

Otoz nie, ja nic nie pomylilem, napisalem to celowo zeby cie podpuscic a ty wbiles w to niczym rozochocny dzik w zoledzie. W ogole nie zrobilo to na tobie wrazenia, ze Feynman tak nie powiedzial (choc jest jedna ksiazka, ktora go cytuje w ten sposob). Zeby bylo smieszniej to wyguglales to szybko i Wielki Inteligent zwany AI podsunal ci Arthura Clarke, ale on tego tez nie powiedzial. Ten doslowny cytat pada w ksiazce Chrostophera Moore'a "Gryz, mala, gryz" jest na stronie 72 i mowi to Fu do glownej bohaterki.
Od dawna powtarzam, ze Wielki Kalkulator czyni wiecej szkody niz pozytku i juz sa pierwsze badania pokazujace ubytek istoty szarej u osob nadmiernie korzystajacej z Wielkiego Inteligenta.
Nie idz ta droga Grzegorzu https://womenintech.perspektywy.org/atrofia-myslenia-czy-ai-degraduje-nasze-mozgi/

Strix aluco napisał/a:
A teraz obszerny fragment z książki "Pan raczy żartować, panie Feynman"

Znamy te ksiazke wszyscy oprocz marcina. Ale on nie czyta twoich postow.

Nie ma w żadnej książce o Feynmanie zdania które przytoczyłeś.
Oczywiście, że to były proste obliczenia, ale na podstawie tylko gołego tekstu, nawet bez pidstawowych danych, z których można cokolwiek obliczyć. Jakoś nie udzielałeś się w żadnym z tych tematów.
Myślę że przyczyny są dwie. Pierwsza to mocno się skompromitowałeś w temacie rzędów wielkości różniących atom od komórki.
Drugi powód, to wypunktowanie kilku głupot zawartych w książkach Kwaśniewskiego. Nadal pałasz do nich miłością wielką.
Jesteś jednym z ostatnich wojujących optymalnych.

Zamiast bić pianę, to podważa chociaż w jednym temacie to co napisałem o błędach zawartych w książkach Kwaśniewskiego.
Masz za miedzą wybitnych fachowców. Niech pomogą.
Może być ciekawie.
 
     
zyon 


Pomógł: 69 razy
Dołączył: 04 Sie 2009
Posty: 9859
Wysłany: Pon Sty 05, 2026 20:56   

Strix aluco napisał/a:
Nie ma w żadnej książce o Feynmanie zdania które przytoczyłeś.

Przeciez nigdzie nie napisalem, ze to cytat z ksiazki o Feynmanie. Niemniej w jendej z ksiazek jest ten cytat przypisywany jemu. Sam Feynman czesto powolywal sie na porownanie nauki do magii zwlaszcza w kontekscie mechaniki kwantowej.
Strix aluco napisał/a:
Jakoś nie udzielałeś się w żadnym z tych tematów.
Myślę że przyczyny są dwie.

Nie mnoz bytow ponad miare, wystarczy zapytac, otoz jezeli robisz cos przez spora czesc zycia to masz tego dosc jeszcze sie tym brandzlowac na forach dietetycznych. Termodyniamika, fizyka, mechanika, mechanika plynow, matematyka, analiza matematyczna to chleb powszedni na polibudzie co admin pewnie potwierdzi. Nie widze potrzeby epatowania tym wszedzie, nie siedze na forach po to zeby jeszcze komus butem wciskac swoje wyksztalcenie. Zreszta pare lat temu na nieistniejacym forum spotkalem padawana, ktory mnie przekonywal, ze on w domu sie nauczyl lepiej tej termodynamiki ode mnie. Kto wie, moze to byles ty?
Strix aluco napisał/a:
Pierwsza to mocno się skompromitowałeś w temacie rzędów wielkości różniących atom od komórki.

O, lubie jak ktos wiecej wie o mnie ode mnie, dawaj co tam bylo, bo ja nie pamietam.
Strix aluco napisał/a:
Drugi powód, to wypunktowanie kilku głupot zawartych w książkach Kwaśniewskiego. Nadal pałasz do nich miłością wielką.
Jesteś jednym z ostatnich wojujących optymalnych.

No tu jest jeszcze ciekawiej, widziales tu zebym ja gdzies pisal o swojej otymalnosci i ogolnie o milosci?
Wydaje mi sie, ze twoim modus operandi jest postawienie sobie jakiegos chochola po czym namietne walenie w niego. Tylko, ze to twoj chochol.
Strix aluco napisał/a:
Zamiast bić pianę, to podważa chociaż w jednym temacie to co napisałem o błędach zawartych w książkach Kwaśniewskiego.
Masz za miedzą wybitnych fachowców. Niech pomogą.
Może być ciekawie.

Chetnie, co to za bledy? Napisz je, az mnie ciekawosc zzera, pamietam, ze za zycia MistrzA Sloneckiego byles ultra fanem Kwasniewskiego i wszystkich krytykujacych Kwasniewskiego nazywales nieukami. Dopiero co na youtube jakis poprawiacz tlumaczyl, ze "Kwasniewski sie myli", masz kanal na youtube?
_________________
Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Pon Sty 05, 2026 21:13   

Można się rozejść.
Zyon na forum Kwaśniewskiego, a reszta do domów.
 
     
zyon 


Pomógł: 69 razy
Dołączył: 04 Sie 2009
Posty: 9859
Wysłany: Pon Sty 05, 2026 21:29   

No dawaj te bledy, te moja wtope i to cos jeszcze tam. Ja nie mam nic przeciwko dyskusji, jak mawial klasyk "tylko z rozmowy z osobami o innych pogladach mozna sie czegos dowiedziec". Tylko, ze ja wieksosci tego co napisales nie kojarze ale kto wie, moze mam demencje albo innego ajchajmera?
_________________
Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Pon Sty 05, 2026 23:49   

Nie ma żadnych błędów. Przecież dochtor się nie mylił.
Dlatego Japończycy umierają młodo z nadmiaru białka i niedoboru smalcu, a optymalni żyją po 120 lat i nie ima się ich żadne choróbsko.
Osiągnęli już też wyższą czynność umysłu, tylko że są bardzo skromni i żaden z nich się nie chce tym chwalić, chociaż co drugi to potencjalny noblista.
 
     
zyon 


Pomógł: 69 razy
Dołączył: 04 Sie 2009
Posty: 9859
Wysłany: Wto Sty 06, 2026 11:59   

Nie umiesz w polemike tylko ciagle dazysz do konfrontacji? Rozumiem, ze chcesz ze mna cos przedyskutowac, co prawda nie wiem dlaczego akurat ze mna, bo ja nie jestem zadnym "wojujacym optymalnym", nie wiem skad to w ogole wziales, ale to, ze ludzie umieraja to rzecz jak najbardziej naturalna i nie ma sie temu co dziwic. Taka jest kolej rzeczy
_________________
Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Wto Sty 06, 2026 12:12   

zyon napisał/a:
Nie umiesz w polemike tylko ciagle dazysz do konfrontacji? Rozumiem, ze chcesz ze mna cos przedyskutowac, co prawda nie wiem dlaczego akurat ze mna, bo ja nie jestem zadnym "wojujacym optymalnym", nie wiem skad to w ogole wziales, ale to, ze ludzie umieraja to rzecz jak najbardziej naturalna i nie ma sie temu co dziwic. Taka jest kolej rzeczy

Nie mam ochoty niczego z tobą przedyskutować, mimo że jesteś krynicą wszelkiej mądrości i wiedzy zarezerwowanej tylko dla wybranych.
Zapewne masz jakąś swoją ogólną teorię wszystkiego, tylko jeszcze nie dojrzała. Dlatego mówisz, że masz swoje poglądy, ale nikt nie wie jakie. ;D
Mało prawdopodobne, że świat straci coś, jeśli nie ogłosisz urbi et orbi swoich prawd objawionych.
Ja ich w każdym razie ciekaw nie jestem.
 
     
zyon 


Pomógł: 69 razy
Dołączył: 04 Sie 2009
Posty: 9859
Wysłany: Wto Sty 06, 2026 12:22   

Strix aluco napisał/a:
Nie mam ochoty niczego z tobą przedyskutować

No popatrz a wczoaj jeszcze chciales, prawde mowili Wlosi, ze kobieta zmienna jest.

Mialem podobno obalac jakies twoje twierdzenie o bledach Kwasniewskiego ale nie napisales ktorych, bo podobno jestem ostatnim wojujacym optymalnym. Jezeli chodzi ci o obalenie niesmiertelnosci optymalnych to niestety ale i chetnie przyznam ci racje - optymalni tez umieraja, jezeli ktos ci wmowil, ze sa niesmiertelni to go nie sluchaj.
Strix aluco napisał/a:
mimo że jesteś krynicą wszelkiej mądrości i wiedzy zarezerwowanej tylko dla wybranych.

Nigdy i nigdzie tak nie pisalem, ale zauwazylem, ze masz dziwna sklonnosc do stawiania chocholow i potem walczenia z nimi. Nie krytykuje, ludzie maja rozne zajecia.
_________________
Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Śro Sty 07, 2026 11:57   

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/74822/szosty-zmysl-niewiarygodne-a-prawdziwe
Polski tytuł trochę mylący.
SuperSense: Why We Believe in the Unbelievable.
Angielski bardziej oddaje sens.

Bruce Hood był mi wcześniej nieznany, a szkoda bo książka świetna.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Śro Sty 07, 2026 11:58, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
zyon 


Pomógł: 69 razy
Dołączył: 04 Sie 2009
Posty: 9859
Wysłany: Śro Sty 07, 2026 12:23   

Cytat:
Okładka książki Szósty zmysł. Niewiarygodne, a prawdziwe. autora Bruce M. Hood, 9788324714032
Bruce M. Hood Wydawnictwo: Świat Książki
ezoteryka, senniki, horoskopy
360 str. 6 godz. 0 min.

WTF? :shock:
_________________
Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Śro Sty 07, 2026 20:33   

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5161811/strach-inna-historia-swiata
Cytat:
Zacząłem pisać tę książkę w Hongkongu, w czasie kiedy w Pekinie podjęto decyzję o ograniczeniu wolności w imieniu bezpieczeństwa. Miesiące stosowania gazu łzawiącego, pocisków gumowych i armatek wodnych nie zdołały ujarzmić buntów, lecz pandemia okazała się najskuteczniejszą bronią do walki z protestami – i była to broń, którą Carrie Lam, szefowa administracji Hongkongu, bezlitośnie wykorzystywała do zduszenia opozycji. Kiedy zrezygnowałem z mojej pozycji profesora na uniwersytecie w Hongkongu latem 2021 r., moi przyjaciele ścigani byli przez władze, agencje prasowe były zamykane, a liderów opozycji osadzano w więzieniach. W mieście, które jeszcze kilka lat temu przepełniał optymizm, teraz na każdym kroku czaił się strach. (...) W książce tej prześledzone zostały dzieje około 700 lat strachu. Historia zaczyna się w XIV w., kiedy monopol Kościoła katolickiego na strach został podważony przez serię katastroficznych wydarzeń, włącznie z siejącą spustoszenie dżumą. Siedemnastowieczne państwa europejskie były ukształtowane politycznymi i religijnymi sporami, a wkrótce zaczęły one nakreślać imperia w Amerykach, Azji i Afryce i eksportować tym samym na cały świat zachodnie idee strachu i zarządzania nim. Ten transport strachu zdecydowanie jednak nie był jednostronny, gdyż europejskie spotkania z niezachodnimi społecznościami skłaniały do refleksji nad rodzimym lękiem oraz do świeżego spojrzenia na kulturę kształtującą ludzkie „namiętności”.

Na razie przeczytałem 50 stron. Mimo to petarda.
 
     
Witold Jarmolowicz 
Site Admin

Pomógł: 57 razy
Dołączył: 06 Sie 2007
Posty: 10198
Wysłany: Śro Sty 07, 2026 21:41   

A propos strachu.
To naturalna emocja ratująca życie.
Profiler FBI, Gavin de Becker w książce Dar strachu opisuje różne sytuacje kontaktu z kryminalistami w których instynkt strachu nie związany ze świadomym rozumowaniem ratował życie.
JW
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Pią Sty 09, 2026 12:09   

Cytat:
R O Z D Z I A Ł 3

Hic sunt dracones

Skąd się brały średniowieczne wyobrażenia o fantastycznych stworach?

Cały poprzedni rozdział poświęciłam na udowadnianie, że w średniowieczu było kilku poważnych zoologów, których pracę moglibyśmy uznać za naukową. Może zastanawiacie się, czy celowo ominęłam przy tym wszystkie historie związane ze zwierzętami fantastycznymi, które jednak pojawiają się u tych średniowiecznych badaczy? Wcale nie zamierzałam tego faktu zamieść pod dywan i udawać, że dziwne, nierzeczywiste bestie nigdy się w tych traktatach nie znalazły! Wręcz przeciwnie, ten fenomen, jak sądzę, jest na tyle ważny i ciekawy, że należy go wyjaśnić osobno, w oddzielnym rozdziale. Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że znajdziecie tu kolejny dowód na to, że warto pokochać średniowiecze – w tamtych czasach żaden dorosły, poważny, wykształcony człowiek nie powiedziałby Wam, że jednorożce nie istnieją!
Skąd więc w umysłach tych światłych autorów, którzy nie bali się kwestionować różnych antycznych mitów, bierze się miejsce na stworzenia fantastyczne? Odpowiedzi jest kilka, ale ważna wskazówka kryje się w łacińskim zdaniu, będącym tytułem tego rozdziału – Hic sunt dracones. Oznacza to tyle co „Tu są smoki”. I chociaż to zdanie znalazło się prawdopodobnie tylko na jednym globusie z XVI wieku, to odzwierciedla powszechnie stosowaną w średniowieczu praktykę, która polegała na umieszczaniu dziwnych stworzeń i potworów na obrzeżach map. Miało to najprawdopodobniej służyć jako ostrzeżenie dla podróżników, którzy zapuszczali się na nieznane ówcześnie krańce ziemi. Nie oznaczało to jednak dosłownie tego, że tworzący mapę rzeczywiście myślał, że żyją tam smoki. Dowodem na to jest występowanie obok wspomnianego Hic sunt dracones innej wersji – Hic sunt leones (Tu są lwy). Chodziło po prostu o oznaczenie miejsca nieznanego, w którym nie wiadomo, na co można się natknąć, oraz o ostrzeżenie wybierających się w tamte strony podróżnych. Najczęściej na średniowiecznych mapach zamiast jednego z tych dwóch zdań pojawiają się jednak po prostu wizualne przedstawienia dzikich zwierząt i fantastycznych stworów, które są tożsame z takim myśleniem o krajach odległych.
Tak już po prostu chyba jest skonstruowany umysł człowieka. Coś, co jest nieznane, wydaje nam się na samym początku czymś strasznym i przerażającym albo co najmniej dziwacznym. Wystarczy, że czegoś nie wiemy, a nasza wyobraźnia zaczyna pracować na najwyższych obrotach, produkując hipotetyczne obrazy, które prawie zawsze zakładają najgorsze możliwości. Jest to niestety przyczyna powstawania wielu przeróżnych uprzedzeń i stereotypów. W średniowieczu taka praktyka doprowadziła do namnożenia się przedziwnych, niesamowitych i niezwykle ciekawych stworów, które zapełniały krańce ówczesnych map świata, nie tylko tych fizycznie istniejących, ale także tych funkcjonujących w umysłach ludzi, a co za tym idzie, później również strony przeróżnych tekstów, w tym bestiariuszy i traktatów zoologicznych.
Należy pamiętać, że średniowieczne mapy wyglądały zupełnie inaczej niż te znane nam współcześnie. Mieszkańcy ówczesnej Europy nie wiedzieli przecież jeszcze o istnieniu Ameryk ani Australii. Poza Europą na mapach światach znajdowały się tylko Azja i północna Afryka. Pośrodku było miejsce na Mare Magnum (Morze Wielkie), czyli dzisiejsze Morze Śródziemne, a wszystko okalał ocean. Każdy z trzech kontynentów był wedle słów Izydora z Sewilli założony przez poszczególnych synów Noego, od których pochodziła ludność je zamieszkująca. Europejczycy mieli być potomkami Jafeta, Azjaci –Sema, a Afrykańczycy – Chama. Niestety, w języku polskim słowo „cham” ma wydźwięk negatywny, a swoją etymologię zawdzięcza biblijnej postaci Chama, który według Starego Testamentu śmiał się ze swojego nagiego i pijanego ojca, podczas gdy Jafet i Sem zajęli się nim, okryli go płaszczem i starali się na niego nie patrzeć. Przypisanie Chamowi ludności Afryki mogło dodatkowo stygmatyzująco wpływać na ich postrzeganie i stać się zalążkiem rasizmu. Wszystkie te założenia prezentuje mapa na ilustracji na poprzedniej stronie.
Jednym z celów średniowiecznej mapy, oprócz tych oczywistych, związanych z pokazaniem, gdzie na świecie znajdują się różne miejsca, było propagowanie konkretnych ideologii, sposobu postrzegania świata i ukazania stopnia ważności poszczególnych jego elementów. Jeśli popatrzymy na przykład na Mappa mundi z katedry w Hereford, która powstała około roku 1300, zobaczymy, że poszczególne punkty są na niej rozmieszczone według hierarchii, a nie wedle rzeczywistego położenia geograficznego. Pisząc o hierarchii, mam oczywiście na myśli tę chrześcijańską, która była najważniejsza w średniowiecznej Europie łacińskiej. W samym środku świata umieszczono więc Jerozolimę. Azja z kolei znajduje się na górze, ponieważ Wschód był łączony z dosłownym chrześcijańskim położeniem biblijnego Edenu, czyli raju, był więc dla chrześcijan najważniejszym z kierunków. Na obrzeżach znajdziemy oczywiście istoty fantastyczne.
Mała dygresja: czy wiecie, jak jeszcze manifestuje się waga Wschodu w religii chrześcijańskiej? Kościoły, szczególnie te średniowieczne, były orientowane. Orientalis oznacza po łacinie „wschodni”. Kościół orientowany to taki, który ma absydę, czyli najważniejszą część budowli z ołtarzem, skierowaną na wschód.
Ponieważ zarówno twórcy interesujących nas map, jak i nasi średniowieczni zoologowie pochodzili głównie z Europy, najdalszymi w ich rozumieniu zakątkami świata były Azja i północna Afryka. Nie zdziwi Was więc fakt, że we wszystkich tekstach, w których pojawiają się opisy zwierząt fantastycznych, ich pochodzenie jest zawsze łączone z tymi dwoma kontynentami. Najwięcej dziwnych stworów zamieszkiwało według średniowiecznych tekstów Indie, Etiopię, Libię i inne pozaeuropejskie znane ówcześnie miejsca. Znane jednak tylko z map i z opowieści.
Pamiętacie, że w średniowieczu chciano opisać cały znany świat jako metaforę boskiego mikrokosmosu? Stąd też prawdopodobnie brała się potrzeba zapełnienia tych nieznanych miejsc na mapach. Średniowieczne społeczeństwo nie znosiło pustki. W historii sztuki istnieje nawet pojęcie horror vacui, które po łacinie oznacza lęk przed pustką i prowadzi do namnażania się ozdób pokrywających jakieś obszary i elementy. Tak samo zdawały się działać umysły średniowiecznych ludzi – nie do wyobrażenia było pozostawienie jakiejś części mapy pustej, lepszym rozwiązaniem wydawało się wymyślenie czegoś, co choć hipotetycznie mogło się tam znajdować.
Te dalekie względem znanej Europy miejsca określano w niektórych źródłach średniowiecznych mianem antypodów. Słowo to pochodzi z łaciny (antipodes) i dosłownie oznacza przeciwne stopy, a używano go do określenia miejsc, które znajdują się po drugiej stronie kuli ziemskiej, czyli naprzeciw miejsca, w którym znajdował się autor opisujący akurat świat. Jak widać na mapie prezentowanej powyżej, w średniowieczu doskonale zdawano sobie sprawę z kulistości Ziemi. Jeszcze innym bardzo ciekawym przykładem średniowiecznej mapy jest składający się z ośmiu części Atlas kataloński, na którym osoby znajdujące się po przeciwnej stronie globu są ukazane do góry nogami, co jeszcze bardziej podkreśla inność tego, na co można się tam natknąć, i świetnie obrazuje słowo „antypody”.
Oprócz wyobrażeń średniowiecznych kartografów na temat świata źródłami pochodzenia informacji o fantastycznych stworach były również teksty pisane, podające niezgodne z prawdą (w naszym dzisiejszym rozumieniu) wiadomości, które rozpowszechniły się na taką skalę, że w średniowiecznym społeczeństwie zostały przyjęte jako wiedza powszechna. Ale skąd ówczesnym autorom tekstów o zwierzętach w ogóle przychodziły do głowy takie przedziwne kreatury? Są trzy możliwości: albo je wymyślili, albo skopiowali od kogoś, kto je wymyślił, albo skopiowali od kogoś, kto wymyślił je na podstawie przedstawień podpatrzonych u pozaeuropejskich kultur, mitów i religii.
Fałszerze przyrodniczej rzeczywistości to głównie starożytni podróżnicy, których teksty mówiące o stworzeniach widzianych przez nich rzekomo w Indiach i w Persji zostały utrwalone przez Herodota, antycznego historyka. Za Herodotem powtarzał Pliniusz Starszy, który z kolei był autorytetem dla wielu autorów średniowiecznych. Znane są też wzmianki o listach Aleksandra Wielkiego do swojego mistrza Arystotelesa. Nie wiadomo nawet, czy te listy istniały, ale jeśli tak, to mówią o bardzo dziwnych kreaturach widzianych rzekomo przez Aleksandra w Indiach.
Wydaje się, że literatura podróżnicza była jednym z gatunków literackich kwitnących w średniowieczu i rządzących się własnymi prawami, tak jak na przykład bestiariusze. Oznacza to, że może niektóre z tych tekstów rzeczywiście były pisane przez autentycznych podróżników, ale najprawdopodobniej wiele z nich powstawało w Europie za sprawą autorów, którzy nigdzie nie jeździli, ale pisali dzieła podróżnicze, na które był wtedy popyt. Tworzyli je więc najprawdopodobniej mieszkańcy średniowiecznej Europy, którzy nie opuszczając rodzimego kontynentu, dawali upust swojej bogatej wyobraźni bazującej na przesłankach płynących z innych ówczesnych i wcześniejszych tekstów.
Dlaczego jednak w ogóle takie fantastyczne informacje pojawiały się w starożytnych tekstach, z których później czerpali autorzy średniowieczni? Nadal nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. Jednym z prawdopodobnych wytłumaczeń wydaje się bariera językowa – treść starożytnych tekstów greckich mogła nieco zmienić znaczenie po przetłumaczeniu ich na łacinę, szczególnie że tłumaczono je – jak już wiecie – wtórnie z przekładów arabskich. Wydaje się, że takie zjawisko może dotyczyć kilku przypadków, jednakże współcześnie znane nam są również oryginalne teksty starożytnych Greków, w których rzeczywiście pojawiają się informacje o dziwnych stworach i nie jest to kwestia błędnego tłumaczenia. Najbardziej prawdopodobnym rozwiązaniem tej zagadki wydaje się hipoteza, według której starożytni podróżnicy trafiający do dalekich krajów stykali się w nich z przeróżnymi rzeźbami i innymi przedstawieniami mitycznych kreatur miejscowych kultur. Europejscy przybysze mogli je wziąć za odwzorowanie miejscowej fauny, której według swych wyobrażeń nie mieli po prostu szansy zobaczyć na żywo.
Postać jednorożca mogła na przykład wziąć się z obserwacji greckiego podróżnika, który oglądał wyobrażenia byków i innych rogatych zwierząt w Persji, gdzie były one pokazane na reliefach tylko z profilu, bez perspektywy – tak że widoczny był tylko jeden róg. Wiarygodności przesłaniu o jednorogim stworzeniu przydawały kły narwali, którymi handlowano jako rogami jednorożców, a że narwale pochodzą z dalekiej Północy, długo nikt nie mógł poznać ich prawdziwej proweniencji i w średniowiecznym umyśle te przypadkowe elementy połączyły się prawdopodobnie w całość. Oprócz inspiracji widokami z dalekich krain na powstanie niektórych kreatur mogły wpłynąć również niedokładne obserwacje natury. Feniks wyłaniający się z popiołów mógł się pojawić w wyobraźni ludzi, którzy w rzeczywistości byli świadkami kąpieli mrówkowej ptaków.
Pomylone, oszukane czy wymyślone – jakakolwiek była przyczyna ich powstania, musimy zrozumieć, że te fantastyczne stworzenia funkcjonowały w średniowiecznych umysłach jako zwierzęta prawdziwe. Wielokrotnie utrwalane poprzez teksty i ilustracje przeniknęły do wyobrażeń i zaczęły powszechnie funkcjonować w umysłach średniowiecznych mieszkańców Europy jako istoty naprawdę żyjące gdzieś na świecie. Kiedy badamy średniowiecze, ówczesną sztukę i jej symbolikę, musimy więc przyjąć, że jednorożce i smoki rzeczywiście istniały, bo według powszechnej ówczesnej wiedzy one naprawdę gdzieś na ziemi mieszkały. Jak wspominałam w poprzednim rozdziale, w średniowieczu uważano, że każde zwierzę istniało na świecie z jakiegoś powodu, miało jasno określony cel, bo nic w naturze nie było przypadkowe. Według chrześcijańskiego filozofa, św. Augustyna, wszelkie monstra istniały po to, aby pokazać człowiekowi, że Bóg może stworzyć wszystko, co mu się żywnie podoba, tak samo jak może wskrzesić zmarłego człowieka po końcu świata. Poza tym fantastyczne kreatury były przecież częścią obowiązującego ówcześnie słownika moralizujących symboli.
Nie chciałabym, by ktokolwiek odniósł mylne wrażenie, że wzmianki o wszystkich tych fantastycznych stworach stoją w sprzeczności z moją walką o zaliczenie średniowiecznego namysłu nad zwierzętami do dokonań zoologii jako gałęzi nauki. Ich obecność w bestiariuszach i innych tekstach wynika z kwerendy przeprowadzonej przez średniowiecznego autora i zastosowania przez niego ówczesnej metodologii badawczej, jest więc elementem ówczesnego stanu wiedzy o świecie natury. Nie możemy odmówić średniowiecznej zoologii naukowości tylko dlatego, że dzisiaj mamy swoje odmienne definicje. Zwierzęce monstra są integralną częścią średniowiecznej nauki o zwierzętach oraz odbiciem ówczesnego dążenia do opisania wszystkich gatunków pomimo utrudnień w możliwości bezpośredniego kontaktu z nimi. Na to, że fantastyczne stworzenia nie były traktowane odrębnie od „prawdziwych”, „normalnych” zwierząt, wskazuje fakt, że w bestiariuszach i innych dziełach zoologicznych są one wymieniane alfabetycznie pomiędzy resztą fauny, a nie w jakiejś osobnej części.
Jeśli średniowiecznym ilustracjom przyjrzymy się bliżej, zobaczymy też, że wygląd fantastycznych bestii nie jest czymś, co zrodziło się z niczego w bujnej wyobraźni ówczesnych autorów i artystów. Są to albo zwierzęta przypominające te znane, które wyróżniają się jedynie swoimi niesamowitymi zdolnościami, albo hybrydy, czyli połączenia elementów różnych stworzeń w jedno. Wystarczyło więc wziąć ciało znanego powszechnie zwierzęcia, dodać elementy innych gatunków, na przykład grzebień, nogi, róg czy po prostu połowę cudzego ciała, żeby powstało coś niesamowitego. Schemat powstawania tych bestii jest więc dość prosty do prześledzenia, a o naszym zdziwieniu przy oglądaniu ówczesnych ilustracji decydują głównie kontrastowo zestawione ze sobą barwy i zupełnie inny od późniejszego i współczesnego styl i sposób przedstawiania.

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4952043/swinia-na-sadzie-ostatecznym-jak-postrzegano-zwierzeta-w-sredniowieczu

Fajna na zimowy weekend.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Sob Sty 10, 2026 13:46   

Cytat:
A kto to w ogóle zamówił?

W latach trzydziestych XX wieku fizycy znali już wszelkie cząstki, jakie według nich musiały istnieć. Uważano, że wszystko zbudowane jest z zaledwie czterech elementów: protonów, neutronów, elektronów i mniej powszechnych (ale bardzo ważnych) cząstek zwanych pozytonami. Te cztery składniki pozwalały opisać całą znaną materię we wszechświecie.
Pozyton został odkryty w 1932 roku przez amerykańskiego fizyka Carla Andersona przy użyciu prymitywnego, ale skutecznego urządzenia zwanego komorą kondensacyjną, która jest świetną naukową zabawką (kiedyś zbudowałem taką komorę, bo robię takie właśnie rzeczy). Wypełniasz mały zbiornik parą i schładzasz ją do momentu, gdy znajdzie się na granicy pomiędzy gazem a cieczą (idealnie sprawdzają się pary alkoholu i suchy lód do chłodzenia).
Każde zaburzenie takiej przechłodzonej pary, na przykład przez przelatującą przez komorę wysokoenergetyczną cząstkę, powoduje, że para kondensuje wokół niej, tworząc na kilka sekund niewielką smugę. Analizując te smugi skondensowanej pary, można wywnioskować, jaka cząstka właśnie przeleciała przez urządzenie. To taki fizyczny odpowiednik fotopułapki zastawionej w lesie, by filmować przechodzące zwierzęta.
Anderson zgarnął Nagrodę Nobla za zaobserwowanie pozytonu, ale w 1936 roku zupełnie bez ostrzeżenia przez jego komorę przeleciało coś, czego nikt się nie spodziewał. Ślad pozostawiony w komorze był charakterystyczny dla elektronu, z jedną zasadniczą różnicą – ta cząstka była dwieście siedem razy cięższa.
To tak, jakby zastawić fotopułapkę w swoim ogrodzie, chcąc przyłapać zakradającego się kota sąsiada, a w zamian uchwycić tygrysa szablozębnego. Anderson właśnie wykrył piątą cząstkę, której istnienia nikt nie przewidział.
Co raczej niepokojące, ta nowa cząstka, ochrzczona mianem mionu, nie występowała w atomach, nie przyczyniała się do rozpadu radioaktywnego i nie była potrzebna do wyjaśnienia żadnego zjawiska kwantowego. Nie miała żadnego przeznaczenia, a jednak istniała.
Usłyszawszy o mionie, inny noblista Isidor Rabi zadał z irytacją słynne pytanie: „A kto to w ogóle zamówił?” ;D [40], ponieważ mion zmienił sposób myślenia o cząstkach. Najwyraźniej wszechświat nie był tak prosty i elegancki, jak zakładano. Zawierał cząstki, które istniały bez powodu. Nic nie robiły. Po prostu sobie były.
Niewiele później amerykański fizyk Martin Perl odkrył jeszcze jedną bezsensowną cząstkę, 3,5 tysiąca razy cięższą od elektronu, którą nazwano taonem[41]. A gdy inni fizycy dołączyli do zabawy ze swoim komorami kondensacyjnymi, dopiero zaczęło się dziać. Wkrótce objawił się pion, kaon, lambda, ksi, eta… i tak do połowy lat sześćdziesiątych XX wieku zidentyfikowano ponad czterysta nowych cząstek[42].
To było jak kryzys egzystencjonalny w fizycznym wydaniu. Wszechświat najwyraźniej kipiał od rzeczy, które nie miały żadnej funkcji i nie było wiadomo, co z nimi zrobić. Udało się nam zredukować tę menażerię cząstek do garstki głównych graczy tworzących tak zwany model standardowy – to kilkanaście cząstek elementarnych, z których zbudowane są wszystkie pozostałe. I na tym utknęliśmy.
Niektórzy fizycy poszukują eleganckiej teorii, która wyjaśniłaby istnienie tych wszystkich dziwnych cząstek i ich pozornie przypadkowe masy. Inni natomiast nie widzą powodu, by w ogóle zakładać, że wszechświat jest uporządkowany i piękny. Być może wszechświat – tak jak w dużym stopniu cała nauka – to jeden wielki bałagan.
:evil: https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5116342/przypadkiem-jak-najwieksze-niezamierzone-odkrycia-zmienily-swiat
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Sob Sty 10, 2026 13:48, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Nie Sty 11, 2026 14:23   

Na luty spojrzenie z drugiej strony.
https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4821728/blad-darwina

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4955544/czarna-skrzynka-darwina-biochemiczne-wyzwanie-dla-ewolucjonizmu

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5005495/dewolucja

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4954914/granica-ewolucji-w-poszukiwaniu-ograniczen-darwinizmu

Może być ciekawie. :evil:
 
     
zyon 


Pomógł: 69 razy
Dołączył: 04 Sie 2009
Posty: 9859
Wysłany: Nie Sty 11, 2026 18:02   

Ksiazka Behego jest swietna, reszta tez ok.
_________________
Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
Ostatnio zmieniony przez zyon Nie Sty 11, 2026 18:02, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Nie Sty 11, 2026 22:24   

zyon napisał/a:
Ksiazka Behego jest swietna, reszta tez ok.

Druga, trzecia i czwarta to Michael Behe.

Tyle że się rozmyśliłem.
Teraz czas na odpoczynek od tych głupot.
Ile można czytać o tym kto stworzył życie na ziemi.
Stworzył po to żeby żyło, a nie pierdzieliło o tym jak powstało.
Stephen King czeka ze zbiorami opowiadań, których nie czytałem. Do Grahama Mastertona sobie wrócę. Jeffrey Archer też napisał kilka zbiorów opowiadań, a czytałem tylko jeden.
A Michaela Crichtona ile nie czytałem książek, a Jeana Christophera Grangea.
Nie mówiąc o Simonie Beckettcie, którego czytanie przerwałem.
 
     
Witold Jarmolowicz 
Site Admin

Pomógł: 57 razy
Dołączył: 06 Sie 2007
Posty: 10198
Wysłany: Pon Sty 12, 2026 11:18   

No, no, Masterton fajny jest. Jego pikantne poradniki erotyczne działają na wyobraźnię. :P

Co do kodu DNA, to bullshit. Media triumfalnie ogłosiły, że rozszyfrowano kod genetyczny. Jest to prawda o tyle, że rozszyfrowano, które fragmenty nici DNA kodują produkcję jakich białek. I to wszystko. Od tego, do poznania, gdzie w komórce jajowej są wszystkie informacje o całym człowieku, budowie narządów, ich funkcjonowaniu, psychice, wyglądzie, dzielą nas całe lata świetlne. W zasadzie nic nie wiadomo, a przecież banalne porównanie wyglądu obu Morawieckich jasno udowadnia, że są podobni i gdzieś ten wygląd był zapamiętany w kodzie genetycznym.
To tak, jakby chemik analizował skład chemiczny procesora nie wiedząc nic o programowaniu.
JW
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Pon Sty 12, 2026 15:43   

Witold Jarmolowicz napisał/a:
No, no, Masterton fajny jest. Jego pikantne poradniki erotyczne działają na wyobraźnię. :P

Co do kodu DNA, to bullshit. Media triumfalnie ogłosiły, że rozszyfrowano kod genetyczny. Jest to prawda o tyle, że rozszyfrowano, które fragmenty nici DNA kodują produkcję jakich białek. I to wszystko. Od tego, do poznania, gdzie w komórce jajowej są wszystkie informacje o całym człowieku, budowie narządów, ich funkcjonowaniu, psychice, wyglądzie, dzielą nas całe lata świetlne. W zasadzie nic nie wiadomo, a przecież banalne porównanie wyglądu obu Morawieckich jasno udowadnia, że są podobni i gdzieś ten wygląd był zapamiętany w kodzie genetycznym.
To tak, jakby chemik analizował skład chemiczny procesora nie wiedząc nic o programowaniu.
JW


Lata rewolucji seksualnej. W Polsce przyszły z lekkim opóźnieniem. Wydawnictwo Rebis wznowiło serię książek o seksie Mastertona. Czy całą tego nie wiem, ale kilka tytułów z nowymi okładkami widziałem.

Co do sporu pomiędzy ewolucjonistami a kreacjonistami, to już dawno w kilku rozmowach tutaj mówiłem, że jak ktoś chce takie spory toczyć, to się chętnie pośmieję i z jednych i z drugich.
Bardzo zabawni są też ci, którzy ludzi z naukowym podejściem do tematu od razu wrzucają do ewolucjonistów i wojujących ateistów.
Oczywiście wersja kreacjonistów jest lekka, łatwa i przyjemna tzn Bóg stworzył wszystko i dziękuję, można się rozejść. Jeśli kogoś jara taka wersja to OK.
Mnie nie jara.

PS Przejrzałem książkę Gavina de Beckera "Dar strachu" o której Pan wspomniał.
Świetne. Coś jak podręcznik do survivalu i serial "Śmierć na 1000 sposobów" w jednym.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Pon Sty 12, 2026 15:54, w całości zmieniany 2 razy  
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Pon Sty 12, 2026 16:51   

Cytat:
GDYBY Z CZASZKI wyjęto ci mózg, umarłbyś. Lekarze stwierdzają zgon, mierząc elektryczne sygnały w mózgu, a więc potrzebujesz go, by wykazał jakiekolwiek sygnały. Skoro go nie masz, jesteś kaput. Nie ma się nad czym zastanawiać.
Warto się natomiast zastanawiać nad tym, ile mózgu możesz stracić, by mimo to dalej funkcjonować. Pewnie myślisz, że twój mózg jest kluczowy, ale pamiętaj, że to właśnie on odpowiada za to przekonanie – więc nie jest do końca obiektywny.
Gdybyś był kurczakiem, poradziłbyś sobie nie tylko bez mózgu, ale bez całej głowy. Skąd to wiemy? Spójrzcie tylko na Bezgłowego kurczaka Mike’a, urodzonego w 1945 roku w mieście Fruita, w stanie Kolorado.
10 września 1945 roku Mike miał trafić na stół. Jego właściciel, Lloyd Olsen, wziął go na podwórko za domem i odrąbał mu łeb siekierą. Ku wielkiemu zdziwieniu farmera Mike zachowywał się dokładnie tak samo jak wcześniej – wydziobywał nawet ziarno z ziemi (a przynajmniej próbował to robić). Mike przez dwa lata podróżował z Lloydem po kraju i w końcu zakrztusił się na śmierć (trzeba go było karmić przez zakraplacz do oczu). Jakim cudem przeżył spotkanie z siekierą?
Lekarze z Uniwersytetu w Utah orzekli, że ostrze rzeczywiście pozbawiło Mike’a głowy, lecz pozostawiło w nietkniętym stanie pień mózgu, który kontroluje podstawowe funkcje życiowe takie jak bicie serca, oddychanie, spanie i jedzenie, co – jeśli się nad tym porządnie zastanowić – wyczerpuje repertuar zachowań kurczaka. Tętnice Mike’a zakrzepły, zanim zdążył się wykrwawić na śmierć, i mógł wrócić do swoich zajęć22.
Zarówno u kurczaków, jak i u ludzi pień mózgu pełni zasadniczą rolę w podtrzymywaniu życia, bez niego nie zdołałbyś oddychać ani nadzorować pracy serca. Skutek uszkodzenia jakiejkolwiek innej części mózgu nie jest przesądzony. Mózg jest plastyczny i potrafi delegować zadania do innych, nieuszkodzonych obszarów. Dzieli się także na półkule – prawą i lewą – więc jeśli szkoda ogranicza się do jednej z nich, narząd potrafi znieść naprawdę wiele, jak widzimy to na przykładzie Phineasa Gage’a.
Na początku XIX wieku na budowie kolei żelaznej raczej nie dbano o przestrzeganie zasad BHP, szczególnie wśród pracujących z dynamitem. Do zadań Phineasa Gage’a z tego zespołu należało wsypywanie prochu strzelniczego do dziur wywierconych w skale, a następnie ubijanie go metalowym prętem długim na metr i grubym na trzy centymetry. Ale zanim Phineas zaczął upychać proch, musiał pamiętać, żeby dodać trochę piasku, aby ładunek się nie zapalił.
3 września 1848 roku Phineas Gage zapomniał dosypać piasku. Kiedy uderzył w proch strzelniczy, ten wybuchł i metalowy pręt wystrzelił tak, że przeszedł robotnikowi przez żuchwę, koło lewego oka, przeszył lewą półkulę mózgową i wyszedł przez czubek głowy, po czym wylądował kilkaset metrów dalej.
Gage nie tyle nie zginął, ile nawet nie stracił przytomności. Po miesiącu niemal zupełnie wrócił do zdrowia, chociaż, jak relacjonowali jego przyjaciele, zmieniła mu się osobowość. Bliscy jednomyślnie orzekli, że po spotkaniu z metalową żerdzią Gage stał się bardziej porywczy. Po wypadku rzucił pracę na kolei i ruszył w trasę promocyjną z metalowym prętem pod pachą. Żył jeszcze 12 lat.
Gage, rzecz jasna, miał szczęście. Choć pręt przeszył jego mózg, uraz powstał jedynie w lewej półkuli, a ponieważ część z podstawowych funkcji życiowych ma wsparcie w drugiej półkuli, to nie jest jeszcze najgorzej. Dlatego jeżeli zamierzasz wbić sobie drąg w głowę, warto pamiętać, że lepiej kierować go wzdłuż (z przodu do tyłu) lub w głąb (z góry na dół), tym samym uszkadzając jedynie jedną półkulę, niż wbić go w poprzek (od ucha do ucha) i naruszyć obie półkule.
Phineas przeżył także dlatego, że spore fragmenty mózgu nie odpowiadają za nic szczególnego lub są właściwie zbędne. Jeżeli uraz następuje powoli, to przeżyjesz utratę większej części mózgu niż Phineas, tak jak to spotkało studenta, ucznia brytyjskiego neurologa Johna Lorbera.
Pod koniec lat 70. Lorber był profesorem Uniwersytetu w Sheffield w Anglii i zauważył, że jeden z jego pupilów ma zadziwiająco dużą głowę. Poradził studentowi, żeby zrobił sobie tomografię komputerową. Badanie wykazało problem nie tyle z mózgiem, ile z jego brakiem, ponieważ 95 procent objętości głowy zajmował płyn mózgowo-rdzeniowy z cienkim strzępkiem istoty szarej przyklejonym do czaszki.
Ta choroba to nic nadzwyczajnego – zwykłe wodogłowie polega z grubsza na tym, że masz w mózgu cieknącą rurę. Wyciekający płyn stopniowo wypycha mózg na czaszkę. Jeżeli przydarzy ci się to za młodu, kiedy twoje kości wciąż są elastyczne, ciśnienie rozepchnie ci także czaszkę – dlatego będziesz musiał nosić większą czapkę.
Nietuzinkowe w wypadku tego studenta było to, że jego iloraz inteligencji wynosił 126 (przeciętny wynik to 100), co nie tylko sporo mówi o testach badających IQ, lecz także dowodzi, że rozmiar, jeśli chodzi o mózg, nie ma aż takiego znaczenia23. Nosimy w głowie upchnięte przeszło 1,2 kilograma mózgu, podczas gdy studenciak miał tylko 10 deka i świetnie sobie radził.
Przez dobrą chwilę naukowcy uważali, że im większy mózg, tym mądrzejsze stworzenie (i że to my posiadamy największy narząd wśród zwierząt). Pewnego dnia jednak ktoś zajrzał do czaszki słonia, zobaczył jego ważący 5,5 kilograma mózg i tę teorię trzeba było zrewidować. Może na inteligencję wskazuje raczej stosunek objętości tego organu do masy ciała? Brzmiało nieźle, aż ktoś to policzył i okazało się, że w takim razie szedłbyś łeb w łeb z myszą polną.
W końcu dowiedziono, że kluczem do inteligencji jest to, ile neuronów mieści się w mózgu bez względu na jego gabaryty, a wyciąganie wniosków na temat inteligencji zwierzęcia na podstawie rozmiarów jego mózgu jest jak szacowanie prędkości komputera na podstawie jego wielkości (pamiętajmy, że smartfon w kieszeni jest o wiele, wiele szybszy od zajmującego cały pokój komputera z lat 60.24).
Zasadniczo chodzi o to, że jeśli kiedyś doczekamy inwazji kosmitów o mózgach wielkości ziarnka grochu, to nie powinniśmy ich lekceważyć.
22 Gdyby odrąbano głowę tobie, doświadczenia przeprowadzone na szczurach pokazały, że zachowałbyś przytomność przez cztery sekundy, po czym ciśnienie krwi spadłoby ci gwałtownie – tak samo jak to się dzieje, kiedy wychodzisz za szybko z gorącej kąpieli – a następnie byś zemdlał.
23 Wyjaśnienie nadzwyczajnej sprawności intelektualnej studenta może się sprowadzać do tego, że wewnętrzna część mózgu, zwana istotą białą (której prawie w ogóle nie posiadał), nie jest aż tak ważna jak zewnętrzna – nazywana istotą szarą. Jeżeli więc masz w planach pozbyć się fragmentu mózgu, śmiało wyrzuć coś ze środka.
24 A skoro już mowa o starciu mózgów z komputerami, to te pierwsze nadal potrafią przeprowadzić pewne operacje szybciej od najszybszych superkomputerów. Ale komputery nas doganiają

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4845646/juz-nie-zyjesz
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Pią Sty 16, 2026 21:52   

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4974520/zaskocz-zabij-zniknij-historia-tajnej-armiii-i-zabojcow-z-cia

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5129443/wojna-nuklearna-mozliwy-scenariusz

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/257943/operacja-paperclip


Wszystkie trzy pasują do tematu literatura naukowa. No może "Zaskocz, zabij, zniknij" nie do końca, ale szkoda mi było rozdzielać, bo autorka ta sama.
Nie ma co sugerować się opisami, bo nie oddają tego co jest w środku. *Operacja Paperclip" wydaje się drętwa, a czyta się jak książkę sensacyjną. To dowód na prawdziwość powiedzenia, że nie ocenia się książki po okładce. Niektóre panie o nienachalnej urodzie używają to jako analogii oceny ludzi po fizyczności.
Ja tam nie wiem. Często sprawdza się w odniesieniu do książek. Chyba jednak dużo rzadziej w przypadku pań.

PS czytałem wszystkie 3 kilka miesięcy temu. Dziś robiłem porządki w cyfrowej bibliotece i mi się jakoś nawinęły.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Pon Sty 19, 2026 18:44   

Cytat:
Miejsce w mózgu odpowiedzialne za włączanie psi Organizm stale reaguje na naturalne wpływy elektromagnetyczne. Zespołowi naukowców na uniwersytecie w Giessen udało się sztucznie wytworzyć bardzo słabe impulsy elektromagnetyczne, które powstają podczas wyładowań atmosferycznych (błyskawice)28. Wpływ takich impulsów przejawiał się w prądach mózgu i utrzymywał się także po zakończeniu stymulacji. Najbardziej znaczącym elementem tych badań jest wskazówka, że organizm ludzki reaguje na minimalne bodźce magnetyczne. Związek pomiędzy takimi reakcjami i psi stanowi obecnie problem, nad którym prowadzone są ożywione dyskusje i który poddaje się intensywnym badaniom empirycznym.
Persinger stawia tezę, że w aktywności geomagnetycznej kryje się klucz do doświadczeń psi. Jego punktem wyjścia jest reprodukcja elektrycznych czynności mózgu, które w sztuczny sposób mogą wywołać przeżycia psi. Stosowane przez niego pola elektromagnetyczne nie są niebezpieczne, są słabsze niż wytworzone przez wiatr halny. Problem stanowi przełożenie zawartych w nich informacji na język mózgu.
Persinger próbuje w naturze podpatrzeć sposób, w jaki się to odbywa, śledząc sterowanie przez nią licznymi rodzajami zachowania człowieka i wykorzystywanie w tym celu aktywności geomagnetycznej.
Wiele gatunków ryb komunikuje się ze sobą za pomocą pól elektromagnetycznych, gołębie orientują się, wykorzystując pole magnetyczne Ziemi, pszczoły posługują się polami elektrycznymi w celu gromadzenia informacji o swoim środowisku. Persinger sądzi, że zjawiska telepatyczne zachodzą dzięki połączeniu wszystkich mózgów przez pole magnetyczne Ziemi.
Istnieje pewne miejsce w mózgu, które wydaje się posiadać neurologiczne predyspozycje do selektywnego reagowania na wpływy geomagnetyczne – są to płaty skroniowe mózgu. Persingerowi udało się wykazać, że czynności elektryczne przebiegające w głębokich strukturach płatów skroniowych odpowiadają globalnym warunkom magnetyzmu ziemskiego. Wzrost aktywności geomagnetycznej hamuje produkcję melatoniny w szyszynce. Wiadomo, że melatonina pełni ważną funkcję w zaburzeniach mających związek z płatami skroniowymi, jak stany maniakalno-depresyjne.
Halucynacje w sytuacjach kryzysowych i efekty psychokinetyczne mogłyby mieć niewyjaśniony jeszcze związek z procesami biochemicznymi przebiegającymi w mózgu, podobnie jak doświadczenia religijne i mistyczne, które mogłyby być rezultatem zjawisk elektrycznych w płatach skroniowych29.
Dzięki kontroli pól magnetycznych Persingerowi udało się przeprowadzić symulację wzoru prądów mózgu, podczas której był w stanie wywołać zarówno silne emocje, jak i halucynacje, ożywione uczucia dotyku i ruchu, a nawet pojawianie się osób zmarłych30. Doniosłość tego odkrycia jest olbrzymia, gdyż obecnie wiemy tylko, że takie doświadczenia powstają w pewnych określonych rejonach mózgu.
Nasuwa się więc pytanie, jaką funkcję pełnią zjawiska elektryczne w płatach skroniowych, które pośredniczą w takich doświadczeniach. W końcu wszystkie doświadczenia “przekładane" są przez mózg. Mimo że zdajemy sobie z tego sprawę, postrzeganie naszego codziennego otoczenia nie wydaje się mniej realne. Może aktywność geomagnetyczną należy potraktować jako czynnik modulujący, który steruje gotowością mózgu do świadomego udostępniania informacji psi.
Ludzki płat skroniowy podzielony jest na trzy zwoje – górny, środkowy i dolny (rys. 6). Podrażnienia elektryczne zwoju górnego i środkowego prowadzą do powstania halucynacji słuchowych, zjawisk deja vu oraz stanów marzeń sennych. Podczas badań wykonanych na małpach udało się stwierdzić, że środkowy i dolny zwój płata skroniowego bierze udział w przetwarzaniu informacji wizualnych. Tak zwany pierwotny obszar projekcyjny w potylicznej części kory mózgowej uczestniczy w przekazywaniu informacji wzrokowej poprzez środkowy i dolny zwój płata skroniowego. Z tego powodu ten region płata skroniowego określa się ostatnio jako “drugą wizualną korę asocjacyjną". Obecnie wiadomo, że w płatach skroniowych zbiegają się informacje o wszystkich szczegółach postrzegania.
Z punktu widzenia wiedzy klinicznej płaty skroniowe były znane przede wszystkim dzięki tak zwanemu zespołowi płatów skroniowych. Po raz pierwszy opisał go Norman Geschwind z Harwardzkiej Szkoły Medycznej (Harvard Medical School)31. Powstaje on na skutek uszkodzeń (skaleczeń) w płatach skroniowych i przejawia się pogłębieniem przekonań religijnych, nadmierną skłonnością do pisania (hipergrafia) i stosowania dziwnych praktyk seksualnych. Rodzaj religii nie odgrywa tutaj żadnego znaczenia, zespół uwrażliwia na każdy rodzaj nauk religijnych, których wyznawanie chory zmienia często w niestały sposób32.
Zaburzenia w płatach skroniowych stanowią niejednokrotnie wskazówkę o specyficznej formie epilepsji, tak zwanej epilepsji psychomotorycznej lub inaczej padaczki skroniowej (epilepsia temporalis, TLE). Powstaje ona na skutek uszkodzenia jednego lub dwóch płatów skroniowych. 20-30 % wszystkich przypadków padaczki to typ skroniowy.

Pod koniec lat 60. południowoafrykański neurolog Gordon Nelson wykonał zapisy elektroencefalograficzne u osób będących mediami transu i stwierdził bardzo charakterystyczne zaburzenia w płatach skroniowych. Vemon Neppe, psychiatra z Południowej Afryki, zauważył, że osoby informujące o przeżyciach psi opisywały także inne niezwykłe doświadczenia, które są zadziwiająco podobne do tych, jakie pojawiają się przy zaburzeniach w płatach skroniowych33. U większości pacjentów wykazujących dysfunkcje płatów skroniowych występują najczęściej halucynacje węchowe i zjawiska deja vu. Liczni pacjenci Neppe'a z subiektywnymi przeżyciami psi także informowali o zjawiskach deja vu oraz halucynacjach węchowych. Chodziło tutaj jednakże o miłe zapachy, podczas gdy w przypadku zaburzeń w płatach skroniowych są to zwykle nieprzyjemne zapachy gnicia i spalenizny.
Szkocki psychiatra James McHarg34 opisał wizje pewnej pacjentki, które odpowiadały pełnej charakterystyce zjawisk paranormalnych, ale były efektem padaczki skroniowej. Pacjentka poszła w odwiedziny do nowego domu swojego przyjaciela. Zauważyła objawy zazwyczaj poprzedzające atak:
“mleczny" zapach i uczucie, że otoczenie staje się nierzeczywiste. Podczas takich stanów wspomniana kobieta najczęściej przeżywała halucynacje wzrokowe. Tym razem zobaczyła kobietę o kasztanowych włosach stojącą koło kuchenki. Wizja szybko błysnęła przed oczami pacjentki i zniknęła. Jak się później okazało, w tym miejscu naprawdę stalą wcześniej kuchenka. Jako kobietę z wizji pacjentka McHarga zidentyfikowała jedną z dwóch sióstr zamieszkujących wcześniej ten dom.
Być może informacje psi przedostają się do płatów skroniowych na takiej samej drodze jak zwyczajne informacje zmysłowe. Tam podlegają filtracji i tylko w szczególnych przypadkach przekazywane są do wyższych, kognitywnych rejonów mózgu. Wyładowania elektryczne zachodzące w płatach skroniowych mogłyby likwidować istniejącą tam cenzurę, co umożliwiałoby nasilone docieranie informacji psi do świadomości.
Dwie struktury, wykazujące ścisły związek z płatami skroniowymi, mogłyby pełnić osobliwą rolę ogniw pośredniczących w przeżyciach psi. Chodzi tutaj o ciało migdałowate (inaczej jądro migdałowate, amygdala) oraz hipokamp – pasmo kory leżące w głębi płata skroniowego. Ciało migdałowate jest centralnym elementem układu limbicznego, odpowiedzialnym za reakcje wegetatywne i emocjonalne. W samym układzie limbicznym odbywa się kierowanie naszymi emocjami. Prawdopodobnie tutaj ukryta jest przyczyna zjawiska, na podstawie którego dzięki psi do świadomości przedostają się przede wszystkim treści uczuciowe. Informacje przepełnione treściami emocjonalnymi natury anomalnej lub nie oddziałują na kruchy system wspomnień i cenzury w płatach skroniowych i powodują nieświadome zapamiętywanie pewnych treści lub przesuwanie ich do świadomości.
Czynności mózgu można zmierzyć nie tylko poprzez pomiar aktywności kory mózgowej, ale również na podstawie przepływu krwi w poszczególnych rejonach mózgu. Nasilony przepływ krwi stwierdza się w rejonach o zwiększonej aktywności metabolicznej; ma on na celu zaopatrzenie komórek w tlen. Zapisy wykonane dzięki tomografii pozytronowo-emisyjnej (PET) pozwoliły na utworzenie od 8 do 10 obrazów przekrojów mózgu w ciągu krótkiego czasu. Zdjęcia umożliwiają wyciąganie wniosków o tym, które rejony mózgu wykazuj ą podwyższoną aktywność w określonych momentach.
Badania EEG przeprowadzone na mistrzach Qigong i równocześnie wykonywane zapisy za pomocą tomografu pozytronowo-emisyjnego udowodniły, że podczas Qigong zaktywowane zostają płaty skroniowe i hipokampy, natomiast sam mózg pozostaje w spoczynku35. Głębokie struktury układu limbiczego, a więc ciało migdałowate i hipokamp, wykazują przy tym związek z powolnymi falami mózgu (alfa, teta i delta). Naukowcy wykryli także zaktywowania w pewnym specyficznym obszarze prawego płata skroniowego powiązane z falami alfa, w którym wyładowania podczas padaczki skroniowej wywołują przeżycia halucynacyjne.
Nowsze prace badawcze nad funkcjami ciała migdałowatego i hipokampu potwierdzają znaczenie tych struktur w przetwarzaniu sygnałów psi. Pewnej grupie komórek znajdującej siew hipokampie (komórki CAS) przypisuje się szczególne zadanie przy łączeniu zewnętrznych wrażeń zmysłowych i skojarzeń wewnętrznych. Komórki CAS zmieniają swoją funkcję na skutek stresu. Osoby o uzdolnieniach paranormalnych mówią często, że “uzyskały" swoje zdolności po przeżyciu olbrzymiego stresu fizycznego lub umysłowego, często po przebytym wypadku zagrażającym życiu, schorzeniu lub, jak to jest w przypadku epileptyków, w okresie dojrzewania. Uwarunkowana stresem zmiana w komórkach CAS mogła spowodować likwidację cenzury i doprowadzić do zwiększonej przepuszczalności sygnałów psi. Na specjalne zainteresowanie w odniesieniu do psi zasługuje zdolność hipokampu do odbudowy potencjałów długoterminowych – pierwszy krok do pamięci.
Bodziec elektryczny długości tylko jednej sekundy i o częstotliwości 400 Hz może poczynić prawie nieusuwalne zmiany w aktywności elektrycznej. W ciągu 10 minut powoduje ponadto tworzenie nowych rozgałęzień dendrytów (wypustek komórek nerwowych). Są one oznaką, że pojawiło się nowe trwałe połączenie.
Taka nadzwyczaj szybka plastyczność wskazuje, że kilkusekundowy wyważony bodziec psi mógłby wystarczyć do wywołania trwałych zmian w mikrostrukturze mózgu, a przez to do zmodyfikowania pamięci. Po utrwaleniu nowej informacji stanie się ona tak samo realna i zwyczajnie dostępna jak inne treści obecne w pamięci, uzyskane na normalnej drodze.
Jak już wcześniej wspomniałem, wrażenia psi bliższe są raczej wspomnieniom niż spostrzeżeniom zmysłowym, a świadomą reprodukcję informacji pozazmysłowych można porównać z postrzeganiem podprogowym.
Nowe badania wykazały, że płaty skroniowe pełnią ważną rolę w obróbce bodźców podprogowych.
Zespołowi Manabu Tashiro z Wydziału Medycyny Jądrowej na Uniwersytecie Tohoku w Sebdai udało się stwierdzić, że przy podprogowym bodźcu wzrokowym początkowo obserwuje się nasilenie przepływu krwi w płacie potylicznym36. Zwiększone ukrwienie przemieszcza się następnie do rejonów górnego i środkowego zwoju płata skroniowego. Badania wykazują, że płaty skroniowe pełnią ważną rolę w przetwarzaniu nieświadomych informacji.
Podczas zgłębiania automatycznych czynności psychicznych, przede wszystkim w przypadku tak zwanego automatycznego pisania, stwierdzono, że ludzie są niekiedy w stanie mówić o rzeczach, o których w zasadzie nie mogli mieć pojęcia. Osobliwego przypadku doświadczył Hans Bender podczas swoich pierwszych prób dotyczących automatycznego literowania, wykonywanych w obecności prostej służącej, która podczas tego testu była osobą podlegającą doświadczeniu. Doświadczenie miało następujący przebieg: palec wskazujący kładzie się na odwróconą do góry dnem szklankę, co umożliwia jej przesuwanie. Na obręczy koła wypisane są poszczególne litery alfabetu. Szklanka porusza się bez udziału świadomości i naciska kolejne litery, które tworzą sensowne zdania. Często dzieje się to bardzo szybko. Podczas doświadczeń Bendera kolejność liter nie miała na pierwszy rzut oka żadnego sensu aż do chwili, gdy ku wielkiemu zdumieniu wszystkich zauważono, że są to słowa w języku angielskim. Służąca nie znała tego języka. Tekst zidentyfikowano w końcu jako początkowe słowa noweli The Woman Who Rode Away napisanej przez D.H. Lawrence'a. Rozwiązanie krzyżówki było zarówno proste, jak i zaskakujące. Na nocnym stoliku pani domu, u której pracowała dziewczyna, leżał rozłożony tom noweli Lawrence'a. Służąca widziała otwartą książkę, a wrażenie optyczne utrwaliło w niej powyższe słowa.
W takich przypadkach mówi się o kryptomenzji (z greckiego “ukryta pamięć"), czyli przeżywaniu wspomnień o zapamiętanych treściach, których dana osoba nigdy nie przeżywała w swojej świadomości. Na tym przykładzie można ocenić jaką niesamowitą pojemnością pamięci dysponuje umysł ludzki i w jakiej dysproporcji do całości przyjętych wrażeń musi być ta część zjawisk, która została spostrzeżona w sposób świadomy37.
Podczas historycznych doświadczeń polegających na automatycznym literowaniu okazało się, że w przekazanych tekstach często pojawiają się informacje pozazmysłowe. Prawdopodobnie jest to metoda, dzięki której mogą być udostępniane informacje anomalne zapamiętane wcześniej za pośrednictwem płatów skroniowych. Dzięki niej omija się też próg świadomości. Osoby biorące udział w doświadczeniu nie wiedzą, co literują. Nieświadomie docierające sygnały psi mogą zostać w ten sposób zapamiętane i ewentualnie wywołane w późniejszym czasie. Przypuszczenie to potwierdzają badania anomalnego przekazu informacji podczas snu. Pozazmysłowe wrażenia, które podczas dnia nie są w stanie pokonać barier cenzury, stają się dostępne w korzystnym stanie świadomości, we śnie.
Wszystko wskazuje na to, że formy pojawiania się spontanicznych zjawisk psi zdominowane są przez funkcje płatów skroniowych: często pojawiają się we śnie i w fantazjach podczas stanu czuwania, przy czym towarzyszą im intensywne efekty, nadające danym doświadczeniom długotrwałe znaczenie osobiste.
Elektryczna niestałość płatów skroniowych oznacza, że pewne bodźce mogą stymulować przeżycia, które jedynie są podobne do doświadczeń psi. Padaczka skroniowa jest jedynym stanem w mózgu, podczas którego tworzone są spontaniczne przeżycia typu psi. W przypadku utrzymywania się epileptycznego ładunku elektrycznego w płacie i nie-osiągania przez niego rejonów motorycznych nie powstają ataki skurczów epileptycznych. Obserwator nie zorientuje się wówczas, że dana osoba przeżywa atak padaczki. W typowych przypadkach epileptyk wykonuje tylko jakiś rodzaj czynności rutynowych. Niekiedy są to jednie proste powtórzenia pewnych ruchów ciała. Mogą to być również kompleksowe działania utrzymujące się dłużej. W takich okresach czasu, mogących trwać od kilku sekund do kilku minut, a czasami także znacznie dłużej, pojawia się zmieniony stan świadomości powstający na skutek nagłych zmian elektrycznej aktywności mózgu w płacie skroniowym. Dlatego opisane przeżycia pseudopsi, mające przyczynę w wyładowaniach epileptycznych, można pomylić z prawdziwymi zjawiskami psi.
W każdym przypadku należy dopatrywać się błędu, ponieważ wrażenia psi mogą stanowić jedną z form padaczki skroniowej. Czynnikiem wyzwalającym psi jest zdarzenie zewnętrzne, natomiast atak epileptyczny jest wywoływany przez wydarzenie wewnętrzne. Jak podają informacje, doświadczenia pozazmysłowe zachodzą najczęściej podczas typowych nocnych faz snu, które nie mają nic wspólnego ze zjawiskami epileptycznymi.
Persinger ustalił, że większość spontanicznych raportów dotyczących postrzegania pozazmysłowego dotyczyła godzin pomiędzy 2.00 a 4.00 rano. Drugi przedział czasu, w którym rejestrowano najczęstsze występowanie psi, to godziny pomiędzy 21.00 a 23.00. Przed pojawieniem się na rynku odpowiednich lekarstw dokładnie w tych przedziałach czasowych obserwowano przeważającą liczbę napadów epileptycznych. Udało się także stwierdzić trzeci wierzchołek występowania psi około godziny 16.00, co nie koresponduje z danymi dotyczącymi padaczki skroniowej38.
Związek psi z czynnikiem “religijnym" lub “przekonaniami spirytualnymi" staje się bardziej zrozumiały na gruncie funkcji płatów skroniowych, ponieważ pogłębienie przekonań religijnych opisano jako część dysfunkcji płata skroniowego. Najmłodsze badania doświadczeń mistycznych oraz interpersonalnych ugruntowały rolę omawianych płatów w tym kontekście.
Wzory EEG rejestrowane podczas przeżyć mistycznych oraz interpersonalnych wykazują ekstremalne rozszczepienie wzoru fal na fale o bardzo wysokiej i bardzo niskiej częstotliwości39. Taki podział obrazuje stan zwiększonej uwagi (fale o wysokiej częstotliwości) oraz stan głębokiego odprężenia (fale o niskiej częstotliwości). Podczas przechodzenia do takich stanów w centrum kory mózgowej pojawiają się najpierw fale o niskiej częstotliwości od 1 do 6 Hz (fale delta i teta).
Przypuszczalnie dzięki temu następuje wyłącznie naszego typowego postrzegania czasowo-przestrzennego. Po przejściu w głębszy stan transcendentalny częstotliwości fal ulegaj ą podziałowi.
Decydująca aktywność elektryczna ulega przedłużeniu z centrum do obydwóch płatów skroniowych (wyraźniej u kobiet niż mężczyzn). Tam nasila się występowanie fal beta o wysokiej częstotliwości oraz fal gamma o bardzo wysokiej częstotliwości.
Aktywność elektryczna w płatach skroniowych nie wykazuje typowego natężenia prądu około 20 mV. Znacznie bardziej przejawia się ona w formie prawdziwych erupcji od bardzo niskich do bardzo wysokich natężeń prądu. Wygląda to tak, jakby w płatach skroniowych co chwila zapalano sztuczne ognie.
Podczas badań 70-letniego uzdrowiciela Roda Campbella EEG podłączony do płatów skroniowych zarejestrował fale gamma o ekstremalnie wysokiej częstotliwości 18-32 Hz i natężeniu 9,7 mV, częstotliwości 32-64 Hz i natężeniu 29,9 mV oraz częstotliwości 64--128 Hz i natężeniu 39 mV. Osoby w stanach ekstazy osiągały erupcje fal gamma o natężeniu nawet 120-150 mV.
Wydaje się, że fale gamma stanowią wyznacznik utraty dotychczasowych granic własnego Ja.
Koncentracja fal o skrajnie wysokiej częstotliwości w płatach skroniowych mogłaby zahamować normalne wchodzenie informacji zmysłowych i spowodować “przestawienie" mózgu na przekazywanie doświadczeń pozazmysłowych i mistycznych.
Klucz do zrozumienia związku pomiędzy paranormalnymi, spirytualnymi i pewnymi zjawiskami odbiegającymi od normy jest, być może, ukryty w płatach skroniowych – tam gdzie odbywa się integracja, filtrowanie i zapamiętywanie bodźców zmysłowych, także tych podprogowych. Tam gdzie poprzez wewnętrzne lub zewnętrzne zjawiska elektryczne mogą one wyjść później na światło dzienne jako obrazy wewnętrzne przełożone na świat zewnętrzny – halucynacje, objawienia, wizje – lub jako spontaniczne przeżycia psi. Najbardziej intrygującą rzeczą w roli, jaką pełni ten obszar mózgu w naszym zrozumieniu psi, jest jego nadzwyczaj duża podatność na wpływy fal elektromagnetycznych.
Pojedyncze neurony lub grupy neuronów w obrębie hipokampu wykazują okresy aktywności elektrycznej, podczas których można na nie względnie łatwo oddziaływać, wykorzystując zewnętrzne pole elektromagnetyczne o podobnych impulsach lub o naturalnej częstotliwości. Wydaje się, że w tym miejscu znajduje się punkt zaczepienia, w którym wpływy środowiska, takie jak wahania geomagnetyczne, mogą wywołać stan gotowości do przyjmowania lub tłumienia sygnałów psi.

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/201356/tajny-swiat-parapsychologii

To co tłustym drukiem może tłumaczyć to, dlaczego fanatyzm religijny idzie często w parze z dewiacjami natury seksualnej, bądź chęć ingerowania w seksualność innych
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Pon Sty 19, 2026 18:55, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Wto Sty 20, 2026 00:42   

Cytat:
Aby dojść do tego, co jest mitem, a co prawdą, jeśli chodzi o wodę, dzwonię do doktora Hirofumiego Tanaki, dyrektora Laboratorium Badań nad Starzeniem się Układu Krążenia i profesora kinezjologii na Uniwersytecie Teksańskim. W swoich badaniach zajmuje się tym, jak poruszają się, chorują i zdrowieją oraz starzeją się nasze organizmy. Tanaka jest entuzjastą pływania jako środka do zachowania zdrowia i tężyzny fizycznej, zarówno z uwagi na swoje wykształcenie i pracę, jak i fakt, że wychował się w Japonii – wyspiarskim państwie, gdzie obowiązkowo uczy się pływać wszystkie dzieci.
W ośrodku Tanaki prowadzone są pionierskie badania dotyczące wpływu tej aktywności na dwa najważniejsze wskaźniki „zużycia” organizmu: ciśnienie krwi oraz zwyrodnienia stawów54. „Na przestrzeni ostatnich czterech, pięciu lat odkryliśmy coś fantastycznego – opowiada doktor. – Okazuje się, że dobroczynne skutki pływania wielokrotnie przewyższają efekty chodzenia czy jazdy na rowerze. Nie mieliśmy o tym wcześniej pojęcia”. Mówi, że w wyniku regularnych ćwiczeń na suchym lądzie ciśnienie krwi spada o przeciętnie pięć do siedmiu punktów. Pływanie, jak odkrył, redukuje je średnio o dziewięć punktów – a to w tym kontekście znacząca różnica. Poprawia ono także elastyczność naczyń krwionośnych, których stopniowe sztywnienie dodatkowo obciąża serce. Jeśli chodzi o dobroczynne działanie ruchu w wodzie, istotną rolę odgrywa także samo ciśnienie, jakie działa na ciało. Gdy zanurzamy się w wodzie, wypycha ona niejako krew z kończyn, kierując ją do serca i płuc; to podnosi chwilowo ciśnienie krwi i zmusza te narządy do większego wysiłku. W toku takiego treningu zwiększa się wydajność i wytrzymałość układu krążenia, co z czasem prowadzi do obniżenia średniego ciśnienia krwi. Poza tym gdy pływamy, woda dodatkowo stymuluje nasze mięśnie, stawiając im delikatny opór, któremu muszą one przeciwdziałać.
Jak mówi Tanaka, pływanie nie ma wieku; do wykonywania takiej gimnastyki zdolnych jest więcej ciał i przez dłuższy okres życia niż w wypadku pozostałych dyscyplin. W Japonii, będącej przecież narodem ludzi starszych, jest to ogromnie popularna aktywność. Istnieje nawet specjalna podkategoria poświęconej pływaniu mangi, czyli japońskich komiksów. Tanaka uwielbia wspinać się na wieżę Tokyo Skytree – wieża ma prawie 634 metry i jest najwyższą tego typu konstrukcją na świecie – bo w pogodny dzień widać z niej wszystkie baseny połyskujące wesoło na dachach miasta.
Pływanie zawsze uważano za dobrą kurację na zwyrodnienia stawów, ale brak było badań, które wskazywałyby na prawdziwość tej tezy. W 2016 roku Tanaka wraz ze swoim zespołem opublikował artykuł w czasopiśmie naukowym, które potwierdzał ją definitywnie55. „W grupie pacjentów z artretyzmem głównymi problemami są ból i zaburzenia funkcjonalne – mówi Tanaka. – Osoby dotknięte zwyrodnieniami żyją z przewlekłym bólem. Po treningach pływackich zauważyły zdecydowane obniżenie poziomu bólu. Mimo że przebywały w wodzie, ich funkcje ciała oceniane na lądzie – chodzenie czy wstawanie z krzesła – również zauważalnie się poprawiły. Pływanie to najlepsze ćwiczenie, jakie możemy przepisać pacjentom, bo stymuluje ruchomość stawów, nie powodując bólu, a także poprawia krążenie”. Badania przeprowadzano w chłodnych zbiornikach, to znaczy standardowych basenach pływackich, gdzie temperatura wody zazwyczaj nie przekracza 27°C.
Intuicja zatem nie zwiodła Kim Chambers: codzienne pływanie w chłodnej wodzie poprawiło jej funkcje naczyniowe, zapewniając prawidłowe krążenie krwi w organizmie, i ułatwiło doprowadzenie krwi do uszkodzonych części ciała, które tego potrzebowały – znacznie lepiej, niż uczyniłyby to bieganie czy jazda na rowerze. A przy tym, co prawdopodobnie najważniejsze, wiązało się z mniejszym bólem niż te ostatnie.! (...)
Krew nie woda?
Zanurzaj się codziennie w oceanie, a twoje ciało dopasuje się do jego nastrojów, rytmów, temperatury.
Ból głowy, taki jak przy zbyt łapczywym jedzeniu lodów, pojawia się w 11,5°C. Ból nadgarstków w 10°C. Kim i jej współtowarzysze z klubów Dolphin i South End w zetknięciu z wodą potrafią określić jej temperaturę z dokładnością do jednego stopnia. „Jak sądzisz, ile dzisiaj? Jakieś piętnaście?”, myśli głośno Kim pewnego dnia, gdy unosimy się obok siebie na wodzie. Gdy pytam, skąd taki wniosek, stwierdza, że woda jest cudowna. „Mogłabym się założyć. Nie dobija do piętnastu i pół… Podpłyńmy do termometru i sprawdźmy”. (Oczywiście okazuje się, że ma rację).
W łonie matki oddychamy wodami płodowymi, co pomaga w rozwoju płuc. Mamy tzw. kieszonki skrzelowe, z których z czasem wykształcają się określone fragmenty naszych szczęk i układów oddechowych; ich kształt to ewolucyjny relikt, dziedzictwo wodnych kręgowców, używających skrzeli do oddychania63. Pod względem zawartości minerałów woda morska tak bardzo przypomina ludzką plazmę, że nasze białe krwinki są w stanie w niej przetrwać i funkcjonować przez pewien czas64. Rozkoszuję się tym wyobrażeniem. Myślę, że ktokolwiek ukuł powiedzenie „krew nie woda”, w pewnym sensie bardzo się mylił. W naszych żyłach krąży niemalże woda morska.
Od czasu nieplanowanego wyczynu Guðlaugura – a minęło od niego już ponad trzydzieści lat – nauka poznała także innych ludzi posiadających niezwykłe umiejętności adaptacyjne, które umożliwiły im przetrwanie i pływanie w ekstremalnie zimnej wodzie. Jest na przykład Lynne Cox, legendarna pływaczka, która jako pierwsza pokonała wpław Cieśninę Beringa; w 1987 roku przepłynęła z Alaski na terytorium Związku Radzieckiego w wodzie, której temperatura momentami spadała do niespełna 3,5°C65. (Nagłówek w dzienniku „New York Times” głosił: Długi, zimny maraton pływacki. A tak pisano o oczekujących na nią gapiach: „Piknik na brzegu morza, elegancka herbatka na plaży, tyle że honorowy gość musiał dość mocno się postarać, aby dotrzeć na przyjęcie”). W kolejnym roku Guðlaugur i Cox zostali opisani w tym samym periodyku akademickim, w krótkim eseju traktującym o pływaniu w wodach Arktyki i jego potencjale jako dyscypliny sportowej66.
W 2002 roku Cox przepłynęła ponad 1,5 kilometra w wodach Antarktydy, których temperatura wynosiła okrągłe 0°C. Była pierwszą osobą, której udało się coś takiego. W 2007 roku pływała w grenlandzkiej zatoce Disko, w wodzie o temperaturze -3°C. Cóż, przeciętna Amerykanka ma od 20 do 25 procent tkanki tłuszczowej w organizmie. Zawartość tłuszczu w ciele Cox oceniono na 35 procent67. Co więcej, u niej tkanka ta jest bardzo równomiernie rozmieszczona pod skórą. Ten „wewnętrzny kombinezon” zapewnia pływaczce nie tylko ciepło, ale i ujemną wyporność w wodzie morskiej, dzięki czemu musi wydatkować bardzo mało energii, aby utrzymać w oceanie optymalną pozycję pływacką. Tak jak Guðlaugur, Cox brała udział w rozmaitych badaniach, a dzięki zaangażowaniu obojga naukowcom udało się opracować nowe metody leczenia stwardnienia rozsianego (pływanie w zimnej wodzie może na kilka godzin od zanurzenia znacząco zmniejszyć natężenie skurczów) oraz usprawnić procedury terapeutyczne stosowane w odniesieniu do pacjentów z obrażeniami serca, kręgosłupa i mózgu (schładzanie ciała pomaga zredukować obrzęk i wpływ urazu)68. Aby przytoczyć konkretny przykład – analizując przepływ krwi w rękach Cox, gdy były zanurzone w zimnej wodzie, lekarze dowiedzieli się, jak lepiej planować zabiegi operacyjne. Naukowcy odkryli także inną ciekawą rzecz: po zanurzeniu w zimnej wodzie temperatura wewnątrz organizmu pływaczki rośnie. Kiedy kobieta wchodzi do jacuzzi z zimną wodą, w ciągu dwóch minut jej ciało ogrzewa ciecz o 1°C (Guðlaugura nie poddano takim badaniom).
Jest też południowoafrykański pływak pochodzenia brytyjskiego, Lewis Pugh, którego nazywają sir Edmundem Hillarym pływania. Pływał w wodach Arktyki, w jeziorze roztopowym na Mount Evereście i w Morzu Rossa u wybrzeży Antarktydy. Naukowcy, którzy zajmowali się przypadkiem Pugha, odkryli, że temperatura jego ciała rośnie do poziomu przekraczającego 38°C, zanim jeszcze pływak dotknie wody. Po raz pierwszy zauważył to profesor Tim Noakes, prowadzący badania w zakresie fizjologii sportu na uniwersytecie w Cape Town, w Republice Południowej Afryki (RPA). W swoim artykule opublikowanym w piśmie „Lancet” nazwał to zjawisko „termogenezą antycypacyjną”; polega ono na wytworzeniu ciepła przed wydarzeniem, które powinno je spowodować69. To rodzaj odruchu warunkowego, który wykształcił się u Pugha wskutek wieloletniego treningu w zimnej wodzie.
A jeśli chodzi o nas, zwykłych śmiertelników, co dzieje się z naszymi ciałami w zimnej wodzie? Zapytałam Hirofumiego Tanakę, badacza długowieczności, czy istnieją jakieś długofalowe badania dotyczące wpływu zimnej wody na zdrowie. „Znamy reakcję, jaką wywołuje zanurzenie twarzy w zimnej wodzie, czyli odruch nurkowania, podczas którego naczynia krwionośne w skórze kurczą się, a tętno spada na łeb, na szyję – mówi. – Nie ma jednak wielu badań poświęconych długotrwałej ekspozycji na zimno w połączeniu z ćwiczeniami fizycznymi”. Opowiada mi jednak jeszcze o kimś – o ama.
Kilka lat wcześniej Tanaka wrócił do Japonii, aby badać tzw. ama, legendarne japońskie i koreańskie pływaczki, nurkujące bez sprzętu. Ama to po japońsku „kobiety morza”70. Kontynuując trwającą od ponad 2 tysięcy lat w tym regionie tradycję poławiania owoców morza, kobiety zaczynają nurkować w wieku trzynastu, może czternastu lat. Tanaka badał grupę, w której średnia wieku wynosiła sześćdziesiąt pięć lat. Ama, tak jak Mokenowie z Azji Południowo-Wschodniej, przekazują swoje umiejętności i wiedzę na temat morza w opowieściach trwających przez pokolenia. Podobnie jak w przypadku dzieci Mokenów, także u tych japońskich kobiet zachodzą zmiany fizyczne związane z poławianiem. Nurkują nawet dwieście razy dziennie, każdego dnia i przez okrągły rok. Tanaka stwierdza, że ich układ krążenia stanowi „absolutną elitę”.
Ama doznają fizycznego odruchu związanego z nurkowaniem setki razy dziennie. Tanaka zastanawiał się, czy układ tętniczy tych kobiet adaptuje się pod względem struktury i działania i czy zaczyna przypominać te występujące u innych nurkujących ssaków. Odkrył, że kobiety mają znacznie niższe tętno, a ich arterie są elastyczniejsze w porównaniu z innymi dorosłymi z tej samej wioski. Niestety, cierpią też na niedosłuch – długoletnia ekspozycja na lodowatą wodę wywołuje i negatywne skutki.
Nauka ciągle nie zyskała pełnego obrazu w tej kwestii, ale rośnie liczba badań, które wskazują na terapeutyczne korzyści płynące z zanurzania w wodzie71. Nie tylko zimnej – wykazano, że godzinne przebywanie w wodzie o temperaturze około 32°C (bez zanurzania głowy) obniża tętno i ciśnienie krwi oraz pomaga się zrelaksować72. Jednak zanurzenie przez ten sam okres w wodzie o temperaturze niecałych 14°C podnosi tempo przemiany materii o 350 procent, a poziom dopaminy – o 250 procent. Jeśli mowa o właściwym pływaniu, wykazano, że regularne uprawianie tej aktywności zimą w zimnej wodzie zdecydowanie obniżyło napięcie, zmęczenie i bóle, na które uskarżali się wcześniej badani, a także poprawiło ich ogólne samopoczucie73.
Nie trzeba szukać daleko, aby znaleźć przekonujące przykłady, wystarczy sięgnąć do archiwów Dolphin Club. W 1974 roku Jack LaLanne – założyciel słynnej w Stanach Zjednoczonych sieci siłowni – przepłynął z Alcatraz do nabrzeża klubu w czasie poniżej 90 minut, holując za sobą łódkę. Miał przy tym skute nogi i ręce. Na czarno-białej fotografii, pamiątce z tamtego dnia, zadziwiająco krzepki LaLanne podnosi triumfalnie zakute w kajdanki muskularne przedramiona, zbliżając się do Aquatic Park. Mężczyzna miał w chwili wyczynu sześćdziesiąt lat. Dziesięć lat później, dla uczczenia swojej siedemdziesiątki, przepłynął – znowu skuty jak należy – 2,5 kilometra w porcie Long Beach, ciągnąc 70 łódek, w których siedziało 70 pasażerów.
LaLanne pływał codziennie. Nic dziwnego, że został dożywotnim członkiem honorowym Dolphin Club. Zmarł w 2011 roku, w wieku dziewięćdziesięciu sześciu lat.
Współcześnie, pewnego poranka w Aquatic Park, gdy zimna woda chlupie wokół nas, pytam Kim, czy uważa, że pewne rodzaje ciał lepiej radzą sobie w starciu z wodą w zatoce. Nowe badania nad wytrzymałością i sprawnością fizyczną wykazały, że czołowi pływacy reprezentują znacznie szerszy wachlarz typów sylwetek, dzięki którym osiągają sukcesy na wszystkich dystansach, w przeciwieństwie na przykład do biegaczy; analiza typów tych ostatnich, biorących udział w Igrzyskach Olimpijskich w Londynie w 2012 roku, wykazała, że sprinterzy biegający na 200 metrów byli znacznie mocniej zbudowani od maratończyków, ale stanowiący sprinterski odpowiednik pływacy w wyścigu na 50 metrów, na przykład stylem dowolnym, mieli masę ciała podobną do masy maratończyków pływających na 10 tysięcy metrów w otwartym akwenie, i to niezależnie od wzrostu czy płci74. Wygląda na to, że każde ciało może sobie dobrze radzić w wodzie. A jeśli ta woda jest zimna? „W teorii, przebywanie w zimnej wodzie sprawia, że tworzy się więcej brunatnej tkanki tłuszczowej – wyjaśnia Kim, gdy na chwilę przystajemy, by pounosić się w miejscu i zamienić kilka słów. – Brunatny tłuszcz spala kalorie i generuje ciepło, a biały nie. – Wzrusza ramionami ze śmiechem. – Tak przynajmniej mówią”.

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4971501/dlaczego-plywamy-zaskakujace-opowiesci-o-relacji-czlowieka-z-natura

Jako ciekawostka jest Tim Noakes. Jeden z propagatorów diety niskowęglowodanowej. Co prawda mniej znany niż Taubes, Phinney czy Volek, ale się często gęsto wypowiada w tym temacie.
PS książka w ogóle nie związana z tematem low carb.
 
     
Witold Jarmolowicz 
Site Admin

Pomógł: 57 razy
Dołączył: 06 Sie 2007
Posty: 10198
Wysłany: Wto Sty 20, 2026 10:06   

Przed laty pływałem codziennie do listopada w akwenie zwanym Pacyfik. Dojeżdżałem na rowerze, prószył już śnieżek, temperatura wody spadła tylko do 11*C, bo to był duży akwen i stygł powoli. Ale generalnie nie przepadam za zimnymi kąpielami, pewnie dlatego, że mam niewiele tkanki tłuszczowej.
JW
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Wto Sty 20, 2026 11:31   

Witold Jarmolowicz napisał/a:
Przed laty pływałem codziennie do listopada w akwenie zwanym Pacyfik. Dojeżdżałem na rowerze, prószył już śnieżek, temperatura wody spadła tylko do 11*C, bo to był duży akwen i stygł powoli. Ale generalnie nie przepadam za zimnymi kąpielami, pewnie dlatego, że mam niewiele tkanki tłuszczowej.
JW

Sądząc po tym co Pan pisze i jak pisze, nie potrzebuje Pan bodźców powodujących wyrzut dopaminy.
W kwestii neuroprzekaźników najlepsze jest nie przeszkadzanie organizmowi w utrzymywaniu homeostazy za pomocą ujemnego sprzężenia zwrotnego.
To jest dobre dla ludzi, u których z jakichś powodów wrażliwość receptorów dopaminowych jest niska.
Dlatego staram się cytować te fragmenty książek, które przedstawiają kilka opcji i każdy może wybrać coś dla siebie.
Ekstrema są dla tych, u których jest to pożądane. Tzn u tych wspomnianych wyżej, gdzie wrażliwość receptorów jest niska. Dla takich jak Pan wystarczy pływanie w wodzie o dużo wyższej temperaturze. Fizykalne oddziaływanie wody ma szerokie spektrum oddziaływania na wszystkie układy organizmu. Także na psychikę.
Aspekt termiczny jest tylko jednym z nich. To ma być przyjemność a nie stres.
Ponadto u ludzi z prawidłową wrażliwością receptorów dopaminowych, nadmiar dopaminy jest neurotoksyczny.
Nie ma sensu psuć jak jest dobrze. Na tej zasadzie ludzie z natury szczęśliwi nie sięgają po narkotyki.

PS nie pali Pan tytoniu już bardzo długo. To że rzucił Pan to w cholerę, świadczy o tym, że nie potrzebuje dopaminowego kopa który powodowała nikotyna.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Wto Sty 20, 2026 16:42   

Cytat:
Delfiny i inne walenie używają dźwięków jako wysoko rozwiniętej formy sonaru zwanej echolokacją. Dźwięki te są bardzo podobne do kliknięć kaszalotów, które lata temu wstrząsały ciałem Schnöllera, ale są od nich o wiele słabsze.
Żeby zrozumieć echolokację waleni, wyjaśnia Schnöller, musisz najpierw zrozumieć, na czym polega działanie sonaru.
Prosty system sonarowy, składający się z jednego głośnika i jednego hydrofonu (podwodnego mikrofonu), wysyła najpierw pojedynczy impuls, tak zwany ping. Ping mknie przez wodę, aż natrafi na przeszkodę, wtedy odbija się od niej i wraca. Hydrofon rejestruje powracające echo, a procesor przelicza, ile czasu upłynęło między wysłaniem a powrotem sygnału. Taki system informuje nas o tym, jak daleko obiekt się znajduje i w jakim kierunku się porusza, ale nic poza tym.
Bardziej zaawansowane systemy sonarowe składają się z kilkudziesięciu hydrofonów rozmieszczonych na dużym obszarze. Po wyemitowaniu sygnału powracające echo dociera do każdego z hydrofonów w nieco innym czasie. Dzięki tym dodatkowym informacjom system sonarowy jest w stanie określić nie tylko odległość od obiektu, ale także jego kształt i głębokość. Wyłania się więc już pewien obraz.
Delfiny i niektóre wieloryby posiadają odpowiednik tysięcy lub nawet dziesiątek tysięcy takich odbierających echo hydrofonów wbudowanych we własne głowy. Kiedy waleń wysyła klik (własną wersję sonarowego pingu), odbiera echo za pomocą poduszki tłuszczowej znajdującej się na spodzie dolnej szczęki. W przeciwieństwie do uszu, które stanowią jedynie dwa kierunkowe źródła informacji, poduszka tłuszczowa dostarcza waleniowi tysiące kluczowych informacji ze wszystkich stron, dzięki których przetworzeniu delfin jest w stanie określić odległość, kształt, głębokość, a także strukturę wewnętrzną i zewnętrzną obiektów i stworzeń znajdujących się wszędzie wokół niego.
Delfiny potrafią określić kształt, położenie i rozmiar większych obiektów z odległości aż 10 kilometrów. Echolokacja jest na tyle silna i czuła, że może przenikać 30 centymetrów w głąb piasku; może nawet „zaglądać” pod skórę. Delfiny potrafią przyjrzeć się płucom, żołądkom i mózgom zwierząt, które pływają wokół nich. Naukowcy wierzą, że dzięki tym wszystkim informacjom delfiny są w stanie stworzyć wysokiej rozdzielczości obraz pobliskich obiektów – widzą nie tylko, gdzie te obiekty się znajdują, ale potrafią przejrzeć je na wylot. Delfiny i inne walenie dosłownie mają rentgen w oczach.
Echolokacja nie jest jedynie ciekawostką; jest zjawiskiem kluczowym dla przetrwania waleni. 90 procent oceanu spowija wieczna czerń, a nocą to i pod powierzchnią jest ciemno. Żeby przystosować się do tego skąpo oświetlonego środowiska, niektóre zwierzęta wykształciły superczułe oczy, inne same sobie świecą dzięki zjawisku bioluminescencji, płaszczki i rekiny korzystają z elektro- i magnetorecepcji, a walenie na drodze ewolucji rozwinęły niezwykłą zdolność echolokacji.
Ten „zmysł” nie jest zarezerwowany wyłącznie dla oceanu. Nietoperze posługują się echolokacją od 50 milionów lat, świetnie radząc sobie z ciemnością. Ludzie używają echolokacji od setek, a być może nawet od tysięcy lat.
Na początku XVIII wieku francuski filozof Denis Diderot odnotował przypadki „ślepego widzenia”. Niespełna wiek później, w latach 20. XIX wieku, niewidomy poszukiwacz przygód z Anglii James Holman podróżował po całym świecie, posługując się formą echolokacji, której sam się nauczył. Opinia publiczna była sceptyczna wobec Holmana i innych echolokujących ludzi. Większość ludzi była przekonana, że były to osoby jedynie niedowidzące lub być może posługujące się zjawiskiem zwanym „widzeniem twarzą”, które polega na tym, że zbliżając się do obiektu, odczuwamy na twarzy rosnące ciśnienie. W 1941 roku psycholog z Uniwersytetu Cornella Karl Dallenbach postanowił to zbadać.
Zebrał grupę niewidomych osób i kazał im iść w stronę ściany. Kiedy wydawało im się, że wyczuwają ścianę, mieli podnieść lewe ramię. Kiedy czuli, że zaraz zderzą się ze ścianą, mieli podnieść prawe ramię. Pacjentom udało się wyczuć ścianę z odległości kilkudziesięciu metrów; zatrzymali się zaledwie kilkanaście centymetrów, zanim na nią wpadli. Następnie Dallenbach zgromadził grupę osób widzących, zawiązał im oczy i powtórzył eksperyment. Osoby widzące wyczuły ścianę niemal z taką samą precyzją jak osoby niewidome.
Następnie Dallenbach kazał pacjentom iść po wyłożonej dywanem ścieżce, którą jego asystent blokował co jakiś czas deską w przypadkowych odstępach czasu. Po 30 próbach osoby widzące z zasłoniętymi oczami potrafiły lokalizować deskę równie pewnie, co pacjenci niewidomi. Na koniec Dallenbach zbadał prawdziwość teorii o „widzeniu twarzą”. Założył pacjentom filcowe kaptury, które tłumiły jakiekolwiek bodźce związane z ciśnieniem dochodzące ze środowiska. W kapturach grupa z łatwością wykryła deskę i ścianę równie dokładnie, jak wcześniej bez kapturów. Dallenbach wyciągnął wniosek, poprawny w dodatku, że ludzie nie „widzą twarzą”, ale że również posiadają szósty zmysł echolokacji.
Kilka tygodni po tym, jak Schnöller wprowadził mnie w nieziemski świat echolokacji, idę ulicą na obrzeżach Los Angeles w towarzystwie Briana Bushwaya, jednego z najbardziej utalentowanych echolokujących ludzi na świecie. Zmierzamy do restauracji, którą wybrał na lunch. Nagle Bushway wydaje ustami ostry, krótki klik i objaśnia, że po prawej znajduje się pusty podjazd, po lewej stoi zaparkowany van, a na zbliżającym się zakręcie rośnie przerośnięty rząd krzewów. Klika w innym kierunku i mówi, że dom, który właśnie minęliśmy, jest mały i otynkowany, podczas gdy ten po drugiej stronie ulicy ma duże zatokowe okna, a trawnik przed apartamentowcem przed nami boleśnie potrzebuje ogrodnika. Bushway zatrzymuje się na moment na końcu chodnika, po czym prowadzi mnie wzdłuż dwóch zaparkowanych samochodów i w górę na krawężnik chodnika po drugiej stronie ulicy. Skręcamy w prawo. On klika znowu i prowadzi mnie przez zatłoczony parking. Wyjaśnia mi, że kubańska restauracja, do której zmierzamy, znajduje się kilka kroków przed nami. Podążam za nim przez drzwi i dalej przez salę jadalną pełną ludzi. Kelner prowadzi nas do stolika w rogu i wręcza nam menu. Bushway odkłada menu bez patrzenia i prosi, bym za niego zamówił. Nie potrafi przeczytać karty; on nawet jej nie widzi. Jest niewidomy.
O Bushwayu dowiaduję się z youtubowych filmików. Oglądałem, jak mknie po leśnej ścieżce na rowerze górskim, o mały włos unikając gałęzi, krzaków i głazów, a potem jak zjeżdża po stromych schodach. Następnie jak przebiega przez rzekę, a później przez dziewięciometrowe bagno. Na innym filmiku idzie przez park, podchodzi do drzewa i wspina się na nie.
Bushway, wysportowany, z burzą kręconych włosów na głowie, opowiada mi, że wzrok zaczął tracić w wieku 14 lat. Pewnego dnia nie potrafił dojrzeć, co jest napisane na szkolnej tablicy. Kilka tygodni później, kiedy grał w hokeja, nie widział krążka. Przestał rozpoznawać przyjaciół. Nie pomógł nowy zestaw soczewek kontaktowych. Kiedy pewnego ranka obudził się i zobaczył, że wszystko w jego polu widzenia jest jaskrawobiałe, mama pobiegła z nim do szpitala. Lekarz rozszerzył źrenice Bushwaya, a następnie wyłączył światło, żeby przeprowadzić rutynowe badanie.
– Światła nigdy nie wróciły – mówi Bushway, biorąc serwetkę ze stołu i układając ją sobie na kolanach. – Pamiętam, jak po badaniu wyszedłem z mamą z gabinetu i zapytałem: Czy dziś jest słońce?
Słońca nie było, ale po raz pierwszy w życiu Bushway nie mógł tego zobaczyć. Niczego już nigdy nie zobaczy.
Bushway zachorował na neuropatię nerwu wzrokowego, rzadką chorobę, która atakuje nerwy wzrokowe obu gałek. Po powrocie do domu przeleżał kolejne kilka miesięcy, czując się beznadziejnie. Lekarze zalecali wykonać biopsję nerwu, żeby sprawdzić, czy uszkodzenie miało podłoże genetyczne. Chirurdzy ogolili mu pół głowy, otworzyli fragment czaszki, odsunęli mózg na bok i wyjęli z niego część nerwu wzrokowego. Po operacji na jego mózgu wytworzyła się tkanka bliznowata. Zaczął miewać ataki padaczki. Lekarze przepisali mu leki na epilepsję, od których strasznie kręciło mu się w głowie i dostawał drgawek.
– Nie czułem się komfortowo, chodząc – mówi. – Więc siedziałem na kanapie, słuchałem radia i audiobooków. – Atrakcją dnia było pojechanie z mamą do baru samochodowego, wzięcie jedzenia, przyjechanie do domu i zjedzenie posiłku.
Bushway wrócił do szkoły kilka miesięcy po tym, jak stracił wzrok. W przeszłości cenił sobie niezależność i prowadził aktywny tryb życia. Teraz jakiś dorosły musiał go zawsze oprowadzać po terenie szkoły. Nie mógł już uprawiać sportów ani chodzić samemu. Nie potrafił się też odnaleźć w towarzystwie znajomych. Czuł się jak wyrzutek, całkiem sam. Był przerażony myślą, że przyjdzie mu tak spędzić resztę życia.
Wiele tygodni później, kiedy stał na podwórku szkolnym, nagle poczuł coś przed sobą. To była kolumna. Zauważył stojące koło niej inne kolumny.
– Nie dotykałem ich – mówi. – Stałem półtora metra dalej, ale mogłem przysiąc, że je widzę. Mogłem je policzyć. To było jak szósty zmysł, jak jakaś magiczna moc.
I wkrótce Bushway wrócił do jazdy na deskorolce, rzutów do kosza i jazdy na rolkach. Dołączył do drużyny uprawiającej kolarstwo górskie i rozbijał się wraz z nią po nieubitych drogach. Wzrok nigdy nie wrócił. Uszkodzenie nerwu wzrokowego było nieodwracalne. Zamiast tego załączył się w nim inny zmysł, który pozwalał mu „widzieć” pomimo ślepoty. Dzięki temu zmysłowi Bushway mógł wskazać samochód stojący na parkingu 100 metrów dalej, powiedzieć, jak szerokie jest drzewo rosnące po drugiej stronie chodnika, albo odróżnić kostkę Rubika od piłki tenisowej leżącej po drugiej stronie stołu.
Swoje umiejętności wyostrzył dzięki pomocy niewidomego działacza Daniela Kisha, którego poznał na spotkaniu obiadowym wydanym dla niewidomych studentów kilka tygodni po tym, jak udało mu się wyczuć szkolne filary. Kish, który wzrok stracił, gdy miał roczek, prowadził organizację non profit o nazwie World Access for the Blind (Równy Dostęp do Świata dla Niewidomych). Celem programu było uczenie niewidomych osób posługiwania się systemem echolokacji o nazwie FlashSonar, opracowanym przez Kisha.
FlashSonar nie jest urządzeniem; wszystkie narzędzia potrzebne do echolokacji istnieją w ludzkim ciele. A „magiczna moc”, która pozwoliła Bushwayowi w pierwszej kolejności zobaczyć kolumny na szkolnym podwórku, wcale nie była magiczna, wyjaśniał Kish. Był to ten sam zmysł echolokacji, którego delfiny i walenie używają od 50 milionów lat do nawigowania po mrocznych wodach oceanicznych głębin. Ludzie również potrafią „widzieć” w ciemności, mówił. Po prostu większość z nas zapomniała jak.
Wracając do kubańskiej restauracji. Obserwuję, jak Bushway wydaje krótkie kliknięcie, myśli przez ułamek sekundy, po czym wyciąga rękę ponad stołem, żeby chwycić szklankę z wodą. Płacimy rachunek, a Bill znów klika, kiedy wstajemy od stołu. Klika cały czas, kiedy wyprowadza mnie z zatłoczonej restauracji, potem idąc przez parking i dalej chodnikiem pełnym ludzi. Na ścieżce wiodącej do jego bloku zatrzymuje się, mówi, żebym uważał na stopień, i przeprowadza mnie przez frontowe drzwi.
Czas na moją pierwszą lekcję z FlashSonaru. Bill prosi mnie, żebym stanął z nim ramię w ramię na środku salonu. Bushway unosi język do podniebienia i opuszcza go szybko tuż za dolnymi zębami. W efekcie powstaje klik. Teraz Bushway wsłuchuje się w echo kliknięcia, żeby określić kształt i odległość przedmiotów wokół niego.
Na przykład ściana znajdująca się metr od niego odbije dźwięk szybciej niż ściana dalej. Przedmioty również różnie brzmią w zależności od swojej budowy i materiału, z jakiego zostały zrobione.
– Jeśli coś wygląda na miękkie – mówi mi Bushway – to też brzmi jak miękkie.
Drewniana ściana na przykład pochłania więcej dźwięku, więc echo będzie bardziej stłumione niż to odbite od szklanych drzwi. Bushway wychwytuje te różnice niemal natychmiast[16].
Klika, przechodzi przez salon i wchodzi do kuchni. Schyla się, otwiera szufladę i wyciąga deskę do krojenia. Znów klika, zbliża się do mnie na 60 centymetrów, odkłada deskę na długość ramienia, na lewo od mojej głowy, i zawiązuje mi opaskę na oczach.
– Teraz kliknij – mówi. Uderzam językiem wewnątrz ust, żeby wytworzyć ten strzelający dźwięk. Słyszę, jak Bushway idzie z mojej prawej strony. Trzyma deskę w górze (wiem to, choć tego nie widzę) i znów każe mi kliknąć. Natychmiast wyczuwam różnicę między echami. Po kilku minutach jestem w stanie zidentyfikować położenie deski w różnych miejscach w pokoju z odległości około dwóch metrów.
Ściągam opaskę. Czuję się dość pewnie, ale Bushway śmieje się, żebym się tak nie podniecał. Pięciolatek umie zrobić to samo i prawdopodobnie wychodzi mu to lepiej.
Opowiada o hiszpańskim projekcie, w ramach którego badacze zaangażowali dziesięciu widzących ochotników i uczyli ich podstaw FlashSonaru w trakcie dwóch sesji treningowych. Każda sesja trwała godzinę lub mniej. Następnie umieszczono studentów w pustym pomieszczeniu o rozmiarach 15 na 15 metrów. W tle puszczono biały szum oraz złożone wzorce echa, które miały naśladować dźwięki środowiskowe z codziennego życia. Ochotnicy potrafili wykryć płaskie powierzchnie, takie jak ściany, drewniane panele i płaskie monitory, z odległości dziewięciu metrów. Chodząc po pokoju, potrafili się zatrzymać pół metra przed uderzeniem w ścianę.
W 2011 roku zespół kanadyjskich naukowców umieścił Kisha wraz z innym echolokującym niewidomym w skanerze fMRI i monitorował aktywność ich mózgów w czasie, gdy używali oni technik FlashSonaru. Następnie naukowcy wprowadzili dwóch widzących pacjentów, którzy nigdy nie stosowali FlashSonaru, i poprosili ich, by klikali do otoczenia w trakcie trwania skanu fMRI. Porównano skany niewidomych użytkowników FlashSonaru z wynikami osób widzących. Skany wykazały, że gdy Kish i inne osoby echolokujące używały FlashSonaru, podświetlała się u nich wzrokowa część kory mózgowej. U ludzi widzących nie zarejestrowano żadnej aktywności w tym obszarze podczas klikania.
To odkrycie sugerowało, że użytkownicy FlashSonaru przetwarzali informacje słuchowe praktycznie w taki sam sposób, jak reszta z nas przetwarza bodźce wzrokowe. Osoby echolokujące w istocie widziały za pomocą echa.
Przełącznik Kontrolny i magnetorecepcja to zmysły utajone w sferze podświadomości. Nigdy nie wiemy, że działają. Ludzka echolokacja natomiast jest dostępna dla naszej świadomości – możemy świadomie słyszeć jej efekty i „widzieć” jej efekty. I przy odrobinie praktyki każdy, kto posiada przyzwoity słuch, może wyostrzyć u siebie ten niewizualny zmysł wzroku.

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4734635/glebia-freediving-zbuntowani-badacze-i-co-ocean-mowi-o-nas-samych

Jeżdżąc rowerem górskim, w nocy, po leśnych ścieżkach miewałem tylko punktową lampkę z przodu, która niczego nie oświetlała. Z czasem "widzi" się tak ścianę drzew po obu stronach.
Nie sprawdza się to jednak w przypadku dołków, kolein czy gałęzi na ścieżce i kilka razy zaliczyłem glebę.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Wto Sty 20, 2026 16:53, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Śro Sty 21, 2026 10:28   

Cytat:
Wyjaśniłem tym wszystkim osobom, i chciałbym wyjaśnić też to teraz, że oddychanie, jak każda terapia czy produkt leczniczy, nie potrafi wszystkiego. Oddychanie szybko, wolno lub wcale nie sprawi, że zatorowość zniknie. Oddychanie przez nos połączone z wydłużonym wydechem nie odwróci szkód wyrządzonych przez genetyczne choroby nerwowo-mięś­niowe. Żaden sposób oddychania nie wyleczy nowotworu IV stopnia. Tak poważne problemy wymagają pilnej interwencji lekarskiej.
Gdybym nie brał antybiotyków, nie szczepił się i nie pobiegł na ostatnią chwilę do gabinetu lekarskiego, by zwalczyć infekcję węzłów chłonnych, już dawno bym nie żył. Technologie medyczne, które powstały w ciągu ostatnich 100 lat, uratowały życie niezliczonym osobom. Medycyna nieustannie poprawia jakość życia ludziom na całym świecie.
Jednak współczesna medycyna także ma swoje ograniczenia.
– Zanim do mnie trafią, to chodzące zombiaki – powiedział dr Michael Gelb, który przez 30 lat pracował jako chirurg stomatolog oraz specjalista od zaburzeń snu. Podobne słowa usłyszałem z ust dr. Dona Storeya, mojego teścia, który przez ostatnie 40 lat pracował jako pulmonolog. To samo powiedziały mi dziesiątki lekarzy z Harvardu, Stanforda i innych instytucji. Mówili, że współczesna medycyna jest zdumiewająco skuteczna w wycinaniu i zszywaniu różnych części ciała w nagłych przypadkach, niestety niedomaga jednak, jeśli chodzi o leczenie łagodniejszych przewlekłych chorób poszczególnych układów, takich jak astma, bóle głowy, stres i problemy autoimmunologiczne, z którymi boryka się większość dzisiejszej populacji.
Lekarze ci tłumaczyli w wielu słowach i na wiele sposobów, że mężczyzna w średnim wieku skarżący się na stres w pracy, drażliwość jelit, depresję oraz okazjonalne mrowienie w palcach u rąk nie otrzyma tyle samo uwagi, co pacjent z niewydolnością nerek. Dostanie leki na obniżenie ciśnienia, jakieś antydepresanty i sayonara. Rolą współczesnego lekarza jest gasić pożary, a nie rozwiewać dym.

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4964543/oddech-naukowe-poszukiwania-utraconej-sztuki

Kolejna perełka przeczytana blisko 2 lata temu.
Nie jest prawdą, że lekarze są bezkrytyczni wobec konwencjonalnej medycyny i siebie.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Sob Lut 07, 2026 12:54   

Cytat:
Ma najszybsze „genitalia” na całym Zachodzie i nie zawaha się ich użyć, by roztrzaskać ci nimi czaszkę. Fala uderzeniowa powstająca w wyniku zadanego ciosu jest tak potężna, że rozrywa cię na strzępy. Na nasze szczęście Gonodactylus smithii – ustonóg zwany potocznie krewetką modliszkową albo krewetką boksującą – nie przewyższa rozmiarem korniszona, a do grona jego ofiar zaliczają się głównie drobne ślimaki, kraby i ostrygi. Co nie zmienia faktu, że może nam złamać palec albo i całą rękę, jeśli podpłyniemy zbyt blisko jego kryjówki w głębinach tropikalnego oceanu, gdzie wiedzie swą podwodną egzystencję. Dlatego rozsądny płetwonurek będzie się trzymał z dala od tego skorupiaka z wachlarzowatym ogonem, poruszającego się zwinnym, tanecznym krokiem po morskim dnie.
Gonodactylus można tłumaczyć jako „odnóża gonady”, jednak guzowate zakończenia kończyn tych stworów nie mają nic wspólnego z genitaliami, od których pochodzi łacińska nazwa gatunku. Jej autora najwyraźniej rozbawił wygląd pałkowatych odnóży – podkurczone i przyciśnięte do tułowia zwierzęcia rzeczywiście mogą budzić falliczne skojarzenia – i stąd to figlarne określenie, lecz w rzeczywistości nie ma z nimi żartów. Uderzenie tej podobnej do młotka kończyny, która w ułamku sekundy rozwija prędkość pocisku, to chyba najszybszy cios zadawany przez jakiekolwiek stworzenie, natomiast siła, jaką osiąga – nawet do 1500 niutonów – czyni z jego właściciela najsilniejsze, proporcjonalnie do masy ciała, zwierzę na Ziemi. Moc jego atakowi nadaje znajdujący się u podstawy odnóża „resor” w kształcie paraboloidy hiperbolicznej – czyli czegoś, co wygląda jak siodło – często wykorzystywanym również w świecie ludzi przez architektów i inżynierów ze względu na ogromną wytrzymałość w warunkach kompresji. Ruch kończyny jest tak szybki, że pozostawia w wodzie za sobą częściową próżnię – innymi słowy, zachodzi wówczas zjawisko kawitacji. W jej wyniku powstaje bąbel kawitacyjny, który implodując, wywołuje potężną falę uderzeniową działającą jak drugi cios.


https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4862098/ksiega-zwierzat-niemalze-niemozliwych-bestiariusz-xxi-wieku
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Śro Lut 18, 2026 11:28   

Część pierwsza.
GŁÓD MAKABRY
TROCHĘ INACZEJ NIŻ W SERIALACH KRYMINALNYCH
NAJMNIEJSZE MIEJSCA ZBRODNI NA ŚWIECIE
ŻYWE TRUPY
CZY TWÓJ PIESEK ZJADŁBY CIĘ PO ŚMIERCI
O ZWŁOKACH, KTÓRE KRWAWIŁY
ZAGADKA PŁYWAJĄCYCH BUTÓW
Część druga.
ALE WSTRĘTNE!
OTWARTY BUFET Z ROBALAMI
NA FARMIE CZERWI
JAK TO PIĘKNIE CUCHNIE!
NASIENIE, KTÓRE LATA
MIEĆ NOSA DO CHORÓB
POTWORY Z KANAŁÓW
Część trzecia.
NA POHYBEL WSZELKIM TABU
TABU OSTATECZNE
CO DWIE GŁOWY TO NIE JEDNA
URODZENI MORDERCY – SSAKI
PRAKTYCZNY PRZEWODNIK PO KANIBALIZMIE
ODKRYWAJĄC ŁECHTACZKĘ
PODPASKI W KOSMOSIE
NE-KRA-FILIA
Część czwarta.
MAŁE PASKUDZTWA
SIO!
WYŚCIG SZCZURÓW
ROZTOCZ JAKI JEST, (NIE) KAŻDY WIDZI
KARAKAN ZDEMASKOWANY
POD SKÓRĄ
TO NIE RZĘSA!
ROBALE W MÓZGU
NAJBARDZIEJ BOLESNE UŻĄDLENIE
Część piąta.
OHYDNE CIAŁO
WYDZIELAĆ CZY WYDALAĆ, OTO JEST PYTANIE
GORĄCZKA ZŁOTA
CZY KAŁ LECZY
SIKI W BASENIE
LIZANIE RAN
CZY SIKAĆ NA RANĘ
PRZELEWAJĄC KREW
MIT DETOKSU
Część szósta.
TAJEMNICE UMYSŁU
BŁĄD W PROGRAMIE
ROBACZKI NIEZOBACZKI
ZAGADKA LALKI VOODOO
TRZYMAJ SIĘ ODE MNIE Z DALEKA, PAJACU
TA TWARZ WYDAJE MI SIĘ ZNAJOMA
PSYCHOPACI NA EKRANIE
WŚCIEKŁOŚĆ I WRZASK
https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4932807/co-za-ohyda-po-mrocznej-stronie-nauki

Spis treści tej książki, mówi więcej niż cytaty.
To jakby kilka książek innej autorki - Mary Roach, zebrane do kupy. Kto czytał Mary Roach, tego zaciekawi "Co za ohyda".
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Czw Lut 19, 2026 21:32   

Jeśli ktoś jest fanem entropii, tak jak George Carlin lub ja, to polecam.

"The Great Big Book of Horrible Things". Autor - Matthew White.
Do pobrania za darmo i chyba na legalu.
Internet Archive https://share.google/y1Ham8Ttb2VEVn4FA

Mnóstwo informacji na temat większości znanych ludzkości wojen.
Często są to dane, które zaskakują. Na przykład mała liczba zabitych w wojnach jakie toczył Juliusz Cezar itp.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Pią Lut 20, 2026 11:24   

Cytat:
ODMIENNE STANY ŚWIADOMOŚCI
Miałem kiedyś cotygodniowe wykłady w Hughes Aircraft Company i którejś środy przyjechałem tam przed czasem. Jak zwykle flirtowałem z recepcjonistką, kiedy weszła mała grupa – mężczyzna, kobieta i jeszcze parę osób. Nikogo z nich nie znałem. Mężczyzna spytał:
– Czy tutaj ma wykłady pan profesor Feynman?
– Owszem, tutaj – odparła recepcjonistka.
Facet pyta, czy jego grupa mogłaby posłuchać.
– Nie sądzę, żeby to was zbytnio zainteresowało – mówię. – Wykłady są raczej techniczne.
Kobieta, która była dość inteligentna, szybko się domyśliła:
– To pan jest profesor Feynman!
Okazało się, że mężczyzna to John Lilly, człowiek, który wcześniej prowadził badania na delfinach. Teraz razem z żoną zajmowali się stanem deprywacji zmysłowej i skonstruowali do tego celu specjalne wanny.
– Czy to prawda, że w takich warunkach człowiek dostaje halucynacji? – zapytałem z przejęciem.
– Tak, to prawda.
Zawsze mnie fascynowały majaki senne i inne wyobrażenia, które nie pochodzą ze zmysłów. Chciałem doświadczyć halucynacji, żeby się dowiedzieć, jak to działa. Kiedyś zastanawiałem się nad użyciem narkotyków, ale bałem się: uwielbiam myśleć, więc nie chcę popsuć mechanizmu. Wydawało mi się jednak, że samo leżenie w wannie deprywacyjnej nie jest groźne dla zdrowia, toteż bardzo się na to napaliłem.
Natychmiast przyjąłem zaproszenie Lillych do skorzystania z wanien, a oni przyszli ze swą grupą posłuchać wykładu.
Tydzień później poszedłem do laboratorium pana Lilly, który przerobił ze mną całą procedurę, zapewne obowiązkową dla każdego. Pokazywał mi mnóstwo żarówek z różnymi gazami, jak w neonówkach. Przy tablicy okresowej z tymi gazami miał napisane różne mistyczne brednie na temat ich rzekomego oddziaływania na psychikę. Powiedział mi, że do wejścia do wanny trzeba się przygotować w ten sposób, że przyciskasz nos do lustra i patrzysz na swoje odbicie. Poczęstował mnie całym mnóstwem tego rodzaju hochsztaplerki. Nie zwracałem na to uwagi, ale robiłem wszystko, co mi kazał, bo inaczej by mnie nie wpuścił do wanny, a poza tym pomyślałem, że być może takie przygotowania ułatwiają halucynacje. Do wszystkiego się więc zastosowałem. Jedyną trudność sprawił mi wybór koloru światła, zwłaszcza że przecież w środku miało być ciemno.
Wanna deprywacyjna niewiele się różni od zwykłej wanny, tyle że ma zamykane wieko. W środku panują zupełne ciemności, a ponieważ wieko jest grube, nie dochodzą też żadne dźwięki. Niewielka pompa tłoczy do środka powietrze, ale tylko dla rozwiania ewentualnych obaw, ponieważ objętość wanny jest stosunkowo duża, a przy normalnym oddychaniu nie zużywa się wiele powietrza. Kiedy pan Lilly mi powiedział, że to tylko sprawa psychologiczna, poprosiłem go, żeby wyłączył pompę, bo trochę hałasowała.
W wodzie rozpuszcza się sole Epsom, żeby była gęstsza od zwykłej wody, więc ciało unosi się bez problemu na powierzchni. Temperatura równa się temperaturze ciała, a może jest o kilka stopni niższa, w każdym razie jest to tak pomyślane, żeby nic nie czuć. W sumie kompletna ciemność, kompletna cisza, nie ma wrażenia ciepła ani zimna, nic! Może się zdarzyć, że zniesie cię na bok i uderzysz o ścianę wanny albo skropli się para na wieku i spadnie kropla wody, ale te drobne zakłócenia zdarzają się bardzo rzadko.
Robiłem to chyba kilkanaście razy, za każdym razem spędzałem w wannie około dwóch i pół godziny. Za pierwszym razem nie miałem żadnych halucynacji. Potem państwo Lilly przedstawili mnie pewnemu lekarzowi, który powiedział mi o ketaminie, środku stosowanym do narkozy. Zawsze mnie interesowały sprawy związane z zasypianiem albo utratą przytomności, więc odczytał mi wszystkie „przeciwwskazania” i zaaplikował jedną dziesiątą normalnej dawki.
Doznałem dziwnego uczucia, które bardzo trudno mi scharakteryzować. Na przykład środek wywarł duży wpływ na moje widzenie; czułem, że nie widzę wyraźnie. Ale kiedy mocno się skupiłem, widziałem zupełnie normalnie. Było to coś takiego, jakby mi się nie chciało patrzeć; snułem się sennie, czułem się trochę jak pijany, ale kiedy się skoncentrowałem, wszystko było w normie, przynajmniej na chwilę. Wziąłem do ręki książkę o chemii organicznej, otworzyłem na tabeli jakichś bardzo skomplikowanych związków i ku mojemu zdziwieniu byłem w stanie odczytać wzory.
Robiłem różne inne rzeczy, na przykład przysuwałem dłoń do dłoni, żeby sprawdzić, czy trafię palcami w palce, i chociaż miałem poczucie całkowitej dezorientacji, całkowitej bezradności, potrafiłem wykonać każdą konkretną czynność, jaka przyszła mi do głowy.
Jak już powiedziałem, za pierwszym razem w wannie nie miałem żadnych halucynacji, za drugim razem też nie. Ale państwo Lilly byli bardzo interesującymi ludźmi, doskonale mi się z nimi rozmawiało. Częstowali mnie obiadem i tak dalej, i po jakimś czasie przeszliśmy na wyższy poziom dyskusji niż te brednie ze światłami. Dowiedziałem się, że inni ludzie trochę się boją przebywać w wannie, ale ja uważałem, że to bardzo interesujący wynalazek. Nie bałem się, ponieważ wiedziałem, że nie ma w tym nic tajemniczego: to tylko wanna z solami Epsom.
Za trzecim razem był ze mną inny człowiek – poznałem tam wielu ciekawych ludzi – który przedstawiał się jako Baba Ram Das. Pracował w Harvardzie, pojechał do Indii i napisał popularną książkę pod tytułem Być tutaj teraz. Powtórzył mi, co mu powiedział guru na temat osiągania „doświadczenia odłączenia od ciała” (sformułowanie to przewijało się na tablicy informacyjnej w laboratorium u Lillych): skup się na oddechu, na tym, jak oddech wchodzi i wychodzi przez nos.
Pomyślałem, że jestem gotów na wszystko, byleby tylko doznać halucynacji. Wszedłem do wanny. W pewnej fazie nagle zdałem sobie sprawę, że – bardzo trudno to wyjaśnić – mój oddech ma niewielkie odchylenie. Innymi słowy, moja jaźń jest przesunięta – mniej więcej o cal – w stosunku do miejsca, w którym mój oddech wchodzi i wychodzi przez nos.
Pomyślałem: „Gdzie mieści się jaźń? Wszyscy wiedzą, że organem myślenia jest mózg, ale skąd oni to wiedzą?”. Zdążyłem przeczytać, że zanim przeprowadzono wiele badań psychologicznych, fakt ten wcale nie był dla ludzi taki oczywisty. Na przykład Grecy sądzili, że organem myślenia jest wątroba. „Czy to możliwe – dywagowałem – że dzieci sądzą, że jaźń mieści się w głowie, ponieważ patrzą na rodziców, którzy dotykają się w głowę i mówią: »Niech pomyślę«? Czyli idea, że jaźń mieści się tam, w górze, za moimi oczami, może być kwestią umowną!”. Uznałem, że skoro udało mi się przesunąć jaźń o cal, nie ma powodu, żeby nie udało mi się jej przesunąć jeszcze dalej. Od tego zaczęły się moje halucynacje.
Skupiłem się i po jakimś czasie przepchałem jaźń przez szyję do klatki piersiowej. Kiedy spadła kropla wody i uderzyła mnie w ramię, poczułem to „w górze”, powyżej miejsca, gdzie byłem „ja”. Za każdym razem, gdy spadła kropla, byłem trochę zaskoczony, i moja jaźń wracała przez szyję na normalne miejsce. Musiałem znowu ją zsunąć. Z początku kosztowało mnie to dużo pracy, ale potem szło mi już coraz łatwiej. Schodziłem niżej i niżej, aż wreszcie dotarłem do lędźwi, z boku po jednej stronie, i przez kilka seansów nie udało mi się poprawić tego wyniku.
Któregoś razu, gdy byłem w wannie, uznałem, że skoro mogę przesunąć się do lędźwi, nie ma powodu, żebym nie mógł całkiem odłączyć się od ciała. I zdarzyło się coś, co trudno wytłumaczyć, ale nazwałbym to tak: byłem „cały po jednej stronie”. Poruszałem ramionami, falowałem rękami wodę i chociaż ich nie widziałem, wiedziałem, gdzie są. Ale inaczej niż w normalnym życiu, kiedy ramiona są po obu stronach, trochę niżej od jaźni, teraz były po jednej stronie! Czucie w palcach i wszystko inne miałem zupełnie normalne, tylko moje „ja” było „na zewnątrz” i obserwowało to wszystko.
Potem miałem halucynacje już prawie za każdym razem i potrafiłem odsunąć się coraz dalej od mojego ciała. Doszło do tego, że kiedy poruszałem ramionami, wydawały mi się czymś mechanicznym, a nie żywym. Wrażenia zmysłowe dokładnie się zgadzały z ruchami, ale miałem również to odczucie: „on jest tym czymś”. W końcu „ja” wyszło nawet z pomieszczenia i wędrowało do różnych odległych miejsc, gdzie działy się zdarzenia, które widziałem wcześniej w swoim życiu.
Przeżyłem wiele rodzajów doświadczenia odłączenia od ciała. Kiedyś, na przykład, „widziałem” tył swojej głowy, ze splecionymi na karku dłońmi. Kiedy poruszałem palcami, widziałem, jak się ruszają, ale między kciukiem a resztą dłoni widziałem błękitne niebo. Była to, oczywiście, halucynacja. Rzecz jednak w tym, że kiedy poruszałem palcami, ich ruch dokładnie się zgadzał z tym, co widziałem w swej halucynacji. Pojawiał się cały obraz ciała, który zgadzał się z tym, co robiłem i co odczuwałem, tak jak kiedy budzisz się rano, dotykasz jakiejś części ciała (nie wiesz, jakiej) i nagle staje się dla ciebie oczywiste, co to jest. Nagle więc pojawiał się cały obraz ciała, zgodny z rzeczywistością, tyle że zupełnie inny niż zazwyczaj, ponieważ przeważnie wyobrażasz sobie, że jaźń mieści się z tyłu głowy wewnątrz czaszki, a nie na zewnątrz.
Jedną z rzeczy, które mnie dręczyły – w sensie psychologicznym – kiedy miałem halucynację, była myśl, że może zasnąłem i tylko śnię to wszystko. Ponieważ miałem już trochę doświadczeń ze snami, chciałem doznawać nowych. To oczywiście głupie, ale kiedy przeżywasz halucynację, mózg nie jest zbyt sprawny, więc kiedy sobie coś ubrdasz, na przykład chcesz sprawdzić, czy nie śnisz, nie ma ci kto powiedzieć, że to głupie. Nieustannie więc sprawdzałem, czy nie śnię, w ten sposób, że ocierałem o siebie kciuki – ponieważ często miałem ręce za głową – badając, czy mam w nich czucie. Oczywiście to też mogło mi się śnić, ale jakoś wiedziałem, że to rzeczywiste.
Na początku byłem taki przejęty, że przeżywam halucynacje, że „uciekały” mi, urywały się, ale kiedy się przyzwyczaiłem, halucynacje trwały bardzo długo.
Parę tygodni później dużo się zastanawiałem nad różnicą działania mózgu i maszyny liczącej – zwłaszcza jeśli chodzi o przechowywanie informacji. Ciekawa jest kwestia metody przechowywania wspomnień przez mózg: w porównaniu z maszyną można je uzyskać z tak wielu kierunków – nie trzeba się zgłaszać pod konkretny adres w pamięci. Weźmy słowo „czynsz”: jeśli rozwiązuję krzyżówkę, będę szukał sześcioliterowego słowa, które zaczyna się na „c”, a kończy na „z”; ale jeśli myślę o mieszkalnictwie, będę szukał w przegródce związanej z pieniędzmi, własnością i tak dalej; to z kolei może mnie naprowadzić na różne inne wspomnienia lub informacje. Zastanawiałem się nad skonstruowaniem maszyny naśladującej ten system przechowywania, która uczyłaby się języka tak, jak uczą się dzieci: słuchając, jak się do niej mówi. Nie wiedziałem jednak, w jaki sposób zorganizować informacje, żeby maszyna mogła do nich dotrzeć niezależnie od celu, do którego będą jej potrzebne.
Kiedy wszedłem w tym tygodniu do wanny i zaczęła się halucynacja, usiłowałem przywołać najwcześniejsze wspomnienia. Ciągle sobie powtarzałem: „Jeszcze wcześniejsze, jeszcze wcześniejsze” – nawet wspomnienia z dzieciństwa mnie nie zadowalały. Kiedy naszło mnie jakieś bardzo wczesne wspomnienie – powiedzmy z mojego rodzinnego miasta Far Rockaway – natychmiast pojawiała się cała seria wspomnień, wszystkie z Far Rockaway. Kiedy pomyślałem o czymś, co wydarzyło się w innym mieście – na przykład Cedarhurst – wtedy zlatywało się mnóstwo wspomnień związanych z Cedarhurst. Zdałem więc sobie sprawę, że wspomnienia są przechowywane w przegródce z miejscem, w którym wydarzyło się dane przeżycie.
Byłem bardzo dumny z tego odkrycia, wyszedłem z wanny, wziąłem prysznic, ubrałem się i tak dalej, po czym wsiadłem do samochodu i pojechałem do Hughes Aircraft wygłosić mój cotygodniowy wykład. Dopiero jakieś czterdzieści pięć minut po wyjściu z wanny zdałem sobie sprawę, że nie mam zielonego pojęcia, w jaki sposób mózg przechowuje wspomnienia; cała moja wiedza na ten temat pochodziła z halucynacji! Moje „odkrycie” nie miało nic wspólnego ze sposobem przechowywania wspomnień przez mózg – wzięło się z gier, jakie ze sobą prowadziłem.
Podczas licznych rozmów na temat halucynacji, które odbyłem do tej pory, usiłowałem wytłumaczyć państwu Lilly i innym, że jeżeli coś jest rzeczywiste dla wyobraźni, to wcale nie oznacza, że tak jest naprawdę. Jeżeli kilkakroć widzisz złote kule, które przedstawiają ci się jako wyższe inteligencje, to nie znaczy, że naprawdę są wyższymi inteligencjami; to tylko twoja halucynacja. Teraz jednak moje odkrycie metody przechowywania wspomnień napawało mnie taką dumą, że upłynęło aż czterdzieści pięć minut, zanim zdałem sobie sprawę, że popełniam ten sam błąd, który starałem się wyperswadować innym.
Zastanawiałem się też, czy na halucynacje, tak jak to jest ze snami, ma wpływ to, co już jest w umyśle – ślady ostatnich zdarzeń czy oczekiwania na najbliższą przyszłość. Moim zdaniem przeżyłem odłączenie od ciała dlatego, że tuż przed wejściem do wanny właśnie o tym rozmawialiśmy. A halucynacja na temat metody przechowywania wspomnień przez mózg przytrafiła mi się prawdopodobnie dlatego, że zastanawiałem się nad tą kwestią przez cały tydzień.
Odbyłem poważne dyskusje z różnymi ludźmi na temat realności doświadczeń. Twierdzili, że w naukach empirycznych za realne uchodzi takie doświadczenie, które można odtworzyć. Czyli jeżeli wielu ludzi raz po raz widzi złote kule, które do nich mówią, kule muszą być realne. Ja twierdziłem, że ludzie będą wielokrotnie widzieli złote kule tylko wtedy, kiedy przed wejściem do wanny będzie o nich mowa; jeśli ktoś myśli o złotych kulach, wchodząc do wanny, a potem podczas halucynacji widzi coś zbliżonego – powiedzmy, że kule są niebieskie – to mu się wydaje, że odtwarza to doświadczenie. Wyraźnie dostrzegałem różnicę pomiędzy uzgadnianiem wyników przez ludzi, którzy chcą, żeby ich halucynacje okazały się zgodne z innymi, a uzgadnianiem wyników w naukach empirycznych. Różnica jest bardzo wyraźnie odczuwalna – ale strasznie trudno ją zdefiniować!
Sądzę, że w halucynacjach nie ma nic, co byłoby wywołane jakimikolwiek czynnikami zewnętrznymi wobec stanu psychiki osoby doznającej halucynacji. Mimo to mnóstwo ludzi wierzy, że doświadczenia, których doznają podczas halucynacji, są realne. Zbliżony mechanizm tłumaczy powodzenie, jakim cieszą się interpretatorzy snów. Na przykład niektórzy psychoanalitycy interpretują sny poprzez znaczenie różnych symboli. Niewykluczone, że po rozmowie z psychoanalitykiem symbole te rzeczywiście pojawiają się w snach. Sądzę więc, że interpretacja halucynacji i snów działa na zasadzie samospełniającego się proroctwa: jeżeli wcześniej podpowiesz mózgowi, co ma się pojawić, na ogół wiele z twoich przewidywań się spełni.
Zazwyczaj halucynacja zaczynała się mniej więcej po piętnastu minutach, z wyjątkiem tych kilku razy, kiedy wcześniej paliłem marihuanę: wtedy przychodziła bardzo szybko. Ale piętnaście minut mnie satysfakcjonowało.
Na początku halucynacji często zdarzało się coś, co nazwałbym „zaśmiecaniem” mózgu: nachodziły mnie zupełnie chaotyczne obrazy, całkowicie przypadkowe rupiecie. Próbowałem zapamiętać niektóre z nich, żeby móc to później opisać, ale były to rzeczy szczególnie trudne do zapamiętania. Myślę, że było to bardzo zbliżone do obrazów, które przychodzą przy zasypianiu: wydaje ci się, że są logicznie powiązane, ale kiedy usiłujesz sobie przypomnieć, co cię naprowadziło na obecną myśl, okazuje się, że nie potrafisz. Po chwili nie pamiętasz już nawet, co sobie usiłujesz przypomnieć. Wszystko, co pamiętam z tych początkowych momentów halucynacji, to – na przykład – biały znak drogowy w Chicago z pryszczem, który zaraz znika. Tylko tego rodzaju sprawy.
Pan Lilly miał wiele różnych wanien, w których wypróbowaliśmy wiele różnych eksperymentów. Nie miało to większego wpływu na rodzaj halucynacji, toteż nabrałem przekonania, że wanna jest niepotrzebna. Teraz, kiedy wiedziałem, na czym rzecz polega, zdałem sobie sprawę, że wystarczy usiąść nieruchomo, a te wszystkie stuprocentowe wyciszenia i tak dalej nie są potrzebne.
Po powrocie z pracy gasiłem więc światło, siadałem w wygodnym fotelu w salonie i bez końca próbowałem – nigdy mi się nie udało. Poza wanną nie doznałem ani jednej halucynacji. Oczywiście byłoby miło robić to w domu i nie wątpię, że jeśli ktoś medytuje i dużo ćwiczy, to jest w stanie to osiągnąć, ale ja nie ćwiczyłem.

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4860910/pan-raczy-zartowac-panie-feynman-przypadki-ciekawego-czlowieka
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Pią Lut 20, 2026 11:29, w całości zmieniany 2 razy  
 
     
Witold Jarmolowicz 
Site Admin

Pomógł: 57 razy
Dołączył: 06 Sie 2007
Posty: 10198
Wysłany: Pią Lut 20, 2026 14:30   

Strix aluco napisał/a:
Jeśli ktoś jest fanem entropii, tak jak George Carlin lub ja, to polecam.
"The Great Big Book of Horrible Things". Autor - Matthew White.
Do pobrania za darmo i chyba na legalu.
Internet Archive https://share.google/y1Ham8Ttb2VEVn4FA
Mnóstwo informacji na temat większości znanych ludzkości wojen.
Często są to dane, które zaskakują. Na przykład mała liczba zabitych w wojnach jakie toczył Juliusz Cezar itp.
No nie wiem, AI podaje, że wojska Cezara wybiły jakiś milion autochtonów ponosząc przy tym bardzo małe straty rzędu 30 tys. żołnierzy.
Nie wiem, co myśleć. :sad:
JW
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Pią Lut 20, 2026 19:12   

Witold Jarmolowicz napisał/a:
Strix aluco napisał/a:
Jeśli ktoś jest fanem entropii, tak jak George Carlin lub ja, to polecam.
"The Great Big Book of Horrible Things". Autor - Matthew White.
Do pobrania za darmo i chyba na legalu.
Internet Archive https://share.google/y1Ham8Ttb2VEVn4FA
Mnóstwo informacji na temat większości znanych ludzkości wojen.
Często są to dane, które zaskakują. Na przykład mała liczba zabitych w wojnach jakie toczył Juliusz Cezar itp.
No nie wiem, AI podaje, że wojska Cezara wybiły jakiś milion autochtonów ponosząc przy tym bardzo małe straty rzędu 30 tys. żołnierzy.
Nie wiem, co myśleć. :sad:
JW


Właśnie o te małe straty Rzymu mi chodziło i się nad tym zastanawiałem, bo mimo, że zarówno za panowania Gajusza Juliusza Cezara, aż po dzień dzisiejszy niektórzy zarzucają mu, że zniżał straty własne, jednocześnie zawyżając straty przeciwników, to i tak nie zmienia faktu, że faktycznie straty po stronie rzymskich legionistów były zaskakująco niskie.
Chodzi mi głównie o Wojny Galijskie i tu mogło tak być, bo Juliusz Cezar przeprowadził w tym czasie głęboką modernizację armii.
https://histmag.org/Armia-rzymska-w-okresie-wojen-galijskich-58-51-pne-2407
A Galowie nie mieli magicznego napoju, jak w komiksach o Asterixie i Obelixie.
Rzymianie mieli więc ogromną przewagę technologiczną.
Byli świetnie uzbrojeni i wszyszkoleni, oraz zmotywowani, bo to było na zasadzie wojny, która się musi też sama wyżywić, a w dalszej konsekwencji przynieść zysk wszystkim Rzymianom biorącym udział w walce.
Drugim czynnikiem były nieczyste zagrywki Julka. https://wielkahistoria.pl/najwieksza-zbrodnia-juliusza-cezara-nawet-rzymianie-chcieli-go-ukarac-za-to-czego-dopuscil-sie-w-55-roku-p-n-e/
Ogólnie Rzymianie byli bardzo brutalni nie tylko dla żołnierzy wojsk przeciwnych, ale też cywilów.
Często niemal połowa zabitych to były kobiety, dzieci i ludzie starsi.
Nie jest tajemnicą, że naziści inspirowali się w wielu aspektach Imperium Romanum. https://ciekawostkihistoryczne.pl/2015/07/14/czy-rzymskiemu-legioniscie-wolno-bylo-mordowac-gwalcic-i-rabowac/2/

W książce White nie podaje strat po stronie Rzymu, co może oznaczać, że autor miał wątpliwości co do liczb, które podawały oficjalne źródła. Trzeba więc brać na nie poprawkę.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Pią Lut 20, 2026 19:14, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Nie Lut 22, 2026 08:51   

Cytat:
To, co pozwoliło nam rozwijać się dalej, podczas gdy pozostałe gatunki ludzi wyginęły, to rodzaj poznawczej supermocy: szczególny typ współpracy określany jako komunikacja oparta na współpracy. Pozostajemy ekspertami w zakresie współpracy z innymi ludźmi, nawet nieznajomymi. Potrafimy komunikować się z kimś, kogo nigdy nie spotkaliśmy, rozmawiać o wspólnym celu i pracować razem, aby go osiągnąć. Jak można się spodziewać, szympansy są wyrafinowane poznawczo w wielu aspektach, w jakich są również ludzie. Jednak pomimo licznych podobieństw trudno im zrozumieć, kiedy komunikacja ma pomóc w osiągnięciu wspólnego celu. Oznacza to, że tak inteligentne zwierzęta jak szympansy cechuje niewielka zdolność do synchronizowania zachowań, koordynowania odmiennych ról, przekazywania innowacji, a nawet komunikacji wykraczającej poza kilka podstawowych próśb. W przypadku naszego gatunku wszystkie te umiejętności rozwijamy, zanim zaczniemy chodzić lub mówić, i to one stanowią bramę do złożonego świata społecznego i kulturowego. Pozwalają podłączyć nasze umysły do umysłów innych i dziedziczyć wiedzę wielu pokoleń. Są podstawą wszelkich form kultury i nauki, w tym wyrafinowanego języka, jakim się posługujemy. To właśnie zwarte grupy posiadających kulturę ludzi rozwinęły zaawansowaną technologię. Homo sapiens byli w stanie rozkwitać w obszarach niedostępnych dla pozostałych inteligentnych gatunków ludzi, ponieważ jesteśmy doskonali w szczególnym rodzaju współpracy.
Kiedy rozpoczynałem studiowanie świata zwierząt, byłem tak skoncentrowany na rywalizacji, że nawet nie przyszło mi do głowy, że komunikacja czy przyjaźń mogły odgrywać jakąkolwiek rolę w ewolucji poznawczej. Nie tylko w przypadku innych zwierząt, ale również nas samych. Byłem przekonany, że wyjątkowe umiejętności manipulacji lub oszukiwania innych mogą wyjaśnić ewolucyjne dostosowanie zwierzęcia. Odkryłem jednak, że bycie mądrzejszym nie wystarcza. Nasze emocje odgrywają ogromną rolę w tym, co uważamy za satysfakcjonujące, bolesne, atrakcyjne czy odpychające. Nasze preferencje do rozwiązywania pewnych grup problemów pełnią tak samo istotną funkcję w kształtowaniu naszego poznania jak zdolności obliczeniowe mózgu. Najbardziej wyrafinowane rozumienie sytuacji społecznych, pamięć i strategie nie pomogą w innowacji, jeśli nie będą współdziałać, wykorzystując umiejętność komunikacji opartej na współpracy z innymi.
Nasze przyjazne nastawienie ewoluowało w warunkach samoudomowienia.
Udomowienie nie jest tylko wynikiem doboru sztucznego, dokonywanego przez człowieka, który wybierał określone zwierzęta do hodowli. To również rezultat działania doboru naturalnego. W naszym przypadku presja selekcyjna byłaby nakierowana na przyjazne nastawienie – albo w stronę innego gatunku, albo w stronę własnego. To istota tego, co nazywamy samoudomowieniem. To ono dało nam przewagę w przyjaznym nastawieniu, której potrzebowaliśmy, by odnieść sukces, gdy inne gatunki ludzi wyginęły. Jak dotąd obserwowaliśmy je u nas samych, u psów i u naszych najbliższych kuzynów – bonobo. Ta książka opisuje odkrycie, które połączyło te trzy gatunki i pomogło nam zrozumieć, jak staliśmy się tym, kim jesteśmy obecnie.
Gdy ludzie stali się bardziej przyjaźni, mogło się dokonać przejście od życia w małych grupach liczących po 10–15 osobników, jak w przypadku neandertalczyków, do życia w większych grupach liczących sto lub więcej osób. Nawet bez większych mózgów nasze liczniejsze i lepiej zorganizowane grupy łatwo wygrywały rywalizację z innymi gatunkami ludzi. To nasza wrażliwość wobec innych umożliwiła współpracę i komunikację w coraz bardziej złożony sposób, który wyniósł nasze zdolności kulturowe na nowy poziom. Mogliśmy wprowadzać innowacje i dzielić się nimi szybciej niż ktokolwiek inny. Pozostałe gatunki ludzi nie miały szans.
Jednak nasze przyjazne nastawienie ma również mroczną stronę. Kiedy czujemy, że grupa, którą kochamy, jest zagrożona przez inną grupę, jesteśmy w stanie odłączyć zagrażającą nam grupę od naszej umysłowej sieci, co umożliwia dehumanizację innych ludzi. Tam, gdzie w normalnych warunkach znajdowałyby się empatia i współczucie, nie znajdujemy nic. Niezdolni do empatii wobec zagrażających nam obcych, nie potrafimy dłużej postrzegać ich jako bliźnich. Stajemy się wtedy zdolni do największych okrucieństw. Jesteśmy zarówno najbardziej tolerancyjnym, jak i najbardziej bezlitosnym gatunkiem na planecie.

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5032598/przetrwaja-najzyczliwsi-jak-ewolucja-wyjasnia-istote-czlowieczenstwa
Cytat:
Analizując przyczyny wojen i ludobójstw, zastanawiają się, jak to możliwe, że jesteśmy najbardziej tolerancyjnym, a jednocześnie najokrutniejszym gatunkiem na Ziemi.

Szukając odpowiedzi na to pytanie, należy cały czas pamiętać o tym, co tak naprawdę miał na myśli Darwin: sekret naszego przetrwania leży nie w tym, ilu wrogów pokonaliśmy, lecz w tym, ilu przyjaciół udało nam się zdobyć.

Teoria samoudomowienia stanowi prawdopodobnie największy przełom ostatnich lat w zrozumieniu ewolucji człowieka, będąc kluczem do wyjaśnienia, jak wyłonił się ludzki umysł oraz język. Koncepcja ta rzuca wyzwanie naszym potocznym przekonaniom, gdyż za najważniejsze dla ewolucji człowieka uznaje rozwój nie inteligencji czy myślenia abstrakcyjnego, lecz predyspozycji społecznych, takich jak życzliwość, tolerancja, czy zdolność do współpracy. Autorzy z gracją prowadzą czytelnika przez najnowszy dorobek psychologii porównawczej (opisującej umysły ludzi i innych zwierząt) - dorobek doskonale im znany, ponieważ w znaczącym stopniu oparty właśnie na ustaleniach Briana Hare’a i jego współpracowników.

Sławomir Wacewicz Centrum Badań nad Ewolucją Języka (CLES) UMK w Toruniu


Jak widać i paleolit i neolit przynosi coś dobrego.
Teorię samoudomowienia homo sapiens wykorzystują do swoich celów ci od diet paleo, keto itp.
Podniecają sie się hipotezą DeSilvy, który twierdzi, że przez samoudomowienie mózg homo sapiens zmniejszył się przez ostatnie 3000 lat.
Jednak to tylko hipoteza, niczym nie potwierdzona. Nie potwierdzona z prostej przyczyny. Brak wystarczającego materiału porównawczego ze znalezisk archeologicznych.
https://www.frontiersin.o...022.963568/full
Wszystko wskazuje na to, że hardware jest ten sam od 300 000 lat. Tylko software się zmienia.
 
     
Witold Jarmolowicz 
Site Admin

Pomógł: 57 razy
Dołączył: 06 Sie 2007
Posty: 10198
Wysłany: Nie Lut 22, 2026 11:44   

Strix aluco napisał/a:
Właśnie o te małe straty Rzymu mi chodziło i się nad tym zastanawiałem, bo mimo, że zarówno za panowania Gajusza Juliusza Cezara, aż po dzień dzisiejszy niektórzy zarzucają mu, że zniżał straty własne, jednocześnie zawyżając straty przeciwników, to i tak nie zmienia faktu, że faktycznie straty po stronie rzymskich legionistów były zaskakująco niskie.
Chodzi mi głównie o Wojny Galijskie i tu mogło tak być, bo Juliusz Cezar przeprowadził w tym czasie głęboką modernizację armii.
Oglądałem kiedyś na Wyspie Wolin rekonstrukcje historyczne m.in. wojowników Cezara, ich uzbrojenia oraz taktyki walki. W przeciwieństwie do rozproszonych zagonów tatarskich czy kawalerii, żołnierze rzymscy uzbrojeni w miecze i duże tarcze tworzyli czworoboki idące na przód jak walce, nie do pokonania. Idąc piechotą ukryci za swoimi tarczami tworzyli coś w rodzaju wozu opancerzonego. Mieli kilka podstawowych szyków formowania oddziału, zależnie od sytuacji. Jak na tamte czasy, górowali nad przeciwnikami organizacją i dowodzeniem.
JW
 
     
Witold Jarmolowicz 
Site Admin

Pomógł: 57 razy
Dołączył: 06 Sie 2007
Posty: 10198
Wysłany: Nie Lut 22, 2026 12:14   

Patrząc na rzeczywisty świat, nie ten tworzony w umysłach antropologów, widać, że ewolucja eksperymentuje ze skrajnościami, ale ostatecznie wygrywa przeciętność.
Pięciokrotnie w historii Ziemi ewolucja tworzyła koty szablozębne, wyjątkowe skuteczni zabójcy. Tak skuteczne, że wybiły źródło swojego pożywienia i same wyginęły.
Podobnie, muchomor sromotnikowy odporny na zjadanie, powinien opanować nasze lasy. Tymczasem najliczniej występują przyjazne zwierzętom grzyby jadalne.
Olbrzymie dinozaury, którym nic nie zagrażało wyginęły, pozostała gałąź ewolucyjna małych, niegroźnych ptaków.
Żadne jadowite zwierzęta nie opanowały planety.
Itd.
JW
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Nie Lut 22, 2026 13:43   

Witold Jarmolowicz napisał/a:
Strix aluco napisał/a:
Właśnie o te małe straty Rzymu mi chodziło i się nad tym zastanawiałem, bo mimo, że zarówno za panowania Gajusza Juliusza Cezara, aż po dzień dzisiejszy niektórzy zarzucają mu, że zniżał straty własne, jednocześnie zawyżając straty przeciwników, to i tak nie zmienia faktu, że faktycznie straty po stronie rzymskich legionistów były zaskakująco niskie.
Chodzi mi głównie o Wojny Galijskie i tu mogło tak być, bo Juliusz Cezar przeprowadził w tym czasie głęboką modernizację armii.
Oglądałem kiedyś na Wyspie Wolin rekonstrukcje historyczne m.in. wojowników Cezara, ich uzbrojenia oraz taktyki walki. W przeciwieństwie do rozproszonych zagonów tatarskich czy kawalerii, żołnierze rzymscy uzbrojeni w miecze i duże tarcze tworzyli czworoboki idące na przód jak walce, nie do pokonania. Idąc piechotą ukryci za swoimi tarczami tworzyli coś w rodzaju wozu opancerzonego. Mieli kilka podstawowych szyków formowania oddziału, zależnie od sytuacji. Jak na tamte czasy, górowali nad przeciwnikami organizacją i dowodzeniem.
JW


I tym sposobem przypomniał mi Pan o dość dawno przeczytanej książce.
Cytat:
Zaraza Antoninów

"Kiedy wstajesz rano, pomyśl, jak cennym przywilejem jest być żywym:
oddychać, myśleć, cieszyć się, kochać." Marek Aureliusz

Bardzo często – zwykle przy okazji doniesień, że jacyś całkiem dorośli ludzie uprawiają seks w sposób, który byłby zabroniony w epoce wiktoriańskiej – komentator telewizyjny kiwa głową i tłumaczy, jak takie zachowanie doprowadziło do upadku starożytnego Rzymu. Na ogół ci mędrcy nie wykazują ani grama życzliwości czy współczucia dla bliźnich i nie rozumieją, że obyczaje się zmieniają. I z całą pewnością możemy powiedzieć, że bardzo niewiele wiedzą na temat „upadku starożytnego Rzymu”.
Żeby było jasne, Cesarstwo Rzymskie nie upadło dlatego, że wszyscy uprawiali seks. Żadna cywilizacja nie upadła z powodu zbyt dużej ilości seksu – może z wyjątkiem Bawarii w roku 1848, ale to już zupełnie inna (choć rozkoszna) historia.
Upadek Rzymu nie rozpoczął się z powodu radujących serce ślubów jednopłciowych. Zaczął się wraz z zarazą, która wybuchła w latach sześćdziesiątych II wieku. W tym momencie Rzymianie znajdowali się u szczytu swojej potęgi, a ich rozległe imperium sięgało od Szkocji po Syrię.
Byli w stanie podbić i utrzymać tak wielki teren, bo legiony rzymskie stanowiły potężną siłę. Około roku 160 armia ta składała się z dwudziestu ośmiu legionów, z których każdy liczył 5120 ludzi.
Legioniści zgłaszali się na ochotnika na dwadzieścia pięć lat służby, po upływie której mogli liczyć na hojną odprawę w wysokości mniej więcej czternastoletniego żołdu. A jeśli komuś wydaje się, że 143 360 żołnierzy to niewiele – dla porównania dzisiaj w Stanach Zjednoczonych jest ich w służbie czynnej około 520 tysięcy – to istniały również siły rezerwowe, które zwiększały liczebność armii o 60 procent. Te oddziały składały się głównie z ludzi niebędących obywatelami Rzymu. Jeśli przeżyli przypisany im okres służby, mogli w nagrodę liczyć na obywatelstwo rzymskie.
No dobrze, możecie się zastanawiać, ale czy ktoś miał szansę przeżyć dwadzieścia pięć lat w armii? Jeśli służyło się w armii rzymskiej w latach 135–160, to szanse utrzymania się przy życiu były dość znaczne. Chociaż dokładne statystyki nie są znane, to w tym okresie doszło do relatywnie niewielu bitew. Można było nawet w ogóle nie walczyć. Jak pisze Walter Scheidel, profesor na Uniwersytecie Stanforda:
Z tego, co nam wiadomo, 239 weteranów (czyli tylu, ilu zwolniono około roku 160 w ciągu dwóch lat) z legionu VII Claudia w ogóle nie doświadczyło istotnych walk w czasie dwudziestopięcio - lub dwudziestosześcioletniej służby[2].
Przez dwadzieścia pięć lat żołnierze ci nie widzieli bitwy.
Z pewnością byli pośmiewiskiem. Ale ostatecznie wyszło im to na dobre! Nigdy nie musieli stanąć do boju!
Jeśli zaś dochodziło do bitwy, to trzeba przyznać, że żołnierz rzymski był oszałamiająco dobrze – nawet jeśli nieco niepotrzebnie – wyekwipowany. Legioniści mieli na sobie lorica segmentata, niezwykle giętką zbroję z metalowych pasów. Żyjący w I wieku historyk Józef Flawiusz tak opisuje imponujące szeregi rzymskiej armii:
"Maszerują naprzód, wszyscy w milczeniu i właściwym porządku, a każdy utrzymuje właściwą dla niego pozycję, tak samo jak w czasie bitwy. Piechurzy wyposażeni są w napierśniki i hełmy, a po obu bokach niosą miecze. Ci, których wybrano do ochrony dowódcy, dzierżą oszczep i dłuższy miecz. Mają przy sobie również piłę, kosz, szpadel i siekierkę, a także skórzany pas, kosę, łańcuch i racje żywnościowe na trzy dni[3]."
Legioniści byli więc niczym szwajcarskie scyzoryki.
Rzymska armia mogła zatem poszczycić się znakomitym uzbrojeniem, znakomitą liczebnością i znakomitym wyszkoleniem – a czasem miała przy sobie również jedzenie na co najmniej trzy dni. Wkrótce jednak zaczęła przegrywać bitwy i tracić miasta na rzecz plemion germańskich.
Początkowo myślałam, że te germańskie plemiona musiałyby mieć naprawdę dobry ekwipunek, by z sukcesami walczyć z armią rzymską. Całe szczęście Tacyt wyprowadził mnie z błędu. Tak pisał o pewnym germańskim plemieniu:
"Są albo nadzy, albo okryci cienką opończą, jeśli chodzi o ekwipunek, nie mają się czym pochwalić: ich tarcze są zdobione najprostszymi barwami. Nieliczni mają kolczugi, a bardzo rzadko trafia się ktoś w szyszaku albo hełmie[4]."
Najbardziej podoba mi się to, że Tacyt znalazł czas, by skrytykować germańskie tarcze z powodów estetycznych. Encyclopedia Britannica w haśle, które charakteryzuje się niezwykle pomocną szczegółowością, zgadza się z Tacytem, wyjaśniając, że plemiona germańskie aż do VI wieku były zawsze bardzo źle wyposażone:
Ich główną bronią była długa lanca, nieliczni nosili miecze. Hełmy i napierśniki były im w zasadzie nieznane. Za jedyny pancerz służyła im lekka drewniana albo wiklinowa tarcza, niekiedy wykończona żelaznym okuciem, czasem wzmacniana skórą. Ten brak odpowiedniego ekwipunku tłumaczy gorączkowy pośpiech, z jakim Germanie rzucali się na oddziały ciężkozbrojnych Rzymian. Gdyby wdawali się w przedłużoną walkę wręcz, w której ich lekkie tarcze i włócznie musiałyby mierzyć się z rzymskimi mieczami i zbrojami, nie mieliby wielkich szans na sukces[5].
Pomimo słabego uzbrojenia Germanie byli niewyobrażalnie odważni. Kobiety walczyły u boku mężczyzn, czasem zabierając ze sobą również dzieci. Dla wielu największym marzeniem było zginąć chwalebną śmiercią na polu bitwy. Dziewiętnastowieczny historyk John George Sheppard tak opisuje germańskie plemiona: „Chociaż wielokrotnie pokonane, to nigdy nie zostały podbite; fala cofała się, ale przypływ powracał; trzymali się uparcie swojego celu, póki go nie osiągnęli. Wyrwali berło z rąk Rzymian i trzymają je do dziś”[6].
Plemiona germańskie nieustannie atakowały Cesarstwo Rzymskie, chociaż były dziesiątkowane, miały gorsze uzbrojenie i pancerze.
Zawsze w gotowości, żyły, by walczyć. Od czasu, gdy w roku 101 p.n.e. barbarzyńców pokonał rzymski wódz Gajusz Mariusz, nieustannie zagrażali granicom imperium, choć nie potrafili ich zdobyć. Nie zaskakuje mnie to, że wciąż atakowali. Tyle że nie powinni byli wygrać. Logicznie rzecz biorąc, najlepsza armia świata nie powinna zostać pokonana przez zbieraninę półnagich ludzi z brzydko pomalowanymi tarczami.
Germanie mieli jednak po swojej stronie najpotężniejszego sojusznika na świecie. I nie mówię tu o ludziach, tylko o zarazie Antoninów.
Rozmiary terytorium zajętego przez rzymskie oddziały miały przynieść im zgubę. Zaraza przyszła do Rzymu z Mezopotamii około roku 165–166 n.e. Przynieśli ją do domu rzymscy legioniści, którzy walczyli w tamtym regionie. A kiedy zaraza dotarła do Rzymu, rozpoczął się prawdziwy koszmar, i to nawet jak na standardy ludzi przyzwyczajonych do epidemii.
Chociaż możemy się zachwycać, jak technologicznie zaawansowany był Rzym w porównaniu z epoką średniowiecza, która nastała po upadku rzymskiej cywilizacji, to z pewnością wiele brakowało mu do ideału. Owszem, istniały publiczne latryny, ale tylko nieliczne prywatne domy były podłączone do publicznej sieci ściekowej; wielu ludzi wyrzucało nieczystości prosto na ulicę. Tyber od czasu do czasu wylewał, co oznaczało (wybaczcie mi to sformułowanie, ale nie da się tego inaczej opisać), że niekiedy ulicami płynęła rzeka . A chociaż ludzie chodzili do łaźni, to woda, w której się kąpali, nie była dezynfekowana i często zawierała bakterie. Nic więc dziwnego, że w owych czasach doskonale się miały malaria, tyfus, dezynteria, żółtaczka i cholera, co nie przeszkadza historykowi Edwardowi Gibbonowi twierdzić, że „ludzkość cieszyła się [wtedy] największą szczęśliwością i dobrobytem”[7]. Nie powinno się traktować Gibbona zbyt surowo – Zmierzch Cesarstwa Rzymskiego opublikował w roku 1776 – aczkolwiek udawanie, że jakakolwiek epoka historyczna sprzed upowszechnienia kanalizacji domowej była wspaniała, to niedorzeczność i złudzenie. Frank McLynn, współczesny historyk, pisze w książce Marcus Aurelius, A Life (Życie Marka Aureliusza):
"Chociaż malaria i inne śmiertelne choroby zbierały straszliwe żniwo, to Rzymianie traktowali je jako zwyczajną część codzienności; niewolnicy i biedacy i tak wiedli życie, które nie zasługiwało na miano prawdziwego, więc pewnie nieprzesadnie przejmowali się nadchodzącą Kostuchą. A jednak zaraza, która spadła na Rzym za rządów Marka Aureliusza, była czymś zupełnie innym, zarówno pod względem zasięgu, jak i rodzaju. Niczego podobnego Rzymianie nigdy wcześniej nie doświadczyli[8]."
Wiele z tego, co nam wiadomo na temat tej epidemii, pochodzi z pism Galena, lekarza Marka Aureliusza – do tego stopnia, że zarazę Antoninów nieraz nazywa się zarazą Galena.
Chociaż Galen był wspaniałym lekarzem, to nie należał do ludzi szczególnie odważnych. Ponad wszystko dbał o autopromocję.
Wedle McLynna nieustannie podkreślał, że do wszystkiego doszedł sam, pomijając fakt, że pochodził z niezwykle zamożnej rodziny, po której odziedziczył liczne nieruchomości i gęstą sieć kontaktów społecznych. Uciekał się do podstępów, by zwyciężać w debatach, i nieustannie wyolbrzymiał swoje osiągnięcia. Pod względem osobowości można by uznać go za kogoś w rodzaju Donalda Trumpa starożytnego Rzymu.Nie był też zbyt mężny, gdy w grę wchodziły choroby. Żeby było jasne, nie uważam tchórzostwa za nienormalną reakcję w sytuacji zagrożenia życia; tchórzostwo bywa blisko spokrewnione z inteligencją i dążeniem do zachowania życia.
Sama w czasie zarazy z pewnością okazałabym się słaba i tchórzliwa. Tyle tylko, że nie są to cechy pożądane akurat u lekarza.

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5207138/co-nas-nie-zabije-najwieksze-plagi-w-historii-ludzkosci
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Nie Lut 22, 2026 14:08, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Nie Lut 22, 2026 14:16   

Witold Jarmolowicz napisał/a:
Patrząc na rzeczywisty świat, nie ten tworzony w umysłach antropologów, widać, że ewolucja eksperymentuje ze skrajnościami, ale ostatecznie wygrywa przeciętność.
Pięciokrotnie w historii Ziemi ewolucja tworzyła koty szablozębne, wyjątkowe skuteczni zabójcy. Tak skuteczne, że wybiły źródło swojego pożywienia i same wyginęły.
Podobnie, muchomor sromotnikowy odporny na zjadanie, powinien opanować nasze lasy. Tymczasem najliczniej występują przyjazne zwierzętom grzyby jadalne.
Olbrzymie dinozaury, którym nic nie zagrażało wyginęły, pozostała gałąź ewolucyjna małych, niegroźnych ptaków.
Żadne jadowite zwierzęta nie opanowały planety.
Itd.
JW

Pytanie, czy ta obecna przeciętność jest korzystna dla ogółu.
Bo tak by się mogło wydawać, kiedy czyta się książkę "Przetrwają najżyczliwsi".
Po drugiej stronie barykady jest James C. Scott z książką "Jak udomowiono człowieka".
Zakładając teoretyczne, że ktoś trafi na obie i przeczyta, to będzie stał w rozkroku, bo obie książki są wręcz naszpikowane rzeczowymi argumentami na poparcie twierdzeń autorów.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Nie Lut 22, 2026 14:17, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Witold Jarmolowicz 
Site Admin

Pomógł: 57 razy
Dołączył: 06 Sie 2007
Posty: 10198
Wysłany: Pon Lut 23, 2026 12:01   

Strix aluco napisał/a:
Pytanie, czy ta obecna przeciętność jest korzystna dla ogółu.
Dla ogółu ziemskich stworzeń, gdy ludzie przeciętnie i stopniowo wymrą, na pewno przeciętność przyniesie korzystną odmianę. :papa:
JW
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Pon Lut 23, 2026 20:54   

Witold Jarmolowicz napisał/a:
Strix aluco napisał/a:
Pytanie, czy ta obecna przeciętność jest korzystna dla ogółu.
Dla ogółu ziemskich stworzeń, gdy ludzie przeciętnie i stopniowo wymrą, na pewno przeciętność przyniesie korzystną odmianę. :papa:
JW

Opcja pesymistyczna. Dołączył Pan do klubu miłośników entropii. :evil:

Mój punkt widzenia jest taki, że jeśli selekcja naturalna będzie podążać w stronę tego, że przetrwają najżyczliwsi, to jest szansa, że z czasem pozbędziemy się szympansiego dziedzictwa.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Pon Lut 23, 2026 21:06   

Bardzo trudno było wybrać jakiś konkretny fragment, bo każdy rozdział jest super.
Ramzes II non-stop naspawany ziołem, jest jak żywcem wyjęty z filmu typu "Historia Świata" Mela Brooksa. ;D
Z opisu wynika, że Ramzes palił marihuanę medyczną, zanim to było modne.
Na zachętę dodałem jeszcze cały spis treści.
Cytat:
Aby zrozumieć, dlaczego Ramzes tak bardzo cenił sobie konopie indyjskie, trzeba sobie uzmysłowić, kim był w starożytnym Egipcie faraon. Często tłumaczy się ten termin jako „król” lub „władca”, ale jest to kolosalne niedopowiedzenie. Znacznie trafniejszym określeniem byłby „bóg w ludzkiej postaci”. Faraon był dla starożytnych Egipcjan odpowiednikiem superbohatera. Miał być zarówno władcą, jak i najbardziej nieustraszonym z wojowników: kimś w rodzaju króla T’Challi z filmu Czarna Pantera. Ramzes nigdy nie zaskarbiłby sobie szacunku swojego ludu, gdyby ograniczył się do kierowania kampaniami wojennymi ze swojego bezpiecznego pałacu. Wykluczone. Jego poddani oczekiwali, że znajdzie się w samym centrum wydarzeń na polu bitwy, osobiście dowodząc wojskiem i szarżując na wroga na czele tysięcy żądnych krwi żołnierzy.
Domyślacie się zapewne, co przytrafiało się faraonowi, który brał czynny udział w bitwie. Odnosił rany – i w przeciwieństwie do zwykłych żołnierzy nie mógł sobie pozwolić, by ktokolwiek się o tym dowiedział, ponieważ paradowanie w zakrwawionych królewskich szatach mogłoby nadszarpnąć jego wizerunek „króla-boga”[1]. Prawdopodobnie to właśnie dlatego Ramzes chciał mieć stale pod ręką spory zapas konopi indyjskich, które już w tamtych czasach ceniono za ich właściwości lecznicze. Naukowcy odkryli starożytny papirus, podręcznik medyczny z 1550 roku p.n.e., który zalecał stosowanie konopi w celu łagodzenia bólu i stanów zapalnych. Czy jest lepszy sposób na podtrzymanie swojej reputacji boga wśród ludzi, niż powrócić z wielotygodniowej kampanii wojennej, wyglądając przy tym równie krzepko i zdrowo, co w dniu, w którym wyruszyło się na wojnę?
Konopie indyjskie musiały być naprawdę skuteczne w leczeniu urazów, ponieważ Ramzes Wielki był jednym z najdłużej panujących faraonów w historii: rządził Egiptem przez sześćdziesiąt siedem lat i dożył co najmniej dziewięćdziesiątki. Nic więc dziwnego, że kiedy w końcu wybiła jego godzina, postanowił spakować trochę znakomitej medycznej marihuany do ceramicznego słoja i zabrać go ze sobą na tamten świat.

Część 1.
Starożytne eliksiry
Rozdział 1.
Wyrocznia delficka w halucynogennych oparach
Rozdział 2.
Faraon Ramzes II spragniony gandzi
Rozdział 3.
Aleksander Wielki był notorycznym pijakiem
Rozdział 4.
Qin Shi Huanga nieskuteczny przepis na nieśmiertelność
Rozdział 5.
Św. Jan Ewangelista na grzybowym haju
Rozdział 6.
Środek nasenny Marka Aureliusza
Część 2.
Średniowieczne odloty
Rozdział 7.
Haszaszyni, pobożni zabójcy na haju
Rozdział 8.
William Szekspir popalał trawkę
Część 3.
Kolonialny chaos
Rozdział 9.
Koszmarne zęby Jerzego Waszyngtona
Rozdział 10.
Andrew Jackson był wrednym, szurniętym, rasistowskim pijakiem o morderczych skłonnościach
Rozdział 11.
Andrew Johnson pił na umór
Część 4.
Wiktoriańska dekadencja
Rozdział 12.
Przerwany trip Samuela Taylora Coleridge’a
Rozdział 13.
Królowa Wiktoria, największa dilerka wszech czasów
Rozdział 14.
Papież, który umiłował wino kokainowe
Rozdział 15.
Fryderyk Nietzsche myślał, że jest Jezusem
Rozdział 16.
Vincent van Gogh jadł żółtą farbę
Rozdział 17.
Zygmunt Freud pomylił się co do kokainy
Część 5.
Wojenne otępienie
Rozdział 18.
Naćpany Adolf Hitler
Rozdział 19.
Bill W. brał LSD, żeby ujrzeć Boga
Rozdział 20.
Bardzo długi zły trip Jeana-Paula Sartre’a
Rozdział 21.
Richard Nixon chciał wysadzić świat bombą atomową
Rozdział 22.
John F. Kennedy zażywał najróżniejsze narkotyki
Rozdział 23.
Audie Murphy, prawdziwy Kapitan Ameryka
Część 6.
Showbiz blues
Rozdział 24.
Howard Hughes, naćpany miliarder
Rozdział 25.
Judy Garland, nastolatka szprycowana przez dorosłych
Rozdział 26.
Andy Warhol, wielbiciel mety
Rozdział 27.
Philip K. Dick pisał science fiction napędzany amfetaminą
Rozdział 28.
Johnny Cash walczył z demonami
Rozdział 29.
Elvis Presley był agentem antynarkotykowym
Część 7.
Kontrkulturowy zamęt
Rozdział 30.
Albert Hofmann przypadkowo odkrył LSD
Rozdział 31.
Aldousa Huxleya droga na skróty do oświecenia
Rozdział 32.
Jak CIA nieumyślnie stworzyła Unabombera
Rozdział 33.
Ken Kesey i próba kwasu w elektrycznej oranżadzie
Rozdział 34.
Timothy Leary, najniebezpieczniejszy człowiek w Ameryce
Rozdział 35.
Alexander Shulgin, pracownik DEA, który wynalazł 230 psychodelików
Rozdział 36.
Orkiestra Klubu Zjaranych Serc Sierżanta Blanta (vel The Beatles)
Część 8.
Współcześni mistycy
Rozdział 37.
Carl Sagan na astronomicznym haju
Rozdział 38.
Dock Ellis zaliczył no-hittera, będąc pod wpływem kwasu
Rozdział 39.
John McAfee był największym trollem na świecie
Rozdział 40.
Steve Jobs uwielbiał LSD i moczenie stóp w sedesie
https://www.insignis.pl/k...ie-pod-wplywem/

Jest to książka, jakby napisana ku pokrzepieniu serc tych, którzy nie rozumieją twórczości pisarzy SF, filozofów, mistyków.
Być może trzeba się nachlać, zjarać, żeby ich zrozumieć. ;D
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Pią Lut 27, 2026 09:27   

Cytat:
W XXI wieku w Wielkiej Brytanii codziennie będzie umierać jedna na 39 tys. osób – oznacza to, że w ciągu roku trzeba będzie się „zająć” ponad pół milionem ciał, czyli pochować je lub poddać kremacji. Liczba pomysłów na to, co można zrobić z martwym ciałem, zanim przebywanie w jego pobliżu stanie się trudne do zniesienia, jest dość ograniczona. Ludzkość wykorzystuje w tym celu od niepamiętnych czasów pięć tradycyjnych i generalnie akceptowanych praktyk. Po pierwsze, można zostawić je pod gołym niebem, pozwalając, by zajęli się nim lądowi i ptasi padlinożercy – metodę tę wciąż stosuje się w powietrznych pogrzebach tybetańskich. Po drugie, można oddać je rzece lub morzu, a organizmy zamieszkujące środowisko wodne odegrają wówczas tę samą rolę, co zwierzęta lądowe. Możemy też umieścić ciało nad ziemią, zamurowując je w mauzoleum czy podobnej budowli, na które to rozwiązanie decydowali się kiedyś bogacze. Czwartym sposobem jest pogrzebanie ciała w ziemi, gdzie jego rozkładem zajmą się bezkręgowce glebowe. Dysponując odpowiednim zezwoleniem, można je pochować właściwie w dowolnym miejscu, w tym także na prywatnej posesji, jeśli tylko nie ma ryzyka skażenia wód gruntowych. Wreszcie, ciało można też spalić, co obecnie uważa się za najszybsze i najbardziej higieniczne rozwiązanie, choć wzbudza ono obawy co do skażenia powietrza.
Chyba najbardziej ekstremalne rozwiązanie – które nie ma raczej współcześnie zwolenników i nie jest społecznie akceptowane – polega na zjedzeniu zwłok. Choć kanibalizm (antropofagia) obecna była w wielu kulturach, na terenie Wielkiej Brytanii nie ma prawie śladów tej praktyki. Jednym z wyjątków jest jaskinia Gough w Somerset, którą pod koniec epoki lodowcowej zamieszkiwali łowcy koni z Cheddar Gorge. Odnaleziono w niej pozostałości szkieletów z nacięciami sugerującymi oddzielanie mięsa od kości w celach konsumpcyjnych. Liczniejsze dowody na istnienie tych praktyk pochodzą z późniejszych stuleci i dotyczą kanibalizmu medycznego, który rozwinął się wskutek rozpowszechnionego wśród aptekarzy przekonania o mistycznych właściwościach ludzkich zwłok. W efekcie z różnych części ludzkiego ciała zaczęto przygotowywać mikstury na migrenę, suchoty, epilepsję czy ogólnie na wzmocnienie. Praktyka ta opierała się na koncepcji, zgodnie z którą jeśli śmierć dotknęła kogoś niespodziewanie, jego dusza i siła życiowa pozostawały uwięzione w ciele na tyle długo, że można było przejąć ich część, zjadając fragment rzeczonego ciała. Te „leki ze zwłok” sporządzano często ze zmielonych kości, wysuszonej krwi, wytopionego tłuszczu i innych równie mało smakowitych części.
Franciszkański aptekarz pozostawił nam nawet w 1679 roku przepis na dżem z krwi będący składnikiem rzekomo leczniczego specyfiku. Najpierw należało pozyskać krew świeżo zmarłego o temperamencie przeważająco „ciepłym i wilgotnym”, a najlepiej, by zmarły był „pulchnej budowy ciała”. Krew należało pozostawić, by skrzepła w „suchą, lepką masę”, a następnie wyłożyć na stół z miękkiego drewna i pociąć na plasterki, pozwalając, by resztki płynów oddzielające się od skrzepu swobodnie odpłynęły. Następnie dodawało się te lepkie kawałeczki do surowego ciasta i suszyło całość na piecu. Wciąż ciepłe, suche ciasto należało utrzeć w brązowym moździerzu na proszek, przesiewany w dalszej kolejności przez jedwabną chustę. Gotowy produkt zamykano w słoju i każdej wiosny szczyptę można było rozpuścić w świeżej, czystej wodzie i podawać jako napój wzmacniający.


https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4898915/co-mowia-zwloki-opowiesci-antropologa-sadowego



Cytat:
Czytelnicy Co mówią zwłoki być może przypominają sobie historię pewnego przestępcy, który się uparł, że rozpuścił ciało teściowej w mieszance octu i sody kaustycznej. Pięćdziesięciosześcioletnia ofiara imieniem Zaina, matka sześciorga dzieci, zniknęła bez śladu po odprowadzeniu do szkoły swojej najmłodszej córki. Policyjni śledczy wykryli jej krew w sypialni, na podeście schodów i w łazience. Kluczowym dowodem okazał się znaleziony u góry schodów krwawy odcisk palca należący do jej zięcia. Podczas przesłuchania przedstawił on liczne zadziwiające wyjaśnienia dotyczące jej zniknięcia i obecności krwi, między innymi wersję, w której uprowadzili ją dla okupu zamaskowani napastnicy.
W końcu przyznał, że Zaina nie żyje. Zaczął wyjaśniać, że zawsze dobrze się dogadywali, jednak feralnego dnia kobieta zaczęła go uwodzić. Kompletnie go to zniesmaczyło i, jak zeznał, popchnął ją, niestety trochę mocniej, niż chciał. Upadła i uderzyła głową o zagłówek łóżka; poleciała jej krew z nosa, nie ruszała się i było dla niego jasne, że zmarła. W panice zaciągnął jej ciało przez podest schodów do łazienki, ułożył w wannie i zaczął się zastanawiać, co począć dalej. Obawiając się, że nikt mu nie uwierzy, postanowił pozbyć się ciała. Podczas przesłuchania poprzedzonego ostrzeżeniem o odpowiedzialności karnej zeznał, że potem wyszedł z domu, kupił dużą ilość octu i sody kaustycznej, a po powrocie wylał je na ciało Zainy. Jak twierdził, jej zwłoki się rozpuściły, a on pozbył się ich przez odpływ.
Na tym właśnie etapie policja zgłosiła się do mnie z pytaniem, czy to, co opisał, jest możliwe. To była najwyższa pora, aby zakończyć te fantazyjne opowieści. Po pierwsze soda, którą można kupić w sklepie, ma za niskie stężenie, by mogła rozpuścić ciało, a już na pewno nie w czasie kilku godzin. Zmieszanie jej z octem spowodowałoby jedynie zobojętnienie roztworu, ocet bowiem jest kwasem, a soda wodorotlenkiem i po zmieszaniu obu substancji powstają octan sodu i woda. Soda nie jest może związkiem zbyt delikatnym, po polaniu ciała pojawiłyby się więc na nim miejscowe oparzenia, ale nic ponadto.
Wówczas podejrzany przedstawił kolejną historię. Jako chemik kariery by nie zrobił, ale miał całkiem sporo doświadczenia w innej dziedzinie. Pracował na część zmiany w restauracji przy rozbiorze tusz, miał też dorywczą pracę w kebabiarni. Domyślacie się już pewnie, jakie podejrzenia powzięła policja. Za pomocą narzędzia podobnego do tasaka i dzięki swoim całkiem sporym umiejętnościom rzeźniczym poćwiartował ciało Zainy w wannie jej własnego domu, zapakował w plastikowe torebki i ukrył za barem w kebabiarni. Wiemy o tym, bo znaleziono tam ślady jej krwi.
Tego samego dnia razem z bratem pokroili fragmenty ciała na drobne kawałki. Potem, jak zeznali, objechali miasto, podrzucając je do koszy przy innych barach z jedzeniem na wynos, skąd śmieciarze wywieźli je potem na wysypisko. Jak się domyślacie, w branży spożywczej wszczęto alarm na pełną skalę. Choć jednak sprawdzono odpadki przeznaczone do wywiezienia, a także samo wysypisko śmieci oraz przeznaczone na sprzedaż mięso zarówno w kebabiarni, jak i w restauracji, w których mężczyzna pracował, nie znaleziono dowodów potwierdzających, że Zainę spotkał opisany przez niego los. Trudno się pewnie dziwić, że budka z kebabami została zamknięta – choć jakiś czas później otwarto ją ponownie, już z nowym właścicielem, i o ile wiem, wciąż można tam zamówić kebab na wynos.

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4947003/co-mowia-kosci-ukryte-tajemnice-zbrodni
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Sob Lut 28, 2026 08:05   

Cytat:
Im więcej dowiadywałem się o psychologii władzy, tym bardziej rozumiałem, że władza jest jak narkotyk – i to taki z całym katalogiem skutków ubocznych. „Władza ma tendencję do niszczenia, a władza absolutna niszczy absolutnie”, powiedział brytyjski historyk Lord Acton w XIX wieku. Niewiele jest wypowiedzi, co do których psychologowie, socjologowie i historycy tak jednomyślnie się zgadzają[16].
Dacher Keltner nazywa to „paradoksem władzy”. Wyniki badań pokazują, że do jej sprawowania wybieramy najskromniejsze i najbardziej życzliwe osoby. Ale kiedy już znajdą się na szczycie, władza często uderza im do głów – i już nie tak łatwo ich jej pozbawić.
Wystarczy spojrzeć na naszych kuzynów: goryla i szympansa, aby zobaczyć, jak trudne może być obalenie przywódcy. W stadach goryli jest jeden srebrnogrzbiety samiec, który podejmuje wszystkie decyzje i ma wyłączny dostęp do haremu samic. Przywódcy szympansów również dokładają wszelkich starań, aby utrzymać się na szczycie, na pozycji zarezerwowanej dla samca, który jest najsilniejszy i tworzy najtrwalsze koalicje.
„Całe fragmenty Machiavellego wydają się mieć bezpośrednie zastosowanie do zachowań szympansów”, zauważa biolog Frans de Waal w swojej książce Chimpanzee Politics, opublikowanej na początku lat 80.[17] Samiec alfa – książę – przechadza się dumnie i manipuluje innymi, aby osiągnąć swoje cele. Jego zastępcy pomagają wszystko kontrolować, ale równie łatwo mogą zacząć spiskować, by wbić mu nóż w plecy.
Już od dziesięcioleci naukowcy wiedzą, że mamy 99 procent DNA wspólnego z szympansami. W 1995 roku zainspirowało to Newta Gingricha, ówczesnego przewodniczącego Izby Reprezentantów, do rozdania swoim kolegom dziesiątków egzemplarzy książki de Waala. Kongres USA nie różnił się zbytnio od kolonii szympansów. W najlepszym wypadku jego członkowie wkładali nieco więcej wysiłku w ukrycie swoich instynktów.
W owym czasie nie wszyscy wiedzieli, że ludzie mają wśród naczelnych jeszcze innego bliskiego krewnego, z którym również dzielą 99 procent DNA. Bonobo. Pierwszy raz Frans de Waal zobaczył jednego z nich na początku lat 70., kiedy gatunek ten był jeszcze znany pod nazwą „szympansa karłowatego”. Przez długi czas szympansy i bonobo były nawet uważane za ten sam gatunek[18].
Tymczasem bonobo jest zupełnie innym stworzeniem. W rozdziale 4 przekonaliśmy się, że małpy te udomowiły się tak samo jak Ludzkie Szczenię. Samice tego gatunku wydają się kluczem do tego procesu, ponieważ choć nie są tak silne jak samce, za każdym razem, gdy jedna z nich jest nękana przez płeć przeciwną, zwierają szeregi. W razie potrzeby odgryzają mu penis[19]. Dzięki tej równowadze sił samice bonobo mogą dobierać sobie facetów i ich wybór przeważnie pada na najsympatyczniejsze osobniki.
Jeśli jednak myślisz, że cała ta emancypacja sprawia, że życie seksualne staje się monotonne, to jesteś w głębokim błędzie: „Bonobo zachowują się tak, jakby przeczytały Kamasutrę”, pisze de Waal, „wypróbowując każdą pozycję i wariację, jaką można sobie wyobrazić”[20]. Kiedy dwie grupy bonobo spotykają się po raz pierwszy, często kończy się to orgią.

Zanim staniemy się zbyt entuzjastyczni, zaznaczmy: ludzie zdecydowanie nie są bonobo. Wciąż rosnąca liczba badań sugeruje jednak, że mamy o wiele więcej wspólnego z tymi towarzyskimi małpami niż z makiawelistycznymi szympansami. Przede wszystkim przez większą część historii ludzkości nasze systemy polityczne bardzo przypominały system bonobo. Wystarczy przypomnieć sobie taktykę członków plemienia !Kung (patrz rozdział 5): „Odmawiamy temu, kto się przechwala, bo pewnego dnia jego duma zmusi go do zabicia kogoś. Zawsze więc mówimy, że jego mięso jest bezwartościowe. W ten sposób chłodzimy jego serce i sprawiamy, że staje się delikatniejszy”.
Po analizie czterdziestu ośmiu badań dotyczących społeczeństw myśliwych i zbieraczy pewien amerykański antropolog stwierdził, że makiawelizm prawie zawsze doprowadzał do katastrofy. Dla zilustrowania tego oto kilka cech, które według niego, były potrzebne, abyś został wybrany na przywódcę w prehistorii. Musiałbyś być:
• hojny,
• odważny,
• mądry,
• charyzmatyczny,
• sprawiedliwy,
• bezstronny,
• godny zaufania,
• taktowny,
• silny,
• skromny[21].
Przywództwo wśród myśliwych-zbieraczy było tymczasowe, a decyzje podejmowała cała grupa. Każdy na tyle głupi, by zachowywać się tak, jak później opisywał to Machiavelli, ryzykował życie. Osoby samolubne i chciwe były wyrzucane z plemienia i bardzo często spotkała je śmierć głodowa. Przecież nikt nie chciał dzielić się jedzeniem z tymi, którzy byli pewni siebie!
Kolejną wskazówką sugerującą, że zachowanie ludzkie przypomina bardziej zachowanie bonobo niż szympansów, jest nasza wrodzona niechęć do nierówności. Poszukaj „awersji do nierówności” w Google Scholar, a znajdziesz ponad 10 tysięcy artykułów naukowych o tym pierwotnym instynkcie. Dzieci w wieku zaledwie trzech lat dzielą już ciasto po równo, a w wieku sześciu lat wolą wyrzucić jeden kawałek, niż pozwolić, aby jedna osoba miała większą porcję[22].
Nie powinniśmy jednak przesadzać z takimi werdyktami. Ludzkie Szczenię nie jest komunistą z natury. Psychologowie podkreślają, że nie przeszkadza nam niewielka nierówność, jeśli uważamy, że jest ona uzasadniona. Wszystko jest w porządku, dopóki świat wokół wydaje się sprawiedliwy. Jeśli potrafisz przekonać grupę, że jesteś mądrzejszy, lepszy lub godniejszy szacunku, to zostaniesz wybrany na przywódcę i nie będziesz musiał bać się sprzeciwu.
Wraz z pojawieniem się pierwszych osad i ze wzrostem nierówności wodzowie i królowie musieli zacząć uzasadniać to, że cieszyli się większymi przywilejami niż ich poddani. Innymi słowy, zaangażowali się w propagandę. Wodzowie plemion koczowniczych byli skromnymi ludźmi, ale później panujących ogarnęła pycha. Królowie ogłaszali, że rządzą według boskiego prawa lub że sami są bogami.
Oczywiście obecnie propaganda władzy jest bardziej subtelna, nie oznacza to jednak, że nie projektujemy już przeróżnych ideologii, które usprawiedliwiałyby, dlaczego niektóre jednostki „zasługują” na większą władzę, status lub bogactwo niż inne. Wciąż to robimy. W społeczeństwach kapitalistycznych mamy tendencję do posługiwania się argumentami dotyczącymi zasług. Jak jednak społeczeństwo decyduje o tym, kto ma największy dorobek? Jak można ustalić, kto wnosi największy wkład w dobro grupy? Bankierzy czy śmieciarze? Pielęgniarki czy tak zwani innowatorzy, którzy potrafią spojrzeć na dane zagadnienie z innej perspektywy? Im lepszą historię o sobie opowiadasz, tym większy dostajesz kawałek ciasta. Tak naprawdę na całą ewolucję cywilizacji można by patrzeć jako na historię władców, którzy bez przerwy wymyślali nowe uzasadnienia dla swoich przywilejów[23].

Ale dzieje się tu coś dziwnego. Dlaczego wierzymy w historie, które opowiadają nam nasi przywódcy?
Niektórzy historycy twierdzą, że jesteśmy naiwni – i to właśnie ta cecha może być naszą supermocą jako gatunku[24]. Teoria jest taka: jeśli chcesz, aby tysiące nieznajomych osób pracowały jak w zespole, musisz mieć coś, co utrzyma je razem. Trzeba to skleić czymś mocniejszym niż przyjaźń, ponieważ sieć społeczna Ludzkiego Szczenięcia – choć największa wśród wszystkich ssaków naczelnych – nie jest na tyle duża, by tworzyć miasta czy państwa.
Zazwyczaj nasze kręgi społeczne liczą nie więcej niż około stu pięćdziesięciu osób. Naukowcy ustalili taki limit w latach 90. XX wieku, kiedy to dwóch amerykańskich badaczy poprosiło grupę ochotników, aby wymienili wszystkich przyjaciół i członków rodziny, do których wysłali kartki świąteczne. Przeciętnie było to sześćdziesiąt osiem gospodarstw domowych, w których mieszkało około stu pięćdziesięciu osób.
Jeśli zaczniesz szukać, ta liczba pojawi się wszędzie. Od rzymskich legionów do pobożnych kolonistów i od korporacyjnych znajomych z pracy do naszych prawdziwych przyjaciół na Facebooku: ten magiczny próg pojawia się wszędzie, sugerując, że ludzki mózg nie jest odpowiednio wyposażony do żonglowania liczbą relacji przekraczającą sto pięćdziesiąt[25].
Problem polega na tym, że podczas gdy stu pięćdziesięciu gości utworzy świetną imprezę, to jest to zdecydowanie za mało osób, aby zbudować piramidę lub wysłać rakietę na Księżyc. Projekty na taką skalę wymagają współpracy w znacznie większych grupach, dlatego liderzy musieli nas do tego zachęcać.
Jak? Mitami. Nauczyliśmy się wyobrażać sobie więzi z ludźmi, których nigdy nie spotkaliśmy. Religie, państwa, firmy, narody – wszystkie one naprawdę istnieją tylko w naszych umysłach, w narracjach, które opowiadają nasi przywódcy i my sami. Nikt nigdy nie spotkał się z „Francją” ani nie uścisnął ręki „Kościołowi rzymskokatolickiemu”. Nie ma to jednak znaczenia, o ile zgodzimy się zaakceptować fikcję.

Najbardziej oczywistym przykładem takiego mitu jest oczywiście Bóg. Lub – jeśli wolisz – pierwowzór Wielkiego Brata. Już jako nastolatek zastanawiałem się, dlaczego chrześcijański Stwórca, z którym dorastałem, tak bardzo troszczył się o ludzi i ich prozaiczne czyny. Nie wiedziałem wtedy, że nasi koczowniczy przodkowie mieli zupełnie inną koncepcję i że ich bogowie nie interesowali się szczegółami ziemskiej egzystencji (patrz rozdział 5).
Pytanie brzmi: skąd wzięła się ta wiara we wszechmogącego Boga? I Boga rozgniewanego ludzkimi grzechami? Ostatnio naukowcy opracowali fascynującą teorię. Aby ją zrozumieć, musimy cofnąć się do rozdziału 3, gdzie dowiedzieliśmy się, że w oczach Ludzkiego Szczenięcia jest coś wyjątkowego. Dzięki białkom otaczającym tęczówki możemy określić, na kogo lub na co skierowany jest wzrok innych. W ten sposób mamy niejako wgląd w umysły bliźnich, co jest niezbędne do budowania więzi zaufania.
Kiedy zaczęliśmy mieszkać razem w dużych grupach u boku tysięcy obcych ludzi, wszystko się zmieniło. Dosłownie straciliśmy siebie z oczu. Nie ma możliwości nawiązania kontaktu wzrokowego z tysiącami, dziesiątkami tysięcy czy milionem pobratymców, tak więc nasza wzajemna nieufność zaczęła rosnąć. Coraz częściej podejrzewaliśmy innych o żerowanie na społeczności: podczas gdy jedni harują, inni oddają się lenistwu.
Tak więc władcy potrzebowali kogoś, kto pilnowałby mas. Kogoś, kto wszystko słyszał i wszystko widział. Wszystkowidzące Oko. Boga.
To nie przypadek, że nowi władcy naszych dusz byli mściwymi typami[26]. Bóg stał się super-Lewiatanem, szpiegującym wszystkich dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Myśli też nie były bezpieczne. „Nawet włosy na waszej głowie są policzone”, mówi nam Biblia w Ewangelii św. Mateusza 10:30. To była ta wszechwiedząca istota, która odtąd czuwała z niebios, nadzorując, obserwując i – w razie potrzeby – uderzając.

Mity były kluczem do pomocy rasie ludzkiej i naszym przywódcom w zrobieniu czegoś, czego nigdy wcześniej nie zrobił żaden gatunek. Umożliwiły nam współpracę na masową skalę z milionami obcych ludzi.
Co więcej, teoria ta mówi dalej, że to właśnie z tych wielkich mocy produkcyjnych powstały wielkie cywilizacje. Judaizm i islam, nacjonalizm i kapitalizm – wszystkie te elementy są wytworem naszej wyobraźni. „Wszystko kręciło się wokół opowiadania historii”, pisze izraelski historyk Yuval Noah Harari w swojej książce Sapiens. Od zwierząt do bogów, „i przekonywania ludzi, by w nie uwierzyli”[27].
To urzekająca teoria, ale ma jedną wadę.
Ignoruje ona 95 procent ludzkiej historii.
Tak się składa, że już nasi koczowniczy przodkowie przekroczyli ten magiczny próg stu pięćdziesięciu przyjaciół[28]. Oczywiście, polowaliśmy i gromadziliśmy się w małych grupach, ale te grupy regularnie wymieniały się swoimi członkami, dzięki czemu staliśmy się częścią sieci zapładniających się krzyżowo Ludzkich Szczeniąt. Widzieliśmy to w rozdziale 3 wśród takich plemion jak Aché w Paragwaju czy Hadza w Tanzanii, których członkowie spotykają się w ciągu swojego życia z ponad tysiącem ludzi[29].
Prehistoryczni ludzie mieli też bogatą wyobraźnię. Od zawsze wymyślaliśmy genialne mity, które przekazywaliśmy sobie z pokolenia na pokolenie i które wspomagały współpracę między wieloma osobami naraz. Przykładem tego jest najstarsza na świecie świątynia w Göbekli Tepe (patrz rozdział 5), zbudowana dzięki wspólnemu wysiłkowi tysięcy osób.
Jedyna różnica polega na tym, że w prehistorii mity te były mniej trwałe. Wodzowie mogli szybko zostać pozbawieni władzy, a pomniki obalone. Jak zauważyli Graeber i Wengrow:

Zamiast trwać bezczynnie w pierwotnej niewinności do czasu, gdy dżin nierówności nie zostanie w jakiś sposób wypuszczony, nasi prehistoryczni członkowie wydają się z powodzeniem otwierać i zamykać butelkę regularnie, ograniczając nierówność do rytualnych dramatów kostiumowych, budując bogów i królestwa tak, jak to robili ze swoimi pomnikami, a potem radośnie je rozbierając[30].

Przez tysiące lat mogliśmy sobie pozwolić na sceptyczne podejście do opowiadanych nam historii. Gdy jakiś krzykacz wstał i ogłosił, że został namaszczony ręką Boga, można było to zlekceważyć. Jeśli taka osoba zaczynała się naprzykrzać, prędzej czy później dostawała strzałę w plecy. Ludzkie Szczenię było przyjazne, nie naiwne.
Wszystko zmieniło się dopiero po pojawieniu się armii i ich dowódców. Spróbuj stanąć twarzą w twarz z siłaczem, który obdarł ze skóry, spalił żywcem lub poćwiartował wszystkich swoich przeciwników. Nie miałbyś już ochoty na jawne krytykowanie takiego człowieka. „To jest powód”, napisał Machiavelli, „dla którego wszyscy uzbrojeni prorocy zwyciężyli, a wszyscy nieuzbrojeni prorocy upadli”.
Od tego momentu bogowie i królowie nie byli już tak łatwo usuwalni. Niepopieranie mitu mogło się teraz okazać tragiczne w skutkach. Jeśli wierzyłeś w złego boga, musiałeś zachować to dla siebie. Jeśli wierzyłeś, że państwo narodowe jest głupią iluzją, mogło cię to kosztować głowę. „Przydatne jest”, radził Machiavelli, „zorganizowanie spraw tak, aby kiedy [ludzie] przestaną wierzyć, można było zmusić ich do uwierzenia siłą”[31]. Można by pomyśleć, że przemoc nie stanowi już dużej części tego równania – przynajmniej nie w uporządkowanych demokracjach z ich nudną biurokracją. Nie popełnij jednak błędu: zagrożenie przemocą nadal jest wszechobecne[32].


https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4937888/homo-sapiens-ludzie-sa-lepsi-niz-myslisz
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Śro Mar 04, 2026 07:15   

Cytat:
Żyjemy w epoce zadziwiającego rozkwitu popularnej psychologii. „Każdego dnia docierają do nas miriady informacji dających nam do zrozumienia, że szczęśliwsze, bogatsze i bardziej udane życie jest tuż za rogiem. Kwitnie wart wiele milionów dolarów przemysł stadionowych guru, bestsellerów, czasopism i poradników motywacyjnych mówiących nam, jak być bardziej szczęśliwymi, szczuplejszymi, bogatszymi i w ogóle lepszymi ludźmi”. Autor tej książki postanowił rozprawić się z kreowanymi przez ową branżę popularnymi mitami na temat szczęścia i samodoskonalenia oraz oferowanymi przez nią fałszywymi nadziejami. Wiele tych rzekomych mądrości, jak się okazuje, nie tylko nie przynosi obiecywanych dobrodziejstw, ale w niektórych sytuacjach po prostu nam szkodzi. Książka ta jest zachętą do samodzielnego myślenia o własnym życiu. Można też w niej znaleźć sugestię, że nie wszystko musimy w sobie zmieniać, naprawiać, doskonalić – czasem lepiej zostać takim, jakim się jest.

Mit 1. Źródłem wszystkich twoich problemów jest niskie poczucie własnej wartości
Mit 2. Uwolnij swoje uczucia!
Mit 3. Tak naprawdę liczy się tylko inteligencja emocjonalna
Mit 4. Niech twoje cele prowadzą cię do sukcesu!
Mit 5. Nikt nie może cię zmusić do jakichkolwiek uczuć
Mit 6. Myśl pozytywnie i zwyciężaj!
Mit 7. Musimy porozmawiać...
Mit 8. Rozwiązaniem każdego problemu jest terapia poznawczo-behawioralna
Mit 9. Nigdy dość asertywności
Mit 10. Mężczyźni i kobiety żyją na różnych planetach
Mit 11. Twoje wewnętrzne dziecko chce, aby je przytulić
Mit 12. Wszystkiego można się nauczyć
Mit 13. Rozwiąż swoje problemy
Mit 14. Jesteś silniejszy, niż ci się wydaje
Mit 15. Jesteś panem świata!
Mit 16. Nie ma niepowodzeń, są tylko informacje zwrotne
Mit 17. To wszystko wina twoich rodziców
Mit 18. Możesz uzdrowić swoje ciało
Mit 19. Kontrolujesz swoje życie
Mit 20. Szczęście małżeńskie, czyli dawaj i bierz
Mit 21. Odkryj prawdziwego siebie!
Mit 22. Liczy się każda chwila
Mit 23. Musimy walczyć o szczęście

"Psychobzdury. Jak mity popularnej psychologii mieszają nam w głowach" - Stephen Briers
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Nie Mar 08, 2026 07:37   

Znowu Tim Noakes. Teraz jeden z tych, którzy propagują low carb, ale mniej znany, bo jest skromnym, sympatycznym naukowcem.
Wydał dawno temu książkę "Lore Of Running".
W dalszej części rozdziału jest więcej jego ciekawych spostrzeżeń z zakresu fizjologii sportu.
Cytat:
Tim Noakes, fizjolog sportu z Uniwersytetu Kapsztadzkiego, nie kłania się autorytetom. Obalanie dogmatów ma we krwi - zdarza się, że przy okazji zdobywa nieprzyjaciół, ale za to ratuje życie sportowcom.
Na przykład w latach osiemdziesiątych Noakes przeprowadził badania, w trakcie których wyszła na jaw epidemia poważnych urazów szyi wśród południowoafrykańskich zawodników rugby. Kiedy wyniki badań ukazały się drukiem, zaciekle próbowano je obalić, ale z czasem zmieniono reguły gry zgodnie z wytycznymi Noakesa. Następnie zaczął dociekać, dlaczego tak wielu maratończyków przeżywa załamanie podczas wyścigu. Doszedł do wniosku, że przyczyną nie jest, wbrew powszechnemu mniemaniu, odwodnienie, lecz przeciwnie: zbyt duża ilość wypijanych płynów. Według Noakesa, oficjalne zalecenie dla biegaczy - że powinni wypijać około półtora litra płynów na godzinę - powoduje zatrucie organizmu.
Amerykańscy specjaliści, pod naciskiem lobby przemysłu napojów dla sportowców, odrzucili wnioski Noakesa. Oficjalne wytyczne zmieniono dopiero po tym, jak trzynaście procent uczestników maratonu bostońskiego w 2002 roku uległo zatruciu wodnemu, a jeden biegacz zmarł.
"Ze starcia z amerykańskim przemysłem napojów dla sportowców przynoszącym miliardy dolarów rocznie wyniosłem taką naukę, że wiedzę medyczną można równie dobrze nagiąć, aby służyła czysto merkantylnym interesom, jak wykorzystać ją dla dobra ludzkości".  
Nie powinno zatem dziwić, że Noakes poświęcił wiele lat na krytykę jednego z najbardziej podstawowych założeń fizjologii. Interesowało go zagadnienie zmęczenia, jako że sam był sportowcem.


https://lubimyczytac.pl/ksiazka/3922973/lek-nauka-o-wplywie-umyslu-na-cialo
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Wto Mar 10, 2026 07:54   

O cie florek. Samym śniadaniem wyrobiłem normę białka na dwa dni.

Cytat:
Ile zatem białka naprawdę potrzebujesz? Większość zaleceń w tym zakresie opiera się nie na całkowitej masie ciała, lecz na beztłuszczowej masie ciała (LBM), której ocena wymaga wielu skomplikowanych obliczeń. Najprościej mówiąc, z czym zgadzam się z doktorem Valterem Longo z Uniwersytetu Południowej Kalifornii, organizm człowieka wymaga tylko 0,37 grama białka na kilogram masy ciała14. Mężczyzna ważący siedemdziesiąt kilogramów potrzebuje zatem około 26 gramów białka dziennie, natomiast kobieta ważąca pięćdziesiąt siedem kilogramów – około 21 gramów. Abyś mógł to sobie uzmysłowić, podam kilka praktycznych przykładów: 20 gramów białka zaczerpniesz z jednej porcji odżywki białkowej, dwóch i pół jajek, batonu Quest, 60–85 gramów ryby lub kurczaka, połowy puszki tuńczyka, puszki sardynek albo 120 gramów mięsa krabowego. Najlepszym sposobem na określenie wielkości spożycia białka zwierzęcego jest kierowanie się zasadą „jedna porcja wystarczy”, co oznacza po prostu jedzenie jednej 85-gramowej porcji dziennie.

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5040114/roslinne-klamstwo-dlaczego-pozornie-zdrowe-owoce-i-warzywa-moga-byc-szkodliwe-dla-zdrowia
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Śro Mar 11, 2026 12:47   

Cytat:
W chwili narodzin Chrystusa państwo rzymskie obejmowało cały basen śródziemnomorski i dotykało Atlantyku na zachodzie oraz linii Dunaju i Renu na północy. Dalej panowali już niepodzielnie Germanie, zajmujący część wyżyn środkowej Europy i prawie całą Nizinę Wschodnioeuropejską, największą z czterech głównych krain geograficznych (patrz mapa 1). O jednolitości tego ogromnego obszaru decyduje jednak struktura geologiczna, a nie demograficzna. Dominują w nim ciężkie, gliniaste gleby, ale wyraźne różnice klimatyczne między poszczególnymi regionami - odbijające się w odmiennym charakterze pór roku i w poziomie żyzności ziemi - powodują, że ich potencjał agrarny nie jest jednakowy Część zachodnia, a szczególnie południowa Anglia, północna Francja i Beneluks, jest pod wpływem klimatu morskiego z łagodną zimą, chłodnym latem i dużą średnią opadów. Jedną z nierozwiązanych zagadek historii pozostaje pytanie, dlaczego to akurat Anglicy wymyślili krykieta - jedyny sport, którego nie da się uprawiać w deszcz.

Fajfokloki ;D

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/74657/imperia-i-barbarzyncy-migracje-i-narodziny-europy
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Pon Mar 23, 2026 11:13   

Cytat:
"Niezwykłe dzieje wielkich wynalazków" - Tymoteusz Pawłowski


Cytat:
Co może łączyć emancypację kobiet, „Wesele” Wyspiańskiego i prapoczątki ruchu nazistowskiego? To zaskakujące, ale wspólnym ogniwem jest … rower?

Dlaczego to Edison był prawdziwym geniuszem i dobroczyńcą ludzkości a Tesla tylko działającym na wyobraźnię fantastą?

Jak windy i klimatyzacja potrafiły odwrócić piramidę społeczną?
Najnowsza książka znanego popularyzatora historii, Tymoteusza Pawłowskiego, pokazuje jak wynalazki zmieniły świat: produkcję przemysłową, wypoczynek pracowników, moralność i obyczaje, medycynę, sztukę i rozrywkę.
Gdy skończyła się I wojna światowa, fabryki błyskawicznie znalazły rozwiązanie jak wykorzystać zapasy indywidualnych pakietów opatrunkowych wyprodukowanych dla wojska: prasa kobieca na całym świecie została natychmiast zalana reklamami podpasek jednorazowych.
Oszałamiająca kariera radia, telewizji i telefonii komórkowej.
Dlaczego to nie średniowiecze było erą brudu i ubóstwa, tylko wiek XIX - złoty wiek kapitalizmu?
Dlaczego Nobel został zmuszony do ufundowania nagrody swego imienia?
Czy to prawda, że Eiffel nie zaprojektował słynnej wieży a Fleming nie wynalazł penicyliny?
Porywająca opowieść o możliwościach wyobraźni człowieka - o pomysłach, które przeobrażają się w różnych epokach i zaczynają służyć innym, nowym celom.

Niepoprawna politycznie gawęda obalająca historyczne mity i legendy marketingowe wielkich korporacji. Kopalnia ciekawostek i zaskakujących konkluzji.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Pon Mar 23, 2026 11:14, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Witold Jarmolowicz 
Site Admin

Pomógł: 57 razy
Dołączył: 06 Sie 2007
Posty: 10198
Wysłany: Pon Mar 23, 2026 19:34   

Cytat:
Najprościej mówiąc, z czym zgadzam się z doktorem Valterem Longo z Uniwersytetu Południowej Kalifornii, organizm człowieka wymaga tylko 0,37 grama białka na kilogram masy ciała14. Mężczyzna ważący siedemdziesiąt kilogramów potrzebuje zatem około 26 gramów białka dziennie, natomiast kobieta ważąca pięćdziesiąt siedem kilogramów – około 21 gramów.

Może gość wyliczył takie zapotrzebowanie na białko z menu szympansów? One jedzą głównie owoce i czasem upolują jakąś gerezę, koczkodana lub małą antylopę.
Z kolei goryle nie są wyłącznie roślinożerne, bo w ich kupach znaleziono też materiał genetyczny pochodzący od małych antylop. :-x
JW
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Wto Mar 24, 2026 09:34   

Witold Jarmolowicz napisał/a:
Cytat:
Najprościej mówiąc, z czym zgadzam się z doktorem Valterem Longo z Uniwersytetu Południowej Kalifornii, organizm człowieka wymaga tylko 0,37 grama białka na kilogram masy ciała14. Mężczyzna ważący siedemdziesiąt kilogramów potrzebuje zatem około 26 gramów białka dziennie, natomiast kobieta ważąca pięćdziesiąt siedem kilogramów – około 21 gramów.

Może gość wyliczył takie zapotrzebowanie na białko z menu szympansów? One jedzą głównie owoce i czasem upolują jakąś gerezę, koczkodana lub małą antylopę.
Z kolei goryle nie są wyłącznie roślinożerne, bo w ich kupach znaleziono też materiał genetyczny pochodzący od małych antylop. :-x
JW


Na szczęście to książka, przez którą trudno przebrnąć, więc niewiele osób skorzysta z tych rad.
A choćby nawet, to autor promuje odwrócony darwinizm, więc ogół społeczeństwa nic nie straci.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Czw Mar 26, 2026 14:06   

Cytat:
Relatywistyczna piłka baseballowa
Co by się stało, gdybyśmy rzucili piłką do baseballu z prędkością wynoszącą 90 procent prędkości światła?
Ellen McManis
Pomińmy pytanie, w jaki sposób nadalibyśmy piłce baseballowej tak dużą prędkość. Załóżmy, że jest to normalny rzut, ale po wypuszczeniu piłki przez miotacza w magiczny sposób przyspiesza ona do 90 procent prędkości światła. Od tego momentu wszystko przebiega zgodnie z prawami fizyki.

ODPOWIEDŹ BRZMI: wydarzyłoby się wiele rzeczy, które działyby się bardzo szybko, a wszystko skończyłoby się źle dla pałkarza (lub dla miotacza). Zasiadłem sobie z książkami do fizyki, kolekcjonerską figurką Nolana Ryana oraz stertą kaset wideo z nagraniami wybuchów jądrowych i spróbowałem rozwiązać ten problem. Poniżej przedstawiam wam rezultat mojej pracy nanosekunda po nanosekundzie.
Piłka leciałaby tak szybko, że wszystko inne pozostawałoby praktycznie nieruchome, nawet cząsteczki powietrza. Poruszają się one z prędkością około tysiąca kilometrów na godzinę, ale nasza piłka pędziłaby przez nie z prędkością ponad 970 milionów kilometrów na godzinę. Oznacza to, że w stosunku do piłki pozostawałyby one w miejscu jak zamrożone.
Zasady aerodynamiki nie miałyby w tym przypadku zastosowania. Normalnie powietrze opływa wszystko, co się w nim porusza. Jednak cząsteczki powietrza przed naszą piłką nie miałyby czasu, żeby usunąć jej się z drogi. Piłka uderzyłaby w nie tak mocno, że nastąpiłaby fuzja jąder atomów wchodzących w skład cząsteczek powietrza z jądrami atomów z powierzchni piłki. Rezultatem każdego zderzenia byłby rozbłysk gamma i emisja różnych cząstek. Promienie gamma i cząstki rozprzestrzeniałyby się na zewnątrz w bańce, której środkiem byłaby górka ze stojącym miotaczem. Zaczęłyby one rozbijać cząsteczki powietrza, odrywając elektrony od jąder i zamieniając powietrze na stadionie w rozszerzającą się bańkę rozżarzonej plazmy. Ścianka tej bańki zbliżałaby się do pałkarza z prędkością bliską prędkości światła – tylko trochę szybciej od samej piłki.
Ciągła fuzja jądrowa zachodząca na przedniej ściance piłki wywierałaby na nią nacisk i spowalniała jej lot, tak jakby była ona rakietą lecącą tyłem naprzód z włączonymi silnikami. Niestety, piłka poruszałaby się tak szybko, że nawet olbrzymia siła pochodząca z wybuchu termojądrowego prawie nie zmieniłaby jej prędkości. Siła ta zaczęłaby jednak „zjadać” powierzchnię piłki, wyrzucając jej malutkie fragmenty we wszystkich kierunkach. Kawałeczki te pędziłyby tak szybko, że w zderzeniu z cząsteczkami powietrza wywołałyby jeszcze dwa lub trzy cykle fuzji jądrowej.
Po około 70 nanosekundach piłka dotarłaby do bazy domowej. Pałkarz nie zobaczyłby nawet miotacza wyrzucającego piłkę, ponieważ informacja ta dotarłaby do niego w tym samym czasie co sama piłka. Zderzenia z cząsteczkami powietrza „zjadłyby” ją prawie całkowicie, byłaby to już tylko chmura rozszerzającej się plazmy w kształcie pocisku (składająca się głównie z węgla, tlenu, wodoru i azotu), rozbijająca powietrze i powodująca w ten sposób kolejne cykle fuzji jądrowej. Najpierw w pałkarza uderzyłoby promieniowanie rentgenowskie, a nanosekundy później oberwałby on rozproszonymi resztkami piłki.
W chwili gdy fala promieniowania rentgenowskiego dotarłaby do bazy domowej, środek chmury plazmy poruszałby się nadal z prędkością bliską prędkości światła. Uderzyłaby ona najpierw w kij, a następnie pałkarz, baza oraz łapacz zostaliby przez nią porwani, przelecieliby przez siatkę ochronną i ulegli dematerializacji. Fala promieniowania rentgenowskiego i plazma rozprzestrzeniałyby się na zewnątrz oraz w górę. W pierwszej mikrosekundzie pochłonęłyby siatkę ochronną, oba zespoły, trybuny i całe otoczenie.
Załóżmy, że oglądalibyśmy to wszystko ze wzgórza poza miastem. Najpierw zobaczylibyśmy oślepiające światło, dużo jaśniejsze od Słońca. Przygasłoby ono w ciągu kilku sekund, a powiększająca się kula ognia zamieniłaby się w chmurę w kształcie grzyba atomowego.
Następnie usłyszelibyśmy ogłuszający huk wybuchu wyrywającego drzewa z korzeniami i niszczącego domy.
Wszystko w promieniu około 1,5 kilometra od kompleksu sportowego zostałoby zrównane z ziemią, a morze ognia pochłonęłoby miasto. Boisko do baseballu, które stałoby się tymczasem znacznych rozmiarów kraterem, znalazłoby się kilkaset metrów od miejsca, w którym wcześniej znajdowała się siatka ochronna. Zasada 6.08(b) obowiązująca w Major League Baseball mówi, że w takiej sytuacji pałkarza uznaje się za dotkniętego przez piłkę i ma on prawo przejść do pierwszej bazy.

"What if? A co gdyby? Naukowe odpowiedzi na absurdalne i hipotetyczne pytania" - Randall Munroe
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Czw Mar 26, 2026 14:07, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Pią Mar 27, 2026 07:40   

Cytat:
Mit i sen.

Bez względu na to, czy przysłuchujemy się z chłodnym rozbawieniem przypominającemu senne majaczenia bełkotowi jakiegoś czarownika o przekrwionych oczach gdzieś w Kongo, czy czytamy ze świadczącym o naszej wyrafinowanej kulturze zachwytem marne tłumaczenia sonetów Lao-tse, czy — co zdarza się od czasu do czasu — udaje się nam przebić przez twardą skorupę wywodów Świętego Tomasza z Akwinu lub pojąć nagle wspaniałe znaczenie dziwnej bajki eskimoskiej, zawsze odnajdujemy jedną i tę samą, zmieniającą kształt, lecz cudownie przy tym stałą opowieść, która wywołuje nieodparte wrażenie, że doświadczyć można znacznie więcej, niż kiedykolwiek da się poznać czy opowiedzieć.

Wszędzie tam, gdzie żyli ludzie, zawsze i w każdych okolicznościach kwitły mity. Były one nieustającą inspiracją dla wszelkich ludzkich poczynań w sferze materialnej i duchowej. Nie byłoby zbytnią przesadą stwierdzenie, że mit jest tajemnym otworem, przez który wpływa niewyczerpana energia kosmosu, napełniając wytwory ludzkiej kultury. Religia, filozofia, sztuka, prehistoryczne i historyczne formy organizacji społeczeństwa, szczytowe osiągnięcia nauki i techniki, widzenia senne — wszystko to wywodzi się z magicznego kręgu mitu.

Zadziwiające jest to, że owa charakterystyczna moc poruszania i budzenia naszych głęboko ukrytych sił twórczych tkwi w najprostszej bajce dla dzieci, tak jak w kropli wody zawarty jest ocean lub w jaju pchły cała tajemnica życia. Jest tak dlatego, że symbole mitologiczne nie są produktami celowej pracy ludzkiej, nie można ich bowiem wynaleźć, zamówić, ani na zawsze zniszczyć, lecz spontanicznymi wytworami naszej psychiki i w każdym z nich kryje się, niczym w zarodku, potęga źródła, które je wydało.

Na czym polega tajemnica owej ponadczasowej wizji? Z jakich głębi umysłu się wywodzi? Dlaczego, mimo różnych przebrań, mitologia jest wszędzie ta sama? Czego uczy?
W obecnych czasach wiele nauk bada tę zagadkę, przyczyniając się w ten sposób do jej rozwiązania. Archeolodzy penetrują ruiny w Iraku, Honanie, na Krecie i półwyspie Jukatan. Etnolodzy wypytują Ostiaków znad Obu i Bubów z Fernando Po o ich zwyczaje i wierzenia. Pokolenie orientalistów otworzyło przed nami święte księgi Wschodu i odkryło prehebrajskie źródła naszego własnego Pisma Świętego. A tymczasem inna armia uczonych, kontynuując rozpoczęte w minionym stuleciu badania w dziedzinie psychologii ludowej, stara się ustalić psychologiczne podstawy języka, mitu, religii, sztuki i kodeksów moralnych.
Najbardziej zadziwiające są jednak rewelacje, które docierają ze szpitali dla psychicznie chorych. Śmiałe i naprawdę epokowe dzieła psychoanalityków są niezbędną lekturą dla badacza mitologii, bowiem — bez względu na to, co można sądzić o szczegółowych i niekiedy sprzecznych interpretacjach poszczególnych przypadków i problemów — Freud, Jung i ich następcy udowodnili niezbicie, że logika, bohaterowie mitu i ich czyny przetrwały do czasów współczesnych. Z braku ogólnie przyjętej mitologii każdy z nas ma swój prywatny, nierozpoznany, szczątkowy, ale posiadający tajemną moc, panteon snów. Ostatnie wcielenie Edypa, ciąg dalszy romansu Pięknej i Bestii stoją dziś na rogu Czterdziestej Drugiej Ulicy i Piątej Alei, czekając na zmianę sygnalizacji świetlnej.
„Śniło mi się” — napisał młody Amerykanin do autora stałej rubryki drukowanej w wielu gazetach jednocześnie — że naprawiam dach w naszym domu. Nagle usłyszałem z dołu głos wołającego mnie ojca. Odwróciłem się gwałtownie, żeby go lepiej słyszeć, i w tym momencie wypadł mi z ręki młotek, zsunął się po stromym dachu i zniknął za jego krawędzią. Usłyszałem ciężkie, głuche uderzenie, jakby odgłos padającego ciała.
Straszliwie przerażony zszedłem po drabinie na ziemię. Leżał tam mój ojciec. Był martwy, a cała jego głowa była zbroczona krwią. Byłem załamany. Szlochając, zacząłem wzywać matkę. Wyszła z domu i objęła mnie. „Nie przejmuj się, synu — powiedziała — to był wypadek. Wiem, że będziesz troszczył się o mnie teraz, gdy go zabrakło”. Kiedy mnie całowała, obudziłem się.
Jestem najstarszym dzieckiem w rodzinie i mam dwadzieścia trzy lata. Od roku żyję w separacji z żoną; jakoś nie układało nam się razem. Bardzo kocham oboje rodziców i nigdy nie miałem żadnych problemów w stosunkach z ojcem, jeśli nie liczyć tego, że namawiał mnie, żebym wrócił do żony, mówiąc, że bez niej nie będę szczęśliwy. A tego nigdy nie zrobię.

Zawiedziony mąż ujawnia tutaj z naprawdę rozbrajającą niewinnością, że zamiast wykorzystać swą energię duchową dla rozwiązania problemów własnego małżeństwa, pielęgnował w jakimś ukrytym zakamarku wyobraźni wspomnienie dramatycznej niegdyś, ale teraz absurdalnie anachronicznej sytuacji, a mianowicie pierwszego i jedynego przypadku emocjonalnego zaangażowania się — uwikłania w tragikomiczny trójkąt w scenerii pokoju dziecinnego, rywalizacji z ojcem o miłość matki. Najwidoczniej najbardziej trwałymi skłonnościami ludzkiej psychiki są te, które wynikają z faktu, że najdłużej spośród wszystkich zwierząt trzymani jesteśmy przy matczynej piersi. Ludzie rodzą się zbyt wcześnie, nie będąc gotowi zmierzyć się ze światem. Skutkiem tego ich jedyną obroną przed pełnym niebezpieczeństw wszechświatem jest matka, pod której opiekuńczą osłoną dochodzi do swoistego przedłużenia okresu życia płodowego. Stąd też zależne od matki dziecko i jego matka tworzą przez wiele miesięcy po katastrofie, jaką są narodziny, podwójną jednostkę, i to nie tylko fizycznie, ale też psychicznie. Każda dłuższa nieobecność rodzicielki wytwarza u niemowlęcia napięcie i w konsekwencji staje się bodźcem wywołującym agresję. Reakcje agresywne pojawiają się również wtedy, kiedy matka musi poskromić dziecko. A zatem pierwszy przedmiot wrogości dziecka jest tożsamy z pierwszym obiektem jego miłości, a jego pierwszym ideałem (który później staje się nieświadomą podstawą wszystkich wyobrażeń rozkoszy, piękna i doskonałości) jest dwoista jedność Madonny i dzieciątka.
Nieszczęsny ojciec jest sprawcą pierwszego bezwzględnego wtargnięcia innego porządku rzeczy w błogostan owego ziemskiego przedłużenia wspaniałej sytuacji z łona matki, a zatem jest on postrzegany przede wszystkim jako wróg. Na niego przenoszona jest agresja, która pierwotnie skierowana była na „złą”, czyli nieobecną, matkę, natomiast przedmiotem pożądania związanego z „dobrą”, czyli obecną, karmiącą i chroniącą matką pozostaje (normalnie) ona sama. Ów brzemienny w skutki rozdział popędu śmierci (thanatos: destrudo) i miłości (eros: libido), który następuje w okresie niemowlęcym, jest podstawą powstawania słynnego już kompleksu Edypa, który Zygmunt Freud prawie pięćdziesiąt lat temu uznał za główną przyczynę tego, iż jako dorośli nie zachowujemy się racjonalnie. Jak pisze Freud: „Król Edyp, który zabił swego ojca, Lajosa i pojął za żonę Jokastę, własną matkę, to postać ucieleśniająca nasze życzenia z dzieciństwa. O ile jednak nie zostaliśmy psychoneurotykami, spotyka nas szczęśliwszy los — możemy oderwać nasze pobudki seksualne od matek, umiemy zapomnieć o zazdrości wobec naszych ojców”. A oto, co pisze on w innym miejscu: „wszystkie chorobowe zaburzenia życia płciowego słusznie uważać należy za pohamowanie w rozwoju”.

Niejednemu się z ludzi przyśniło, że z matką
dzieli łoże… Najłatwiej życie przeżyć temu,
kto wszystkie takie rzeczy za nic sobie waży.

Smutny los żony mężczyzny, którego uczucia, zamiast dojrzeć, pozostają uwięzione w romansie z pokoju dziecinnego, wyłania się z oczywistego absurdu innego współczesnego snu; w tym momencie zaczynamy naprawdę czuć, że wkraczamy do królestwa starożytnego mitu, aczkolwiek z nieoczekiwanej strony.
„Śniło mi się” — pisze zakłopotana kobieta — że gdziekolwiek się ruszę, podąża za mną wielki biały koń. Bałam się go i odganiałam od siebie. Obejrzałam się, aby sprawdzić, czy nadal idzie za mną i okazało się, że przemienił się on w mężczyznę. Powiedziałam mu, żeby wszedł do fryzjera i ostrzygł grzywę. Zrobił to. Kiedy wyszedł, wyglądał zupełnie jak mężczyzna, tylko że miał nadal końskie kopyta i pysk, i szedł za mną, gdziekolwiek się skierowałam. Zbliżył się do mnie i wtedy się obudziłam.
Jestem mężatką, mam trzydzieści pięć lat i dwójkę dzieci. Jestem zamężna od czternastu lat i jestem pewna, że mąż jest mi wierny.

Podświadomość sączy w nasze umysły różnego rodzaju fantazje, zapełniając je — podczas snu, marzeń na jawie czy choroby psychicznej — dziwnymi stworami, strachami i zwodniczymi obrazami, ponieważ królestwo człowieka pod podłogą względnie przytulnego pomieszczenia, które zwiemy naszą świadomością, kryje niewyobrażalne jaskinie Aladyna. W jaskiniach tych znajdują się klejnoty, ale zamieszkują je też niebezpieczne dżinny — niewygodne albo wyparte tam siły psychiczne, którym nie śmielibyśmy pozwolić ingerować w nasze życie. Możemy w ogóle nie podejrzewać ich istnienia, dopóki jakieś przypadkowe słowo, zapach okolicy, smak filiżanki herbaty czy spojrzenie nie poruszą wód magicznego źródła, a wtedy w umyśle zaczynają się pojawiać groźni wysłannicy. Są oni groźni, ponieważ naruszają otoczkę bezpieczeństwa, którą obudowaliśmy samych siebie i nasze rodziny. Są oni jednak także diabelnie fascynujący, jako że mają klucze otwierające drzwi do całego królestwa pożądanej i budzącej lęk przygody odkrywania własnego „ja”. Destrukcja świata, który sobie zbudowaliśmy i w którym żyjemy, oraz nas samych w tym świecie, ale potem cudowna rekonstrukcja prowadząca do odważniejszego, czystszego, pełniejszego życia — oto pokusa, obietnica i strach, którymi nęcą nas i przerażają owi nocni przybysze z mitologicznego królestwa tkwiącego w każdym z nas.
Psychoanaliza, współczesna wiedza o tłumaczeniu snów, nauczyła nas zwracać uwagę na te niematerialne i ulotne obrazy. Znalazła również sposób na to, by mogły one spełniać swe zadanie. Niebezpieczne kryzysy rozwoju osobowości przebiegają pod czujnym okiem doświadczonego znawcy snów i ich języka, który następnie wciela się w rolę mistagoga, czyli przewodnika dusz, dokonującego inicjacji czarownika z pierwotnych leśnych sanktuariów, w których przechodziły próby osoby wkraczające w życie dorosłe. Doktor jest współczesnym mistrzem tego mitologicznego królestwa, znawcą wszystkich tajemnych dróg i magicznych słów dających moc. Jego rola jest dokładnie taka sama, jak Mądrego Starca z mitów i baśni, którego słowa wspierają bohatera stawiającego czoło wyzwaniom i niebezpieczeństwom, poddawanego próbom podczas niesamowitej wędrówki. Jest on tym, który nagle pojawia się i wskazuje na magiczny lśniący miecz, który zabije siejącego przerażenie smoka; tym, który opowiada o czekającej dziewicy i zamku pełnym skarbów; tym, który kładzie uzdrawiający balsam na prawie śmiertelne rany, a na koniec odsyła zdobywcę na powrót do świata normalnego życia, czekającego nań po wielkiej przygodzie podczas zaczarowanej nocy.
Kiedy teraz, mając ten obraz w pamięci, zastanowimy się nad licznymi i dziwnymi rytuałami znanymi nam z opisów ludów prymitywnych oraz wielkich cywilizacji przeszłości, staje się jasne, że ich celem i rzeczywistym rezultatem było przeprowadzenie ludzi przez te trudne do pokonania progi przemian, które wymagają zmiany w schematach nie tylko świadomego, lecz i nieświadomego życia. Tak zwane obrzędy przejścia, które zajmują ważne miejsce w życiu społeczeństw pierwotnych (ceremonie narodzin, nadania imienia, dojrzałości, małżeństwa, pogrzebu itd.), wyróżniają formalne, zazwyczaj bardzo surowe, ćwiczenia odłączenia, w wyniku których umysł zostaje bezwzględnie odcięty od postaw, więzi i zachowań charakterystycznych dla etapu, który zostawia się za sobą. Potem następuje okres dłuższego lub krótszego odosobnienia, w którym wykonuje się rytuały mające zapoznać nowicjusza z formami jego nowego stanu i właściwymi dlań uczuciami, tak aby był on jak nowo narodzony kiedy w końcu nadejdzie czas jego powrotu do normalnego świata.
Najbardziej zadziwiający jest fakt, że wiele rytualnych prób i obrazów zgadza się z tymi, które automatycznie pojawiają się w marzeniach sennych z chwilą, gdy poddawany psychoanalizie pacjent zaczyna porzucać swe infantylne fiksacje i wkracza w przyszłość. Na przykład wśród Aborygenów w Australii jednym z głównych elementów obrządku inicjacji (podczas której chłopca w okresie dojrzewania odrywa się od matki i wprowadza do społeczności mężczyzn oraz w arkana ich wiedzy) jest rytuał obrzezania.

Kiedy chłopiec z plemienia Murnginów ma być poddany obrzezaniu, jego ojciec i starsi mężczyźni mówią mu: Wielki Ojciec Wąż czuje zapach twojego napletka; domaga się go. Chłopcy wierzą w to święcie i wpadają w niezwykłe przerażenie. Zazwyczaj szukają ratunku u swych matek, matek swoich matek lub innych krewnych płci żeńskiej, ponieważ wiedzą, że mężczyźni zebrali się, aby dopilnować, by zostali zabrani na plac, gdzie wyje wąż. Kobiety zawodzą zgodnie z obrzędem, co ma uchronić chłopców przed połknięciem przez węża.

A teraz przyjrzyjmy się odpowiednikowi tego rytuału ze sfery nieświadomości. „Pewien pacjent miał sen — pisze C.G. Jung — że wąż wyskakuje z jamy i gryzie go w okolicę genitalną. Owo marzenie senne nawiedziłogo w chwili, gdy przekonał się o prawidłowości postępowania analitycznego i zaczął się uwalniać spod klątwy kompleksu matki”.
Główną funkcją mitologii i obrzędów było zawsze dostarczanie symboli, które uskrzydlają ducha, w przeciwieństwie do innych stałych ludzkich wyobrażeń, które ściągają go na dół. Prawdę mówiąc, nie jest wykluczone, że bardzo wiele przypadków nerwic w naszych czasach bierze się stąd, że jesteśmy pozbawieni takiej skutecznej pomocy duchowej. Nie zostaliśmy wyzwoleni od obrazów z okresu dzieciństwa, a przez to czujemy niechęć do przejścia niezbędnych dla wieku dorosłego przeobrażeń. W Stanach Zjednoczonych istnieje całkiem przeciwna tendencja — celem nie jest dorastanie i starzenie się, lecz zachowanie młodości, nie dojrzewanie i uwolnienie się od matki, ale kurczowe trzymanie się jej. A zatem, podczas gdy mężowie, będąc prawnikami, handlowcami czy intelektualistami, jak tego życzyli sobie ich rodzice, nadal biją pokłony w świątyniach z okresu chłopięcego, ich żony, nawet po czternastu latach pożycia małżeńskiego i urodzeniu dwójki wspaniałych dzieci, wciąż szukają miłości, którą znaleźć mogą jedynie u centaurów, sylenów, satyrów i innych lubieżnych inkubów ze świty Pana — albo w takiej postaci, jak w drugim z opisanych powyżej snów, albo w cukierkowatych kapliczkach bogini zmysłowości wznoszonych przez naszą kulturę masową, gdzie na ołtarzach stoją posągi najnowszych herosów ekranu.
W końcu musi pojawić się psychoanalityk, aby ponownie potwierdzić sprawdzoną mądrość dawnych, dotyczących przyszłości, nauk zamaskowanych uczestników magicznego tańca i czarowników-rzezaków, po czym stwierdzamy, jak w przypadku snu o ukąszeniu węża, że sam pacjent tworzy w momencie wyzwolenia ponadczasowe symbole inicjacji. Najwidoczniej jest w wyobrażeniach towarzyszących inicjacji coś tak niezbędnego dla psychiki, że jeśli nie dostarczy się tego z zewnątrz, poprzez mit i obrzęd, to musi się to pojawić z wewnątrz, poprzez sen, gdyż w przeciwnym wypadku nasza energia pozostanie uwięziona w banalnym, od dawna należącym do przeszłości, pokoju z zabawkami — na dnie morza.
Joseph Campbell - "Bohater o tysiącu twarzy"


Dzieła samego Freuda czy Junga o symbolice snów, czy koncepcjach podświadomości są bardzo ciężkostrawne. Jednak w interpretacji Campbella jest to przyjemna lektura.
Ale... O ile książki autorstwa Zygmunta Freuda czy Carla Gustava Junga, na pewnym etapie czytania, zmuszają do prób zabicia się własną pięścią, to już biografie obu gentlemanów czyta się przyjemnie.
Na przykład: "Carl Gustav Jung" - Frank McLynn, czy "Pasje utajone" - Stone Irving.
Ta pierwsza zadka nie urywa, ale przeczytałem, bo byłem ciekaw, o co Jung pożarł się z Freudem.
Jung podchodził sceptycznie do tego, że Freud dopatrywał się podtekstu seksualnego niemal we wszystkim. (Wiele lat temu, Lew Starowicz w którymś z telewizyjnych wywiadów pozwolił sobie na dość ironiczny komentarz, na temat tego, że Freud patrzył na świat przez pryzmat seksu).
Jung będąc już w opozycji do Freuda odleciał w inną skrajność. Poszedł w transcendetalizm do tego stopnia, że nawet w trzepaniu kapucyna dopatrywał się mistycznych zjawisk.

Campbell tłumaczy przystępnie to co gmatwają Freud i Jung.
Nigdy nie jarzyłem o co chodzi w kompleksie Edypa. Campbell bardzo obrazowo opisał to, jak zryty beret musi mieć jakiś facet, żeby ten kompleks się u niego rozwinął i wpływał na relacje z bliskimi.
Określenie "motherfucker" nie wzięło się z powietrza.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Pią Mar 27, 2026 08:03, w całości zmieniany 2 razy  
 
     
Witold Jarmolowicz 
Site Admin

Pomógł: 57 razy
Dołączył: 06 Sie 2007
Posty: 10198
Wysłany: Pią Mar 27, 2026 09:59   

Strix aluco napisał/a:
Określenie "motherfucker" nie wzięło się z powietrza.
Język angielski jest bardzo ubogim skrótem tego, co chcemy wyrazić, to prościutka wersja bogactwa odczuwanych emocji, pragnień i znaczeń, mechaniczna kalka rzeczywistości w sam raz pasująca do komputerów. A do tego mętna ortografia, jakby tworzył ją down.
W polszczyźnie przez długi czas obowiązywało dosłowne tłumaczenie "motherfucker" jako matkojebca, co stanowiło taki językowy zgrzyt, że aż zęby bolały. W końcu ktoś poszedł po rozum do głowy i zaczął tłumaczyć to jako skurwysyn, co wreszcie odkleja znaczenie tego wulgaryzmu od kompleksu Edypa.
Podobnie angielski wykrzyknik fuck tłumaczony dosłownie jako wulgarna czynność fizjologiczna brzmi po polsku zbyt agresywnie, dlatego coraz częściej używane jest słowo pieprzyć.

Freud się zafiksował na próbie stworzenia monolitycznej teorii jednego popędu, z którego wyrasta cała reszta emocji. W wiedeńskim środowisku, które obserwował, ówczesne problemy psychiczne, zahamowania, obsesje dotyczyły w znacznej mierze seksu. Jednak porównanie z innymi kulturami wykazało, że nie są to wartości absolutne. O czym przekonała się Karen Horney czy Erich Fromm. Fromm miał ciekawe poglądy, które wyraził w książce "Zapomniany język".
JW
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Sob Mar 28, 2026 08:49   

Cytat:
Śmiech byłoby słychać z najdalszego krańca ulicy, a zanim utonąłby w rozgwarze miasta, wzmógłby się do gromkiego rżenia. Była wiosna 1623 roku, teatr Phoenix w Londynie wypełnili rozradowani, bezzębni widzowie. Przyszli obejrzeć Renegado, pieprzną farsę rozgrywającą się na bazarach i targowiskach niewolników. Zaludniona eunuchami, wezyrami i chutliwymi wicekrólami, pełna sprośnych żartów o obrzezaniu, przedstawiała świat zarówno komiczny, jak i odległy. Na pytanie, czy przejdzie na islam, jeden z bohaterów odpowiada, że jest zbyt przywiązany do swego napletka.
„Miałżebym zbyć zuchelek [kęs] onego kuraska, z którym moja Doli na odchodne przykazała mi wrócić do dom? Jest w prawie do onego dobra i bez jej osobliwej zgody zbyć się go nie ważę”.
Renegado był grany przy pełnej sali i wystawiany obok innych fars umiejscowionych w Berberii, takich jak Chrześcianin Turkiem. Ale w latach czterdziestych XVII wieku wszeteczny humor utracił stosowność. Powtarzające się napaści na południowo-zachodnią Anglię i budzące grozę praktyki handlarzy niewolników sprawiły, że świat islamu przestał być zabawny. Tysiące Brytyjczyków zmuszono w Algierze, Tunisie, Trypolisie i Maroku do apostazji, a powszednie żarty o obrzezaniu, kastracji i sodomii już nie śmieszyły, zwłaszcza gdy do żon schwytanych dochodziły wieści, że właściciele „rzeczonych brańców siłakroć ich onaczą”.
Strapienia tych kobiet i rozpowszechniony lęk przed mahometańskim światem wreszcie dotarły do najwyższych szczebli władzy. Dziewiętnastego marca 1648 roku pobożny młody pułkownik Anthony Weldon przyniósł Radzie Stanu alarmujące wieści. Poinformował ich szlachetne lordowskie moście, że Koran – długo uważany za wywrotowy i bluźnierczy – przełożono na angielski, a co gorsza, jego tłumacz, Alexander Ross, zamierza opublikować przekład.
Ministrów Korony przeraziło, że taka książka może wkrótce trafić do rąk angielskich czytelników, w szczególności zaś – że wywoła falę apostazji. Natychmiast polecili egzekutorowi parlamentarnemu „odszukać oficynę, gdzie drukują turecki Alcoran, skonfiskować tenże oraz dokumenta”. Rozkazano mu też „zadzierżyć drukarza i doprowadzić przed Radę Stanu”.
Drukarza aresztowano, a skonfiskowane egzemplarze tłumaczenia umieszczono pod kluczem. Zakazano wszelkich przyszłych publikacji przekładu, a jego autora wezwano przed oblicze Rady Stanu w celu „zdania sprawy z druku Alcoranu”.
Protokoły starcia Rossa z cenzorami, niestety, zaginęły. Ale w opublikowanym później eseju, wyjaśniając, dlaczego podjął się przekładu, posłużył się z pewnością argumentami podobnymi do tych, które przedstawił radcom stanu. Napisał, że „nowe angielskie” wydanie księgi – zatytułowane Alcoran Mahometa – powstało „gwoli ukontentowania wszystkich, którzy pragną zaznajomić się z tureckimi marnościami”. Przyznał, że publikacja przekładu wzbudzi pewnie masę kontrowersji, lecz wyraził przekonanie, że Alcoran stanie się lekturą podstawową dla wszystkich pragnących zrozumieć motywy działania fanatycznych handlarzy niewolników z Maghrebu. „Poznając wrogów swoich w całej pełni, możemy lepiej przygotować się do starcia z nimi i, jak mniemam, do ich pokonania” – napisał. Miał na myśli przede wszystkim grabieże dokonywane przez korsarzy z Sali. „Między nami trwają i trwać będą wojny. Żaden bogobojny, rachunek sumienia czyniący chrześcianin nie powinien pozostać obojętny na ich przyczynę i powody”.
Zarzuty członków Rady Stanu, że przekład zachęca do odszczepieństwa, Ross odparował argumentem, iż Koran „przełożono już na prawie wszystkie języki świata chrześciańskiego… a jednak nie nawrócił nikogo”. Przyznał jednak, że w niewłaściwych rękach książka ta może stać się niebezpieczna i że jej nakład wymaga ścisłej kontroli. „Nie każdemu wskazane szperać w medykamentach, natrafić bowiem może zarówno na truciznę, jak i odtrutkę” – napisał.
Radcy stanu uznali jednogłośnie angielski przekład Rossa za niepożądany dodatek do rosnącej liczby książek o świecie islamu. Niemniej zaskoczyła ich siła argumentacji tłumacza. Ross przedstawił im mocne racje za publikacją swojego przekładu i być może wykazał, że bój o niedopuszczenie do druku Koranu narusza prawo. Zaledwie cztery miesiące wcześniej dwie osobne komisje w Whitehallu opowiedziały się za tolerancją wobec wszystkich religii w Anglii, „nie wyłączając Turków, papistów ani żydów”.
Po rozważeniu wszelkich za i przeciw Rada Stanu uznała, że prawo jest pod stronie Rossa. Bez wyjaśnień i przeprosin cofnięto zakaz publikacji i powiadomiono tłumacza, że Alcoran może jednak być wydany w Anglii. Siódmego maja 1649 roku prasy ponownie poszły w ruch. A wkrótce potem ukazało się pierwsze angielskie wydanie Koranu.
Ross miał słuszność, że przekład Koranu nie wywoła powszechnego odszczepieństwa. Przeciwnie, stał się on pożywką dla przelicznych zjadliwych kazań i diatryb przeciwko światu muzułmańskiemu. Buszowano po tekście Alcoranu i zniekształcając go, cytowano całe fragmenty na dowód fałszywości islamu i niebezpieczeństw apostazji. Do odnoszących największe sukcesy antyislamskich bigotów należał Humphrey Prideaux, kornwalijski duchowny, którego rodzinna miejscowość Padstow od dawna żyła pod grozą korsarzy z Sali. Jego dzieło Prawdziwa natura szalbierstwa w pełni okazana w życiu Mahometa waliło na odlew, grając – w powiązaniu z zagorzałą obroną chrześcijaństwa – na powszechnym lęku przed kacerstwem.
Kiedy w 1697 roku Prideaux po raz pierwszy próbował opublikować rękopis, wydawca podobno zażyczył sobie, „by było w nim więcej humoru”. Ale po bliższym zapoznaniu się z tym zawrotnym koktajlem dewocji i żółci zdał sobie sprawę, że ma w ręku bestseller. W przeddzień publikacji Prideaux, w nagłym lęku, że być może przekroczył granice przyzwoitości, w słowie wstępnym do czytelników przestrzegł ich przed domysłem, że w złym zamiarze zniekształcił prawdę, aby przedstawić islam „w najgorszych barwach”. Zapewnił, że jego elaborat – owoc wieloletnich badań – jest uczciwy i wyważony. „Na marginesach starannie wyłuszczam źródła cytatów, a na końcu książki wymieniam wszystkich autorów, z których je czerpałem” – napisał.
Prideaux niepotrzebnie się martwił, jak jego dzieło przyjmą czytelnicy. Prawdziwa natura szalbierstwa odniosła oszałamiający sukces i rychło doczekała się licznych wznowień. Pierwsze wydanie rozeszło się piorunem i szybko nastąpił dodruk. Ten również rozprzedano i niebawem dodrukowano trzeci i czwarty nakład. W latach 1712-1718, gdy napięcie w Maghrebie rosło, Prideaux przygotował kolejne cztery edycje. W 1723 roku jego książkę wydano jeszcze raz.
Równie gorącą debatę lęk przed islamem wywołał w koloniach brytyjskich w Ameryce Północnej, zwłaszcza w Nowej Anglii, która przez korsarzy z Maghrebu straciła sporo statków i marynarzy. Szczególnie wyczulony na punkcie apostazji był purytański duchowny z Bostonu, Cotton Mather. Przyznawał, że niewolnicy w Maroku strasznie cierpią, twierdził jednak, że fizyczne udręki nie usprawiedliwiają słabości ducha, mało tego, winny służyć umocnieniu wiary chrześcijańskiej.
W 1698 – rok po opublikowaniu książki Prideaux – Mather wystosował List pasterski do angielskich jeńców w Afryce. Bezkompromisowy w tonie, przynosił niewiele słów pocieszenia zmaltretowanym, znękanym biedakom. „Kto oddał was w jarzmo afrykańskim piratom? – pytał surowo. – Pan, przeciwko któremu zgrzeszyliście”. Twierdził, że do schwytania doprowadziło ich wiarołomstwo, i przypominał, że znajomi niewiele mogą zrobić dla ich uwolnienia. „Przeto nie skarżcie się małżonkom swoim, swoim rodzicom, swoim czułym krewnym… poskarżcie się Panu Bogu w osobie Jezusa Chrystusa”.
Mather zapewnił niewolników, że pisze do nich „gwoli pocieszenia”. Jednak niewielu się łudziło co do prawdziwej przyczyny jego listu. Pastora wzburzyły opowieści o wyrzeczeniu się wiary, a jeszcze bardziej wstrząsnęła nim liczba nawróconych na islam. „Wiedzcie, iż bardzo nam zależy, abyście aż do śmierci wytrwali w wierze chrześciańskiej, którą dotądście wyznawali”. Błagał nieszczęśników, aby „nie glądając na zaznawane niedole… w próżnej dufności uwolnienia się od nich nie wyparli się wiary w Chrystusa”.
Niewolnictwem i apostazją Mather zajmował się przez wiele następnych lat, ale z wiekiem nie złagodził poglądów. W kazaniu Chwała cnoty z pogardą pisał o tych, którzy wyparli się chrześcijaństwa. „Zaprzańcy to istnie ci, których potkały najmniejsze przeciwności losu. Ludzie zamożni, w szlacheckich domach chowani w próżniactwie, zbytku i swawoli. Ci to są nade wszystko, co wpadli w sidła onych bezbożników”.
W kolonialnej Ameryce Północnej niewielu było zainteresowanych zrozumieniem islamu. Zresztą nawet w Wielkiej Brytanii prawie nikomu nie chciało się zajrzeć pod powierzchnię przerażającego świata Maghrebu. Próbę odparcia antyislamskiej retoryki podjęła tylko jedna osoba – Simon Ockley, znakomity lingwista, od młodości mający „wrodzony dar do języków wschodnich”. Ten prowincjonalny duchowny ze Swavesey w hrabstwie Cambridge spędzał czas w bibliotekach Cambridge i Oksfordu, ślęcząc nad arabskimi rękopisami. „Badał różne nasze manuskrypty po arabsku, w którym to języku, jak twierdzą niektórzy znawcy, nie ma sobie równych w Anglii” – napisał oksfordczyk Thomas Hearne.
Zafascynowany islamską kulturą Ockley, wzburzony poziomem ignorancji i przesądami panującymi w Anglii, nazwał książkę Prideaux wspaniałomyślnie „wielce niedoskonałą”, wskazując na potrzebę pogłębienia wiedzy o islamie, „ważniejszą niż poznanie historii jakiego bądź narodu”.
Zrobił, co tylko mógł, żeby wypełnić tę lukę. Przełożył dziesiątki dzieł arabskich teologów i filozofów, a potem zabrał się do pracy nad monumentalną Historią Saracenów, którą ukończył w 1718 roku. W jej przedmowie skrytykował przy okazji wszystkich mających „w pogardzie narody Wschodu i widzących w nich okrutników i barbarzyńców”. Zganiwszy tych, którzy dopuścili, by ich myślami zawładnął przesąd, z czarującą prostotą wyjaśnił swoją miłość do arabskiego. W dziele swym zawarł Sentencje Alego, zbiór maksym autorstwa zięcia proroka Mahometa, które uznał za mądre i pouczające. „Sentencje te są treściwe i udatne – ocenił. – Oddychając duchem pobożności i surowego życia, wyrażają najwyższą powagę”. Wyłożywszy argumenty przemawiające za lekturą arabskiej teologii, zganił wszystkich uparcie potępiających islam. „Już nawet ta mała garść starczy, by oczyścić… biednych skrzywdzonych Arabów od pomów o grubą niewiedzę, przypisaną im przez tegowiecznych nowouków”.


Cytat:
Ten reportaż historyczny – całkowicie oparty na wspomnieniach i dokumentach z epoki – może być dla wielu czytelników zaskoczeniem. Nie wszyscy bowiem wiedzą, że oprócz znanego i potępianego handlu czarnymi niewolnikami istniał również handel „białym złotem” – mężczyznami, kobietami i dziećmi, porywanymi przez korsarzy i przywożonymi do Afryki Północnej, gdzie byli oni sprzedawani na targach, poniżani, torturowani, zmuszani do pracy ponad siły i wykorzystywani do walki.

Latem 1716 roku jedenastoletni Thomas Pellow zostaje wraz z resztą załogi statku „Francis” schwytany na morzu i dostarczony do Meknesu, ówczesnej stolicy Maroka. Podarowany jednemu z synów władcy, jest poddawany nieludzkim cierpieniom, które mają go skłonić do przejścia na islam. Następnie trafia na dwór, gdzie może przyglądać się z bliska poczynaniom chimerycznego sułtana Mulaja Ismaila, fanatyka religijnego i okrutnego tyrana. Owładnięty manią wielkości władca marzy o wzniesieniu – rękami białych niewolników – najwspanialszego na świecie pałacu. Jako strażnik haremu Thomas przeżywa przygodę, która mogła go kosztować życie. Później zostaje ożeniony i wcielony do wojska, które ma tłumić wszelkie przejawy buntu wobec władzy sułtana. Ponieważ wysiłki brytyjskich władz zmierzające do wyzwolenia jeńców nie przynoszą spodziewanych wyników, młody Pellow obmyśla plan ucieczki. Podejmuje kolejne próby, wszystkie w iście awanturniczym stylu.

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/126457/biale-zloto

Jedyna w swoim rodzaju książka o białych niewolnikach.

Teraz wiem skąd w pieśni Rule, Britannia słowa:
"Panuj Brytanio! Brytanio, panuj nad falami
Brytyjczycy nigdy nie będą niewolnika."
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Sob Mar 28, 2026 09:17   

Witold Jarmolowicz napisał/a:
Freud się zafiksował na próbie stworzenia monolitycznej teorii jednego popędu, z którego wyrasta cała reszta emocji. W wiedeńskim środowisku, które obserwował, ówczesne problemy psychiczne, zahamowania, obsesje dotyczyły w znacznej mierze seksu. Jednak porównanie z innymi kulturami wykazało, że nie są to wartości absolutne. O czym przekonała się Karen Horney czy Erich Fromm. Fromm miał ciekawe poglądy, które wyraził w książce "Zapomniany język".
JW


Właśnie tak. Freud tworzył teorie przystające do czasów i miejsca w których żył. Nie mały one zastosowania gdzie indziej.

Zazdraszczam Panu umiejętności zagłębiania się w dzieła filozofów.
Ja wymiękam po kilku stronach ksiąg Fromma, Schopenhauera, Nietzschego.
Nie daję rady jeśli nie mogę czytając wgryźć się w fakty. Nawet jeśli są wymyślone na potrzeby zbudowania fabuły jakieś powieści.
 
     
Witold Jarmolowicz 
Site Admin

Pomógł: 57 razy
Dołączył: 06 Sie 2007
Posty: 10198
Wysłany: Sob Mar 28, 2026 10:05   

To zależy. Schopenhauer miał ciekawe dziełko "O erystyce" ponadczasowe, aktualne dziś bardziej niż kiedykolwiek. Co ciekawe, było wydane w latach 70-tych za komuny. :-x
Ortodoksyjni psychoanalitycy rzeczywiście przynudzają ale niektórzy dobrze popularyzowali wiedzę psychiatryczną, jak np. Fromm czy Antoni Kępiński.
W książce "Zapomniany język" Fromm m.in. analizuje dzieła Franza Kafki i stawia tezę, że kolejne powieści to jakby ilustracja rozwijającej się neurozy autora.
Kafka, wrażliwy wegetarianin, plątał się w sidłach kompulsywnych neurotycznych objawów. Miał ojca czerstwego rzeźnika, który nie mógł patrzeć na weganizm syna. Listy Kafki do Felicji Bauer, które pisał niemal codziennie, budzą w sumie współczucie dla człowieka, który nie mógł się uwolnić od natręctw i podejmować jednoznacznych decyzji.
Kolejne jego powieści Ameryka, Proces, Zamek, wydane w odwrotnej kolejności, wskazują na pogłębiające się procesy neurotyczne, z których bohater nie może się ostatecznie uwolnić.
"Ameryka" kończy się wyjazdem do USA, uwolnieniem się od więzów i pozytywnym zakończeniem.
W "Procesie" oskarżony Józef K. ostatecznie zostaje skazany i uśmiercony, jednak przed śmiercią spogląda na dalekie oświetlone okno i zadaje sobie rozpaczliwe pytanie, czy tam ktoś jest, czy jest jeszcze jakaś szansa?
W "Zamku" bohater zredukowany do jednej literki K. przybywa do zamku i nigdy już go nie opuszcza, świat zewnętrzny z którego przybył staje się nieosiągalny, znika.
W tej trylogii neurotyczne procesy zwyciężają.
JW
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Sob Mar 28, 2026 14:06   

Witold Jarmolowicz napisał/a:
To zależy. Schopenhauer miał ciekawe dziełko "O erystyce" ponadczasowe, aktualne dziś bardziej niż kiedykolwiek. Co ciekawe, było wydane w latach 70-tych za komuny.

Przejrzałem pobieżnie dość dawno temu.
Jest to usystematyzowane, ponazywane.
Schopenhauer wykonał herkulesową pracę.
Ma Pan rację, że dziś bardziej aktualna niż kiedykolwiek wcześniej.
Znajomość semantyki poszczególnych chwytów erystycznych pozwala nie tylko błysnąć w dyskusji. Pozwala też zrozumieć mechanizmy manipulacji, które często stosuje interlokutor.
Osobiście wolę nie musieć zastanawiać się nad nazewnictwem sztuczek stosowanych przez innych. Wystarczy mi samo instynktownie przeczucie, że ktoś leci w kulki i tego jaki to rodzaj manipulacji.
Przy całym szacunku do wysiłku, jaki Schopenhauer włożył w to, żeby to poukładać w odpowiednich szufladkach.


Witold Jarmolowicz napisał/a:
Ortodoksyjni psychoanalitycy rzeczywiście przynudzają ale niektórzy dobrze popularyzowali wiedzę psychiatryczną, jak np. Fromm czy Antoni Kępiński.
No niestety, przynudzają, a ja jestem prosty człowiek i nie mam do tego cierpliwości.
Z Antonim Kępińskim miałem podobnie jak z Schopenhauerem. U schyłku ubiegłego milenium zabrałem się za czytanie "Dekalogu" autorstwa Kępińskiego. Nie dałem rady.
Książka jest ogólnie o tym, że kolokwialnie rzecz ujmując, warto być w każdej sytuacji człowiekiem. Wiadomo, że warto, ale teoria swoje, a życie pokazuje, że nie zawsze się da.
I ta prosta wskazówka, jest w "Dekalogu" obudowana mnóstwem innych wskazówek i ogólnie słów, ale suma summarum chodzi o empatię.
Że tak podam taki prosty przykład. Na pewno na przestrzeni lat w swojej praktyce dietetyka, spotkał się Pana z pacjentami, którzy przychodzili kolokwialnie mówiąc pogadać i to było dla nich istotniejsze niż porada dietetyczna. Wiadomo, że ilu ludzi tyle przyczyn takiego stanu rzeczy.
I nie trzeba czytać Kępińskiego żeby to rozumieć. Chociaż polecam każdemu kto da radę.

Witold Jarmolowicz napisał/a:
W książce "Zapomniany język" Fromm m.in. analizuje dzieła Franza Kafki i stawia tezę, że kolejne powieści to jakby ilustracja rozwijającej się neurozy autora.
Kafka, wrażliwy wegetarianin, plątał się w sidłach kompulsywnych neurotycznych objawów. Miał ojca czerstwego rzeźnika, który nie mógł patrzeć na weganizm syna. Listy Kafki do Felicji Bauer, które pisał niemal codziennie, budzą w sumie współczucie dla człowieka, który nie mógł się uwolnić od natręctw i podejmować jednoznacznych decyzji.
Kolejne jego powieści Ameryka, Proces, Zamek, wydane w odwrotnej kolejności, wskazują na pogłębiające się procesy neurotyczne, z których bohater nie może się ostatecznie uwolnić.
"Ameryka" kończy się wyjazdem do USA, uwolnieniem się od więzów i pozytywnym zakończeniem, czy jest jeszcze jakaś szansa?
W "Zamku" bohater zredukowany do jednej literki K. przybywa do zamku i nigdy już go nie opuszcza, świat zewnętrzny z którego przybył staje się nieosiągalny, znika.
W tej trylogii neurotyczne procesy zwyciężają.
JW
W tym właśnie sens, że pomimo całego szacunku dla ludzi chorych nerwowo, psychicznie, niepełnosprawnych intelektualnie, nie rozumiem ich. Kompletnie ich nie rozumiem i nie jest to jakiś lekceważący stosunek, czy umniejszanie komukolwiek.
Dlatego kawka - tak, Kafka - nie.

Tak jak już wspomniałem. Podziwiam Pana za to, że potrafi się zagłębiać w inne światy.
Ja w takich sytuacjach wysiadam.
Z tym żartów nie ma i trzeba uważać.

Wer mit Ungeheuern kampft, mag zusehn, dass er nicht dabei zum Ungeheuer wird. Und wenn du lange in einem Abgrund blickst, blickt der Abgrund auch in dich hinein. ;)
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Sob Mar 28, 2026 14:09, w całości zmieniany 2 razy  
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Nie Mar 29, 2026 22:00   

Cytat:
Stu­dium przy­padku: psy­cho­pata.

Harold Ship­man – lekarz z pie­kła rodem.

Przyj­rzyjmy się teraz jed­nemu z naj­więk­szych seryj­nych mor­der­ców w histo­rii – leka­rzowi rodzin­nemu o nazwi­sku Harold Ship­man.

W czwar­tek 31 stycz­nia 2000 roku dok­tor Harold Fre­de­rick "Fred" Ship­man, nazy­wany przez media "Dok­to­rem Śmierć" albo "Anio­łem Śmierci", został ska­zany na doży­wo­cie bez moż­li­wo­ści wcze­śniej­szego zwol­nie­nia; dodat­kowo otrzy­mał rów­nież czte­ro­letni wyrok za fał­szer­stwo. Akt oskar­że­nia obej­mo­wał pięt­na­ście mor­derstw, choć poli­cja uważa, że zabił przy­naj­mniej dwu­stu pięt­na­stu pacjen­tów, męż­czyzn i kobiet, któ­rzy obda­rzali go zaufa­niem. Prze­pra­co­wał jako lekarz dwa­dzie­ścia osiem lat, co ozna­cza, że zabi­jał prze­cięt­nie osiem osób rocz­nie.

"Rozmowy z psychopatami. Podróż w głąb umysłów potworów" - Christopher Berry-Dee


Seryjni zabójcy czy zabójczynie, będący lekarzami lub pielęgniarkami, zwykle zostawiają za sobą stosy trupów.
Wspomniany Harold Shipman zabił 7 razy więcej osób niż osławiony przez swoje czyny Ted Bundy.
Motyw jakiegoś "doktora śmierć" lub "siostry śmierć" zadziwiająco często pojawia się w tego typu książkach. A jest to literatura faktu.
Rzadko pojawia się jako fikcja literacka.

Może tego typu psychopaci wybierają ten zawód ze względu na możliwość uśmiercania ludzi, bez wzbudzania większych podejrzeń. Podobnie jak pedofile wybierają pracę, dzięki której mają kontakt z dużą liczbą dzieci.
Tak czy owak, jeśli ktoś jest strachliwy, a czeka go pobyt w szpitalu, to niech lepiej przeczyta książkę Christophera Berry-Dee po powrocie ze szpitala.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Śro Kwi 01, 2026 13:42   

Cytat:
Źródłem problemu były dwie maleńkie z błękitnego lukru, każda o średnicy niespełna milimetra. Stanowiły one element dekoracji deseru, wyglądającego całkiem apetycznie musu z mango o dźwięcznej nazwie Wiosna Narodów, który – jak zapowiedziano – miał być podany podczas uroczystego obiadu na cześć przywódców Korei Północnej i Południowej. Kropeczki były ledwie widoczne, ale Japończycy je wypatrzyli i nie kryli niezadowolenia.
„Jest to wysoce niefortunne i nie do przyjęcia” – stwierdził rzecznik japońskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, kiedy informacja o nieszczęsnych kropeczkach wyciekła do mediów przed historycznym spotkaniem w kwietniu 2018 roku. „Poprosiliśmy, aby nie podawano tego deseru”.
Japończycy złożyli oficjalną skargę i domagali się usunięcia musu z menu, lecz ich starania nie zdały się na nic. Podczas uroczystego obiadu prezydent Republiki Korei Mun Jae-in (Mun Dzae-in) i przywódca Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej Kim Jŏng-ŭn (Kim Dzong Un, Kim Dzong-yn) powitali deser gorącymi oklaskami.
Przyczyną oburzenia Japończyków było to, że kropki, stanowiące element czekoladowej mapy Półwyspu Koreańskiego, wyobrażały grupę spornych wysp, a raczej kilka wystających z wody skał położonych w odległości 280 kilometrów od wschodniego wybrzeża Korei Południowej. W Korei noszą one nazwę Tokdo, w Japonii – Takeshima, w krajach anglojęzycznych zaś znane są jako Liancourt Rocks. Japonia i Korea Południowa od dawna toczą zaciekły spór o ich przynależność terytorialną. Koreańczycy opierają swoje roszczenia na wzmiankach w dwunastowiecznej kronice Epoki Trzech Królestw – Samguk sagi. Japończycy natomiast utrzymują, że wysepki od stuleci stanowią bazę japońskich rybaków, i podkreślają, że roszczenia Korei Południowej zostały odrzucone przez Amerykanów podczas konferencji pokojowej w San Francisco w 1951 roku.
Chociaż w czasie gdy wydawano uroczysty obiad dla przywódców obydwu Korei, to ich kraje, praktycznie rzecz biorąc, znajdowały się w stanie wojny i choć jeden z owych przywódców był despotą, który zagrażał bezpieczeństwu w Azji Wschodniej oraz odpowiadał za śmierć tysięcy obywateli swego kraju, co do jednej kwestii byli całkowicie zgodni.
Japończycy mogą się wypchać.
Dla Koreańczyków, zarówno tych z Północy, jak i z Południa, dwie kropeczki z lukru były symbolem buntu przeciwko ich dawnemu ciemięzcy, dla Japończyków zaś niepotrzebną prowokacją; dla Chińczyków, którzy z całą pewnością pilnie śledzili przebieg wydarzeń, stanowiły zapewne krzepiącą oznakę nieustającej wrogości między ich dwoma sąsiadami, jako że silne przymierze japońsko-koreańskie stanowiłoby poważne zagrożenie dla Pekinu.

Na szczęście młodzi ludzie (poniżej trzydziestego piątego roku życia) we wszystkich tych krajach spoglądają bardziej przychylnie na swoich sąsiadów, co pozwala żywić nadzieję, że w przyszłości wzajemne stosunki w regionie ulegną poprawie. Wszyscy bez wyjątku młodzi ludzie, których poznałem podczas mojej podróży, wydawali się bardziej skłonni do nawiązania przyjacielskich relacji z sąsiednimi krajami, nie krępowali się przyznać, że czują podziw dla swoich sąsiadów, i nie pielęgnowali już wzajemnych pretensji o dawne krzywdy tak zapamiętale, jak ich rodzice i dziadkowie. Scenarzystka i reżyserka Yang Yŏng-hŭi, która należy do społeczności Zainichi, stwierdziła, że młode pokolenie Koreańczyków z Południa „naprawdę chce utrzymywać dobre stosunki z Japonią. Młodzi uwielbiają japońską kulturę i chcą się przyjaźnić z narodem japońskim. Być może nie mają takiego stosunku do japońskiego rządu, ale na pewno do zwykłych ludzi”. Brytyjski dziennikarz Andrew Salmon powiedział, że młodzi mieszkańcy Korei Południowej „nie myślą już bez przerwy o Japończykach. Młode pokolenie próbuje teraz odnaleźć własną tożsamość – »jesteśmy młodzi, jesteśmy fajni, jesteśmy nowocześni. Mamy wielkie firmy. Żyjemy w demokracji«. Historia Korei to opowieść o bezprecedensowym sukcesie całego dzielnego narodu. Oni sami dopiero zaczynają to dostrzegać”.
Pewna Koreanka powiedziała mi, że jej rówieśnicy „odcinają się od historycznego kolonializmu i chętnie jeżdżą do Japonii. Naprawdę przepadają za japońską kulturą i japońskimi wyrobami. Oczywiście w naszych podręcznikach jest mnóstwo informacji, które stawiają Japonię w złym świetle, ale to nie wpływa na stosunek młodszego pokolenia do tego kraju. Ja i wielu moich przyjaciół podziwiamy Japonię. Prawie nikt z młodych nie żywi wrogich uczuć do Japonii. Wręcz przeciwnie, uwielbiają ją. Oczywiście są ludzie, którzy czują żal na myśl o tym, co Japonia uczyniła w przeszłości, ale zdają sobie sprawę, że dziś jest to już inny kraj i inna kultura”.
Myślę, że takie postawy to sposób na wyrwanie się z zaklętego kręgu wzajemnych oskarżeń, choć poszukiwanie trwałego i satysfakcjonującego każdą ze stron rozwiązania tego problemu będzie musiało przebiegać etapami, w ciągu życia jednego, a może nawet dwóch pokoleń, i będzie wymagać zaangażowania rządów, organizacji pozarządowych, uczonych i grup obywatelskich: wspólnych obchodów rocznic, wspólnych pomników i miejsc pamięci, wspólnych komisji do spraw edukacji, które opracują programy nauczania historii, oraz powoływanych wspólnie zespołów ekspertów, którzy będą rozwiązywać spory terytorialne.
Japonia wyrządziła straszliwe krzywdy swoim sąsiadom, rządy wszystkich tych krajów własnym obywatelom, obywatele sobie nawzajem, a zachodnie mocarstwa narodom Azji. Lista tych barbarzyńskich uczynków jest długa i żaden z nich nie powinien zostać zapomniany. Zapewne większość zbrodni nigdy nie zostanie w pełni udokumentowana i od czasu do czasu któraś ze stron będzie je wyolbrzymiać, kierując się różnymi motywacjami, istnieją jednak niepodważalne dowody, które każą uznać owe zbrodnie za jedne z najbardziej haniebnych aktów okrucieństwa w dziejach ludzkości. Mimo to uzgodnienie przez wszystkie zainteresowane strony wspólnego stanowiska w kwestii prawdziwego przebiegu minionych wydarzeń, bezwarunkowe i nieodwołalne zadośćuczynienie za zbrodnie oraz konsekwentne dążenie wszystkich czterech krajów do przyszłości wolnej od wypierania się własnych win, od propagandy, populizmu i agresywnej retoryki może im przynieść same korzyści. Ze wszystkich badań opinii społecznej wyłania się obraz narodów Azji Wschodniej, które pragną poprawy wzajemnych stosunków i lękają się konsekwencji ich pogorszenia – które z pewnością zaszkodzi wszystkim, a nawet może doprowadzić do wzajemnej destrukcji na bezprecedensową skalę.
Chciałbym skierować jedno jedyne przesłanie do wszystkich Chińczyków i mieszkańców Korei Południowej, młodych i starych. Jego autorem jest Wu Xianbing, chiński producent mebli, który założył prywatne muzeum masakry nankińskiej. Badania, które przeprowadził, przekonały go o jednym – że Japończycy nie mieli w sobie nic wyjątkowego. „Ludzie stają się potworami i może się to przydarzyć każdemu narodowi i każdemu krajowi. Każde państwo może się dopuścić czegoś równie potwornego, jak masakra w Nankinie. Stać na to każdą cywilizację i każdą grupę etniczną”.
"Japonia, Chiny i Korea. O ludziach skłóconych na śmierć i życie" - Michael Booth

Książka dla tych, którzy o Azji wiedzą tyle, co obejrzeli w ekranizacjch książek Jamesa Clavella, np. Shogun czy Tai-Pan.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Śro Kwi 01, 2026 13:44, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Nie Kwi 05, 2026 18:39   

Cytat:
Tajemnica sekserów kurcząt i obserwatorów samolotów Najlepsi sekserzy kurcząt pochodzą z Japonii. Gdy w wielkich wylęgarniach wykluwają się pisklęta, zazwyczaj są dzielone na samce i samice – procedura ta nosi nazwę seksowania. Jest konieczna, ponieważ typ karmy zależy od płci: inaczej karmi się kury, których zadaniem będzie znoszenie jaj, a inaczej koguty (tylko nieliczne samce tuczy się na mięso).
Zadanie seksera polega więc na tym, by podnieść każde pisklę, szybko ocenić jego płeć i włożyć je do odpowiedniego pojemnika. Problem w tym, że to niezwykle trudna praca: małe samczyki i samiczki wyglądają identycznie.
No, prawie identycznie. Japończycy wymyślili metodę seksowania kurczaków zwaną seksowaniem kloacznym, która pozwala ekspertom w tej dziedzinie błyskawicznie ustalić płeć jednodniowych piskląt. Od lat trzydziestych XX wieku hodowcy drobiu z całego świata zjeżdżają do szkoły seksowania kurcząt Zen-Nippon w Japonii, by nauczyć się tej techniki. Sęk w tym, że nikt nie był w stanie im dokładnie wyjaśnić, jak to się robi[66]. Metoda miała polegać na jakichś subtelnych wskazówkach wzrokowych, lecz zawodowi sekserzy nie potrafili ich wymienić. Patrzyli na kuperek (gdzie znajduje się kloaka) i po prostu wiedzieli, do którego koszyka kurczaka włożyć.
I w ten sposób uczyli nowych sekserów. Mistrz stał nad podopiecznym i przyglądał się jego pracy. Uczeń brał do ręki pisklę, oglądał kuper i wrzucał je do jednego lub drugiego kosza. Zawodowiec mówił wtedy:
„dobrze” albo „źle”. Po wielu tygodniach takiego treningu mózg ucznia był już wyćwiczony do perfekcji – ale uczeń świadomie nie wiedział nic.
Tymczasem na drugim końcu świata rozgrywała się bardzo podobna historia. Podczas drugiej wojny światowej zagrożeni bombardowaniami Brytyjczycy musieli znaleźć jakiś sposób na szybkie i poprawne rozpoznawanie nadlatujących samolotów. Które kropki na horyzoncie zamienią się w powracających aliantów, a które w niemieckie bombowce?
Kilku miłośników lotnictwa okazało się doskonałymi obserwatorami, więc armia natychmiast zaproponowała im współpracę. Ich rola była tak istotna, że rząd postanowił zatrudnić więcej takich osób, lecz znalezienie odpowiednich ludzi okazało się niezwykle trudnym zadaniem. Poproszono wówczas „etatowych” obserwatorów o wyszkolenie nowych – co ciekawe, rezultaty były mierne. Próbowali wyjaśnić swoje metody pracy, lecz szło im bardzo kiepsko. Nikt, nawet inni obserwatorzy, nie potrafił pojąć, w czym rzecz. Podobnie jak sekserzy kurcząt, nie wiedzieli, co dokładnie robią – po prostu dostrzegali różnice.
W końcu Brytyjczycy wpadli na pomysł, jak skutecznie szkolić nowych obserwatorów samolotów: metodą prób i błędów. Uczeń patrzył na samolot i zgadywał, a ekspert stwierdzał, czy to poprawna, czy niepoprawna odpowiedź. Po jakimś czasie uczniowie stawali się posiadaczami tajemniczej, niewytłumaczalnej wiedzy[67].
Między tym, co wiemy, a tym, czego jesteśmy świadomi, może istnieć spora przepaść. Badania nad umiejętnościami, które trudno poddać introspekcji, pokazują coś zaskakującego – pamięć ukryta jest całkowicie odrębna od jawnej, a uszkodzenie jednego typu nie ma wpływu na ten drugi. Dobrym przykładem są pacjenci z amnezją następową, którzy tracą zdolność świadomego zapamiętywania nowych doświadczeń. Jeśli spędzicie kilka godzin, próbując nauczyć ich gry Tetris, następnego dnia powiedzą wam, że nie pamiętają niczego takiego i nigdy wcześniej tej gry nie widzieli, a najprawdopodobniej również, że nie mają pojęcia, kim jesteście. Kiedy jednak przyjrzycie się ich wynikom w grze, zauważycie postęp, taki sam jak u ludzi z poprawnie działającą pamięcią[68]. Ich mózgi nauczyły się zasad, tyle że ich świadomość nie ma dostępu do tej informacji. (Co ciekawe, jeśli obudzi się pacjenta z amnezją w środku nocy po dniu, który spędził na grze w Tetris, powie wam, że śnił o spadających kolorowych figurach, choć nie będzie umiał powiedzieć dlaczego).
Oczywiście nie tylko sekserzy kurcząt, obserwatorzy samolotów i pacjenci z amnezją uczą się czegoś podświadomie: w zasadzie wszystkie nasze interakcje ze światem na tym się opierają[69]. Być może trudno wam będzie opisać słowami sposób chodzenia waszego ojca, kształt jego nosa lub śmiech, lecz kiedy zobaczycie kogoś, kto chodzi, wygląda lub śmieje się tak samo, natychmiast zauważycie podobieństwo.

Mózg to grupa współzawodników
„Czy ja sobie zaprzeczam?

Niech będzie, że sobie zaprzeczam,

(Jestem pojemny, zawieram miliony)”.
Walt Whitman, Pieśń o sobie, tłum. A. Szuba
A prawdziwy Mel Gibson wygląda tak…
28 lipca 2006 roku Mel Gibson został zatrzymany przez drogówkę na Pacific Coast Highway w Malibu w stanie Kalifornia za jazdę z prędkością niemal dwukrotnie przewyższającą dozwoloną. Funkcjonariusz James Mee wykonał test alkomatem – okazało się, że poziom alkoholu we krwi aktora wynosił jeden i dwie dziesiąte promila, czyli znacznie więcej niż dopuszcza prawo. Na siedzeniu obok kierowcy stała otwarta butelka tequili. Funkcjonariusz poinformował Gibsona, że jest aresztowany, i kazał mu wsiąść do policyjnego wozu. Ten incydent różni się od innych historii o pijanych gwiazdach Hollywoodu jednym szczegółem – niestosownym komentarzem, który wyrzucił wówczas z siebie pan Gibson. Powiedział: „ żydy… Żydzi są odpowiedzialni za wszystkie wojny na świecie”. Następnie zapytał policjanta: „Jesteś pan żydem?”. Mee rzeczywiście był tego wyznania. Gibson nie chciał wsiąść do policyjnego auta i trzeba było skuć go kajdankami.
W ciągu niespełna dziewiętnastu godzin sporządzony ręcznie raport policyjny „wyciekł” do portalu plotkarskiego TMZ.com, gdzie natychmiast został opublikowany. Wywołało to medialną burzę i już 29 lipca Gibson publicznie przeprosił za swoje zachowanie:
„Czwartkowej nocy pod wpływem alkoholu zrobiłem coś bardzo niewłaściwego, czego się wstydzę… Kiedy mnie aresztowano, zachowałem się jak ktoś zupełnie pozbawiony kontroli i wypowiedziałem słowa podłe, które nie odzwierciedlają moich poglądów. Jest mi głęboko wstyd za wszystko, co powiedziałem, i przepraszam wszystkich, których obraziłem… Swoim zachowaniem skompromitowałem siebie i swoją rodzinę, za co również jest mi przykro. Przez całe dorosłe życie walczyłem z nałogiem alkoholizmu i niezwykle żałuję, że do niego wróciłem. Przepraszam za wszelkie niestosowne zachowanie, którego dopuściłem się pod wpływem alkoholu, i oświadczam, że podjąłem już odpowiednie kroki, żeby wrócić do zdrowia”.
Abraham Foxman, lider Anti-Defamation League, organizacji walczącej z uprzedzeniami wobec żydów, wyraził oburzenie, że przeprosiny Gibsona nie zawierały żadnej wzmianki o antysemickich komentarzach. W odpowiedzi aktor wydał kolejne, dłuższe oświadczenie, skierowane szczególnie do społeczności żydowskiej:
„Nie ma żadnego wytłumaczenia i nie powinno być żadnej tolerancji dla kogoś, kto choćby w myślach wypowiada antysemickie uwagi. Chcę przeprosić wszystkich członków społeczności żydowskiej za jadowite i krzywdzące słowa wypowiedziane w noc, kiedy zostałem zatrzymany pod zarzutem jazdy po pijanemu […]. Zasady, w które wierzę, wymagają, abym obierał dobroć i tolerancję jako postawę życiową. Każdy człowiek jest dzieckiem Boga i chciałbym czcić swojego Boga poprzez szanowanie jego dzieci. Wiedzcie, i mówię to z głębi serca, że nie jestem antysemitą ani bigotem. Nienawiść w stosunku do kogokolwiek stoi w sprzeczności z moją wiarą”[134].
Gibson wyraził chęć spotkania w cztery oczy z przywódcami społeczności żydowskiej celem „znalezienia odpowiedniej drogi do wyleczenia”. Sprawiał wrażenie prawdziwie skruszonego, a Abraham Foxman przyjął jego przeprosiny w imieniu Anti-Defamation League.
Czy prawdziwe oblicze Gibsona to twarz antysemity? A może ujawniło się ono później, kiedy długo i ewidentnie szczerze przepraszał?
W opublikowanym w „The Washington Post” artykule Mel Gibson: It Wasn’t Just the Tequila Talking Eugene Robinson napisał: „Bardzo mi przykro z powodu nawrotu jego nałogu, ale nie trafia do mnie założenie, że odrobina, a nawet duża ilość tequili jest w stanie zamienić osobę tolerancyjną w toczącego pianę antysemitę, rasistę, homofoba czy innego rodzaju bigota. Owszem, alkohol niweluje zahamowania, wyciągając na zewnątrz nieocenzurowane opinie. Nie można jednak winić go za fakt, że takie opinie w nas drzemią”.
Mike Yarvitz, producent telewizyjnego programu publicystycznego Scarborough Country, wyraził poparcie dla opinii Robinsona, pijąc przed kamerą tyle alkoholu, aż poziom alkoholu w jego krwi wyniósł jeden i dwie dziesiąte promila, czyli dokładnie tyle, ile u Gibsona tamtego wieczoru, po czym stwierdził, że po kieliszku „nie bierze go antysemityzm”.
Jak wielu ludzi, Robinson i Yarvitz byli zdania, że alkohol poluzował panu Gibsonowi hamulce, ujawniając jego prawdziwe oblicze. Ich podejrzenia są podbudowane długą tradycją: grecki poeta Alkajos z Mityleny ukuł powiedzenie En oino álétheia („W winie prawda”), bardziej znane nam w łacińskiej wersji Pliniusza Starszego: In vino veritas. Babiloński Talmud zawiera podobną maksymę: „Wino weszło, sekret uciekł”, a także stwierdzenie, że „trzy rzeczy objawią prawdę o człowieku: jego kielich z winem, jego sakiewka i jego gniew”. Rzymski historyk Tacyt zaobserwował, że Germanie na naradach zawsze pili alkohol, aby żaden ze zgromadzonych nie kłamał.
Nie wszyscy jednak zgodzili się z tezą, że tequila ujawniła prawdę o Melu Gibsonie. Dziennikarz pisma „National Review” John Derbyshire stwierdził: „Na litość boską, facet był pijany. Każdy z nas mówi i robi głupoty, kiedy jest pod wpływem. Gdyby to mnie miano oceniać na podstawie moich pijackich wybryków, dawno byłbym wykluczony z towarzystwa ludzi dobrze wychowanych. Wy również, chyba że jesteście święci”. Konserwatywny działacz żydowski David Horowitz powiedział na antenie Fox News: „Ludziom w takiej sytuacji należy się współczucie. Odmawianie go temu człowiekowi byłoby niesprawiedliwością”. G. Alan Marlatt, psycholog zajmujący się uzależnieniami, napisał na łamach „USA Today”: „Alkohol to nie eliksir prawdy… Może, ale nie musi ujawniać prawdziwe uczucia”.
Okazuje się, że popołudnie przed aresztowaniem Gibson spędził u swojego przyjaciela Deana Devlina, producenta filmowego żydowskiego pochodzenia. Ten to tak skomentował: „Widywałem Mela, kiedy było z nim gorzej – staje się on wtedy zupełnie inną osobą. To dość przerażające”. Powiedział też: „Jeśli jest antysemitą, to bardzo dziwne, że spędza tyle czasu z nami [Devlinem i jego żoną, również Żydówką]”.
Kim zatem jest prawdziwy Gibson? Agresywnym antysemitą czy skruszonym, zawstydzonym człowiekiem, który publicznie oświadcza: „Proszę żydowską społeczność o pomoc”?
Wiele osób uważa, że w naturze człowieka leży posiadanie prawdziwego i fałszywego oblicza – innymi słowy, że ludzie mają jeden rzeczywisty cel, zaś reszta to jedynie dekoracja, wykręt lub przykrywka. Tak podpowiada nam intuicja, ale to nie do końca właściwe podejście. Z badań nad ludzkim mózgiem wynika, że natura ludzka jest bardziej złożona. Jak przekonamy się w niniejszym rozdziale, składamy się z wielu subpopulacji neuronowych (parafrazując Whitmana, zawieramy miliony). Krytycy Gibsona mogą utrzymywać, iż to faktycznie antysemita, zaś jego obrońcy temu przeczyć, niemniej obie strony konfliktu prawdopodobnie obstają przy niepełnym obrazie sytuacji, szukając potwierdzenia dla własnych uprzedzeń. Czy mamy powody wierzyć, że jeden mózg może mieć i rasistowskie, i nierasistowskie obszary?
Jestem pojemny, zawieram miliony
W latach sześćdziesiątych XX wieku pionierzy robotyki, pracując dniami i nocami, próbowali stworzyć proste programy, dzięki którym maszyny mogłyby manipulować drewnianymi klockami: wyszukiwać je, przenosić i układać w określone konstrukcje. Było to jedno z pozornie łatwych zadań, ale ostatecznie okazało się dość skomplikowane. Znalezienie klocka wymaga przecież zrozumienia, które piksele na obrazie z kamery mu odpowiadają. Robot musiałby rozpoznać klocek niezależnie od odległości i kąta, pod jakim leży. Podniesienie go wymaga wzrokowego sterowania szczypcami – przecież muszą zacisnąć się w odpowiednim czasie i punkcie z określoną siłą. Do ułożenia klocków jest potrzebna analiza położenia pozostałych elementów układanki i umiejętność dostosowania działania do tych informacji. Wszystkie te programy muszą być zsynchronizowane w taki sposób, aby uruchamiały się w odpowiednim czasie i we właściwej kolejności. Jak przekonaliśmy się w poprzednim rozdziale, na oko proste zadania mogą wymagać bardzo złożonych systemów.
Kilkadziesiąt lat temu ten trudny problem konstrukcyjny zainteresował informatyka Marvina Minsky’ego i jego zespół. Przedstawili oni nowatorskie rozwiązanie: a może robot byłby w stanie poradzić sobie z tym zadaniem, gdyby delegował poszczególne działania wyspecjalizowanym systemom pomocniczym – niedużym programom, z których każdy zajmowałby się jednym wybranym aspektem problemu. Jeden program wykonałby zadanie znalezienia klocków, drugi rozwiązywałby problemy związane z przenoszeniem, a trzeci – z układaniem. Te bezmyślne podsystemy można by połączyć w określoną hierarchię, jak w firmie, tak, że potrafiłyby przekazywać informacje sobie nawzajem oraz swoim szefom. Dzięki tej hierarchii program od układania klocków nie zaczynałby pracy, dopóki nie skończyłyby działać systemy odpowiedzialne za ich odnajdywanie i przenoszenie.
Koncepcja podsystemów nie rozwiązała problemu, jednak okazała się bardzo pomocna. Co ważniejsze, uświadomiła nam coś o działaniu mózgów organicznych. Minsky postawił tezę, że ludzki mózg może składać się z niezliczonych mechanicznych, wzajemnie połączonych podsystemów, które same w sobie działają bezmyślnie[135]. Najważniejszy w jego koncepcji był pomysł, że duża liczba drobnych, wyspecjalizowanych programów potrafi stworzyć coś na kształt społeczeństwa o rozmaitych cechach, których nie ma żadna tworząca go jednostka. Minsky pisał: „Każdy z tych mentalnych pośredników sam z siebie potrafi wykonać tylko jakąś prostą pracę, niewymagającą żadnej myśli ani świadomości. Jednak połączenie – w pewien bardzo określony sposób – pośredników w społeczeństwo prowadzi do rozwoju inteligencji”. Według tej teorii tysiące maleńkich umysłów są lepsze niż jeden większy.
W zrozumieniu tej teorii pomaga przykład fabryki: każdy robotnik pracujący przy linii produkcyjnej specjalizuje się w bardzo określonym aspekcie montażu. Nikt nie umie wykonać całej pracy; zresztą nawet gdyby umiał, pracując sam, miałby mniejszą efektywność. W ten sposób działają również ministerstwa: każdy biurokrata zajmuje się jednym lub zaledwie kilkoma typami zadań, zaś sukces rządu zależy od jego umiejętności odpowiedniego rozdzielenia pracy. Patrząc w większej skali, ten sam model działania widzimy na przykładzie różnych cywilizacji: osiągają kolejny stopień rozwoju, gdy uczą się dystrybuować pracę, każąc jednym fachowcom zajmować się rolnictwem, innym sztuką, jeszcze innym wojną i tak dalej[136]. Podział pracy prowadzi do wyższej specjalizacji i pogłębienia umiejętności.
Pomysł dzielenia problemów na mniejsze wywołał nową falę entuzjazmu w młodej dziedzinie robotyki. Informatycy zaprzestali prób skonstruowania pojedynczego wielofunkcyjnego programu czy robota, a skoncentrowali się na wyposażeniu systemu w sieć mniejszych „lokalnych specjalistów”, którzy wiedzieli, jak zrobić daną rzecz dobrze[137]. W takim układzie większe systemy musiały jedynie się orientować, kiedy przekazać kontrolę danemu specjaliście. Maszyny muszą się teraz uczyć nie tego, jak rozwiązać dany problem, ale raczej kolejności dystrybucji poszczególnych zadań[138].
W książce The Society of Mind Minsky wysunął hipotezę, że właśnie w taki sposób może działać ludzki mózg. Nawiązując do opracowanej przez Williama Jamesa koncepcji instynktów, stwierdził, że jeśli opiera się on na takich zasadach – na zespołach podsystemów – nie ma powodu, byśmy byli świadomi działania wszystkich wyspecjalizowanych procesów:
„W nasze umiejętności przewidywania, wyobrażania, planowania, uprzedzania zdarzeń i zapobiegania zaangażowane są tysiące, a może nawet miliony drobnych procesów – lecz wszystko przebiega tak automatycznie, że uznajemy to za «zwykły zdrowy rozsądek» […]. Początkowo może nam się wydać niewiarygodne, że nasze umysły korzystają z tak złożonych mechanizmów, a nie są ich świadome”[139].

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4978198/mozg-incognito-wojna-domowa-w-twojej-glowie
Cytat:
Jeśli świadomy umysł – ta część, którą uważamy za nasze „ja” – jest tylko wierzchołkiem góry lodowej, czym zajmuje się reszta mózgu?

W tej błyskotliwej i prowokującej książce znany neurobiolog David Eagleman przemierza głębiny podświadomego mózgu, aby rozjaśnić zaskakujące tajemnice.

Dlaczego twoja stopa znajduje się już w połowie drogi do pedału hamulca, zanim zdasz sobie sprawę z niebezpieczeństwa, które na ciebie czyha? Dlaczego słyszysz swoje imię w rozmowie, której nie sądziłeś, że słuchasz? Co łączy Ulissesa z kryzysem kredytowym? Dlaczego Thomas Edison poraził słonia prądem w 1916 roku? Dlaczego osoby, których imiona zaczynają się na literę J, są bardziej skłonne do poślubiania osób o imionach na tę samą literę? Dlaczego tak trudno jest dochować tajemnicy? I jak to w ogóle możliwe, żeby się na siebie złościć – kto dokładnie jest na kogo zły?

Autor w przekonujący sposób dowodzi, że często działamy nieświadomie i bez tego nasze życie utknęłoby w martwym punkcie, a nasz mózg to wewnętrzna drużyna rywali, dzięki czemu potrafimy być kreatywni.

„Mózg incognito to ekscytująca eksploracja umysłu i wszystkich jego sprzeczności.
David Eagleman ujawnia z typową dla siebie gracją i elokwencją wszystkie neuronowe sztuczki magiczne kryjące się za poznawczą iluzją, którą nazywamy rzeczywistością”.
Jonah Lehrer, autor "How We Decide"

Zajebista!!!
To jest książka z tych, które czyta się jednym ciągiem, bo kończąc jeden rozdział, myśli się o tym co będzie w następnym.
 
     
Witold Jarmolowicz 
Site Admin

Pomógł: 57 razy
Dołączył: 06 Sie 2007
Posty: 10198
Wysłany: Wto Kwi 07, 2026 13:50   

Richard Feynman - Woda
https://www.youtube.com/watch?v=uyZBt3ca6wU
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Wto Kwi 07, 2026 21:38   

Witold Jarmolowicz napisał/a:
Richard Feynman - Woda
https://www.youtube.com/watch?v=uyZBt3ca6wU


No wiecie co. Filmy z jutuba w temacie o literaturze?
Panie. Tu jest kiosk ruchu. Ja tu mięso mam.

Film fajny. Tyle, że H²O jako rozpuszczalnik na końcu, a to właśnie jest czynnik emergentności wody.
Dzięki temu powstało życie. Emergentność ewolucji jest wynikiem emergentności wody, która reagując z materią tworzy coraz bardziej złożone struktury. I coś mi mówi, że nie wyczerpała jeszcze wszystkich możliwości.
Co prawda dzięki napięciu powierzchniowemu, adhezji i kohezji funkcjonuje układ krążenia, (bo to włośniczki odwalają większość roboty), który w dużej mierze oparty jest na efekcie kapilarnym, ale gdyby woda nie była rozpuszczalnikiem, to nie była by nośnikiem składników mineralnych.

Łatwo popaść w jakieś metafizyczne myślenie oglądając takie filmy. Od razu kojarzy się to np z "Solaris" Stanisława Lema itp.
Mimo, że funkcjonowanie komórek organizmów zwierzęcych czy roślinnych opiera się na prostych zjawiskach jak osmoza, to bardziej chodzi o całokształt.
Tzn czy powstanie tak skomplikowanych systemów jak organizmy ludzi, delfinów, słoni, wymusiły same prawa fizyki, czy potrzeba do tego czegoś więcej.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Nie Kwi 12, 2026 08:38   

Cytat:
Świątynia Salomona i wolnomularze
W czasach, kiedy większość siły roboczej była przywiązana do ziemi, murarze byli ludźmi wolnego zawodu – na własną rękę szukali pracy, gdzie się dało, a w Szkocji i Anglii w wiekach średnich zaczęli się łączyć w związki wzajemnego wsparcia. Istniały dwa rodzaje murarzy: jedni pracowali w kamieniu z grubsza tylko obrobionym, kładli fundamenty i wznosili ściany drudzy zaś, bardziej mobilni, tworzyli w miększym kamieniu rzeźby zdobiące fasady katedr. Taki kamień po angielsku nazywano freestone („wolny”), a pracujących z nim elitarnych murarzy czy kamieniarzy zwano freestone masons, w skrócie freemasons („wolni murarze”). Podróżując po Wielkiej Brytanii, zatrzymywali się na kwaterach, lodges (znaczy też „domek”, „loża”), a po reformacji w XVI wieku w wolnym czasie w swoich kwaterach czytali Biblię. Kościół katolicki nie zachęcał do tłumaczenia Biblii na języki narodowe, obawiając się, że zastąpi ona papiestwo jako źródło autorytetu w sprawach wiary. I właśnie dokładnie do tego palili się protestanci w Szkocji i Anglii, ponieważ odkryli, że Pismo Święte zawiera rewolucyjne treści, na przykład mówi o prorokach, którzy obalili niegodziwych królów, a jednocześnie bynajmniej nie popiera poglądu, jakoby biskup Rzymu, czyli papież, miał być najwyższym przywódcą uniwersalistycznego Kościoła.
Z kolei protestanci stwierdzili, że Biblia sama jest Słowem Bożym, a wolni murarze (wolnomularze) zwrócili baczną uwagę na Drugą Księgę Kronik i opis tego, jak Salomon poprosił Hirama o zbudowanie Świątyni, z wyszczególnieniem jej dokładnych wymiarów. Ich zdaniem, skoro Bóg sam zadał sobie trud, żeby o nich wspomnieć, muszą zawierać jakieś głębokie teologiczne prawdy. Na wolnomularzach szczególne wrażenie zrobił Hiram – nie król Tyru o tym samym imieniu, lecz Hiram, syn wdowy, nazwany przez nich „Hiram Abiff”. Człowiek ten wykonał w Świątyni Salomona najniezwyklejszą pracę – odlał z brązu ogromną misę nazwaną morzem oraz potężne kolumny: Jakin i Boaz. Jak powiada Biblia, Hiram był „pełen mądrości, rozsądku i umiejętności” (1 Krl 7,14).
Skuteczność działania wspomnianych murarskich związków wzajemnego wsparcia polegała na ich ekskluzywności – były to kluby otwarte wyłącznie dla wolnych murarzy, czego dopilnowano, rozwijając system znaków i rytuałów podobno przekazywanych od najdawniejszych czasów, i tylko one dawały dostęp do prywatnych spotkań. Jeden z takich rytuałów dotyczył Hirama Abiffa, któremu wolnomularze dodali historię daleko wykraczającą poza krótką biblijną wzmiankę. Hiram Abiff, twierdzili, znał sekret Świątyni. Porwało go trzech łotrów i zagroziło, że go zabiją, jeśli nie wyjawi im sekretu „słowa Pana” – termin używany przez murarzy w ich fachu dla odróżnienia zapłaty i przydzielonych zadań, ale także, jako nowo wprowadzony rytuał, niosący ze sobą głębsze, mistyczne znaczenie. Hiram odmówił wyjawienia sekretu i napastnicy go zamordowali.
Kiedy Salomon się o tym dowiedział, zastanawiał się, jakąż to tajemnicę skrywał Hiram, i wysłał trzech murarzy, by poszukali jego ciała. Powiedział im też, że jeżeli nie znajdą sekretu, to pierwsze, co zobaczą po znalezieniu ciała Hirama, ma się stać sekretem Świątyni. Murarze znaleźli trumnę Hirama Abiffa, a po jej otwarciu jako pierwszą rzecz zobaczyli jego rękę – stąd wywodziło się uściśnięcie dłoni i inne znaki rozpoznawcze nowego sekretu. Na podstawie tej historii rozwinięto rytuał, w którym wolnomularze awansowali stopień po stopniu, od ucznia, przez czeladnika, po mistrza murarki. Przejście na trzeci stopień wymaga, aby kandydat zgodził się przejść przez cierpienia Hirama Abiffa, na wypadek gdyby zdradził masońskie sekrety, a jeśli kiedykolwiek złamie przysięgę, bracia masoni będą mieli prawo wyciąć mu serce, wątrobę i wnętrzności w taki sam sposób, w jaki patroszy się zdrajcę, wiesza, topi i ćwiartuje.
Związki rzemieślników murarskich już wtedy przechodziły przemianę, która odmieni ich zasadniczą naturę. Aby podnieść pozycję swoich stowarzyszeń, wolnomularze zapraszali wpływowych ludzi jako patronów. To sprawiło, że związki te stały się atrakcyjne społecznie, co w połączeniu ze studiowaniem Biblii przyciągnęło zaciekawioną elitę: szlachtę, uczonych, ludzi wolnych zawodów i kupców, tak że około 1700 roku owych „przyjętych” czy „domyślnych” masonów było więcej niż osób rzeczywiście parających się murarką. Nowożytna instytucja nazwana dziś wolnomularstwem narodziła się, kiedy cztery londyńskie lodges, skupiające zarówno „domyślnych”, jak i „czynnych” murarzy, w 1717 roku połączyły się, tworząc Wielką Lożę. Na jej czele postawiono nie prawdziwego murarza, lecz szlachcica, i odtąd wielkim mistrzem już nigdy nie został człowiek rzeczywiście wykonujący rzemiosło murarskie.

Wolnomularze i templariusze
Wieści o sformowaniu londyńskiej Wielkiej Loży i działalności brytyjskich masonów szybko rozeszły się po Europie. W latach 30. XVIII wieku loże masońskie istniały już w Holandii, we Francji, w Niemczech i innych państwach, często założone przez reprezentantów londyńskiej Wielkiej Loży, którzy w celu propagowania ruchu wyjeżdżali za granicę, a czasami przez miejscowych mieszkańców, zainspirowanych Wielką Lożą, ale niepodlegających jej kierownictwu. Jednak mimo że wolnomularstwo zdobywało na kontynencie popularność, niektórzy postrzegali je jako niepokojąco obce. Nie wyrosło przecież z żadnej starej rzemieślniczej organizacji, jakie kiedyś działały we Francji, w Niemczech i innych krajach kontynentalnych. Było sprowadzone z Wielkiej Brytanii, kraju chwalebnej rewolucji (1688), która definitywnie ograniczyła kompetencje osoby panującej i podzieliła władzę między monarchię, parlament i sądownictwo oraz wprowadziła pewien stopień tolerancji religijnej. Lud Europy podziwiał Wielką Brytanię jako państwo postępowe i tolerancyjne, ale jej instytucje i wynalazki, szczególnie masoneria, wśród arystokratycznych władców europejskich i w Kościele katolickim budziły głęboką nieufność.
Choć wolnomularstwo w Wielkiej Brytanii było nieszkodliwą i na ogół braterską organizacją ludzi klasy średniej, dla których loże spełniały podobną społeczną funkcję jak klubokawiarnie, wykształciło kult skrytości i powiązania z wiedzą tajemną wywodzącą się ze Świątyni Salomona. Wcześniej Agrippa połączył templariuszy z czarownictwem i mocami okultystycznymi. Pozostawało scalić to wszystko w jeden potężny okultystyczny mit i właśnie do tego doszło, gdy masoneria została bezpośrednio powiązana z templariuszami – co wydarzyło się nie w Wielkiej Brytanii, lecz w Europie kontynentalnej.
Pierwszy krok w tym kierunku zrobił w 1736 albo 1737 roku Szkot Andrew Michael Ramsay, jakobita żyjący na wygnaniu we Francji, który jako kanclerz francuskiej Wielkiej Loży wprowadził do masonerii fikcyjny kontekst krucjat i odniesienia do klasy arystokratycznej. Brytyjskie wolnomularstwo było z natury demokratyczne, wśród jego członków znajdowali się rzemieślnicy i arystokraci, ludzie wolnych zawodów, uczeni i handlarze klasy średniej, wszyscy chętni do tego, by się obracać nawzajem w swoim towarzystwie. Jednak dla wyższych sfer francuskiego społeczeństwa nie do pomyślenia było przebywanie w towarzystwie ludzi pracujących ani należenie do instytucji, która wyrosła z ich środowiska. Francuska szlachta chciała się wyraźnie wyróżniać w społeczeństwie – stylem, nostalgią i romantyką. Ramsay dawał to Francuzom szczodrą ręką, sugerując, że wolnomularze byli też wojowniczymi rycerzami walczącymi w Ziemi Świętej, i wkrótce przekształcił francuską masonerię w międzynarodowe tajne stowarzyszenie rycerskie. „Nasi przodkowie, krzyżowcy, którzy podążali z różnych stron chrześcijańskiego świata do Ziemi Świętej, chcieli skupić osoby z każdego narodu w jedno duchowe braterstwo” – obwieścił Ramsay podczas swojej przemowy w paryskiej Loży Świętego Jana, wygłoszonej albo 27 grudnia 1736 roku, albo 21 marca 1737.
Ramsay przedstawił własną wersję przeszłości. Jego zdaniem krzyżowcy próbowali odbudować Świątynię Salomona we wrogim środowisku i opracowali system tajnych znaków i rytuałów, aby chronić się przed muzułmańskim nieprzyjacielem, który w przeciwnym wypadku przeniknąłby w ich szeregi i poderżnąłby im gardła. Ramsay twierdził również, że po upadku Outremer krzyżowcy wrócili do swoich ojczyzn w Europie i założyli tam loże wolnomularskie. Z czasem jednak ich loże i rytuały zostały zapomniane i jedynie wśród Szkotów zachowały swą dawną świetność:
Od tamtej pory Wielka Brytania była siedzibą naszego zakonu, opiekunem naszych praw i depozytariuszem naszych sekretów. […] Z Wysp Brytyjskich sztuka królewska obecnie z powrotem wkracza do Francji. […] W tej szczęśliwej epoce, w której umiłowanie pokoju stało się cnotą bohaterów, ten naród, jeden z najbardziej uduchowionych w Europie, będzie ośrodkiem zakonu. Z wdziękiem, delikatnością i dobrym smakiem [Francja] przyoblecze się w naszą pracę, nasze statuty, nasze obyczaje, a te jej cechy są niezbędne dla zakonu, który zasadza się na mądrości, sile i pięknie geniuszu. W przyszłości Francuzi będą się uczyć w naszych lożach jak w szkołach publicznych, bez podróżowania poznając charaktery wszystkich narodów, a owi cudzoziemcy dowiedzą się, że Francja jest domem wszystkich narodów.
W tamtym momencie Ramsay nic nie powiedział o templariuszach, być może z obawy, by nie narazić się wciąż silnej francuskiej monarchii i Kościołowi. Jednak w 1749 roku, sześć lat po śmierci Szkota, w Glasgow opublikowano jego monumentalne dzieło The Philosophical Principles of Natural and Revealed Religion, w którym autor twierdzi: „każdy mason jest rycerzem templariuszem”, i ta uwaga nie zostanie zapomniana.
Powiązanie z krzyżowcami rozwinięto następnie w Niemczech około 1760 roku, gdy pewien Francuz udający szkockiego szlachcica i sam siebie nazywający George’em Frederickiem Johnsonem utrzymywał, że ma bezpośredni dostęp do tajemnic templariuszy. To także odpowiadało lokalnym gustom, ponieważ Niemcy byli staroświeckim społeczeństwem hołdującym podziałowi na rangi i siłą rzeczy opierali się egalitarnym i racjonalistycznym ideom brytyjskiego wolnomularstwa. Nieprawdziwe powiązanie z templariuszami podsunęło niemieckim masonom gotycką atmosferę i silną nutę okultyzmu.
W koktajlu historycznym Johnsona wielcy mistrzowie templariuszy spędzali czas na Wschodzie, ucząc się sekretów i nabywając skarb żydowskich esseńczyków (z ich gminy wywodzą się znalezione później nad Morzem Martwym słynne zwoje), z którymi przypuszczalnie jakiś związek miał Święty Jan Chrzciciel. Zdobyta wiedza i skarby były przekazywane z jednego wielkiego mistrza na drugiego i tak wszedł w ich posiadanie Jakub de Molay, który w tej wersji dziejów nosił też imię Hiram. W noc poprzedzającą egzekucję podobno polecił grupie templariuszy – którzy jakimś cudem zebrali się w pokaźnej liczbie – by weszli do krypty paryskiej Temple i zabrali z niej skarb, składający się z: siedmioramiennego świecznika skradzionego ze Świątyni przez rzymskiego cesarza Tytusa, z korony Królestwa Jerozolimskiego oraz Całunu. Wszystkie te cenne rzeczy zabrano do atlantyckiego portu La Rochelle, skąd 18 galer templariuszy uciekło na szkocką wyspę Mull, gdzie rycerze osiedli i nazwali się wolnomularzami. Szkoccy wolnomularze – twierdził fałszywy Szkot Johnson – to bezpośredni spadkobiercy templariuszy.
Potem, w 1789 roku, przyszła francuska rewolucja i wstrząsnęła europejską opinią publiczną do głębi. Próbując zrozumieć przyczynę tak dramatycznych wydarzeń, wielu przyjęło fikcyjne wytłumaczenie, że tajne organizacje manipulowały sprawami państwa.
"Templariusze. Historia i mity" - Michael Haag

Czyta się bardziej jak powieść Dana Browna, a nie jak książkę historyczną.
Po otwarciu książki rzuca się w oczy tysiąc pińcet sto dziewińcet rozdziałów.
Ale to jest fajne, bo rozdziały są krótkie, bez zbędnej pisaniny o rzeczach nieistotnych.
Szukałem czegoś podobnego o zakonie krzyżackim, żeby skonfrontować to między innymi z powieścią "Krzyżacy" Heńka Sienkiewicza, którego nie trawię, a musiałem czytać jego powieści, bo to były lektury obowiązkowe.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Nie Kwi 12, 2026 08:39, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Wto Kwi 14, 2026 20:57   

Cytat:
Przed laty został przyjęty do naszej kliniki, z powodu ciężkiej uogólnionej infekcji, Jerzy Turowicz, redaktor naczelny “Tygodnika Powszechnego”. Infekcję udało się nam opanować, ale pozostała arytmia. Serce biło złym, groźnym rytmem, jednym z tych, które nie cofają się same, a zwiastują najwyższe niebezpieczeństwo. Stosowaliśmy silne leki - bezskutecznie. Stanęliśmy u kresu naszych możliwości. Pewnego wieczoru odwiedziłem Jerzego w separatce, posłuchałem serca i wróciłem do domu, przygnębiony własną bezsilnością. Kiedy na drugi dzień, wcześnie rano, przyłożyłem słuchawkę, usłyszałem czysty, miarowy, prawidłowy rytm serca. Nie wierzyłem własnym uszom, ale potwierdzenie przyniósł zapis EKG. Zapytałem zdumiony: “Jerzy, czy coś się stało ostatniej nocy?”. Odpowiedział mi z tym swoim łagodnym, dobrym uśmiechem: “Wiesz, Ojciec Święty zatelefonował do mnie, po północy, z Watykanu”.

Przed sześciuset laty Petrarka twierdził, iż gdyby wziąć tysiąc ludzi cierpiących na tę samą chorobę i połowę z nich oddać w ręce lekarza, połowę zaś zostawić swojemu losowi, to ci ostatni mieliby lepsze szanse na wyzdrowienie. Przez wieki też powtarzano, iż między dobrym a złym lekarzem różnica jest ogromna, lecz między dobrym lekarzem a brakiem lekarza nie ma różnicy żadnej. Harwardzki biochemik Henderson uważał, iż dopiero około 1910 roku przeciętny chory, zgłaszający się do przypadkowo wybranego lekarza, miał pierwszy raz w historii szansę przekraczającą 50%, by odnieść z tej wizyty korzyść. Jeśliby tak było, to jak mogła przez tysiąclecia funkcjonować medycyna? Czym wytłumaczyć wyzdrowienia? Czyż nie były one udziałem lekarzy, z wyjątkiem może tych najbardziej miernych?
Paradoks ten wyjaśnił Hipokrates uzdrowicielską siłą natury. To w samej naturze - uczył on - drzemią dobroczynne, lecznicze siły, lecznicza moc (vis medicatrix naturae). Trzeba zaufać naturze. Przy łóżku chorego obserwować bacznie, jak ona postępuje, pomagać jej, nigdy nie szkodzić. Takie też było pierwotnie znaczenie aforyzmu - powtarzanego dziś równie często jak przed wiekami - primum non nocere: przede wszystkim nie szkodzić. Lekarz ma być pomocnikiem przyrody, a nie jej nauczycielem: ma być minister, a nie majster naturae. Hipokratejczycy widzieli, jak przesileniu (aisis) choroby towarzyszyły poty, biegunka, wymioty, ropienie, katar, odkrztuszanie flegmy, krwawienia, upławy. Te objawy interpretowali jako dowód, iż organizm ma w sobie naturalne siły, by przywrócić równowagę humoralną stanowiącą o zdrowiu, by pozbyć się złych soków i szkodliwych składników, by się oczyścić. I już w przedhipokratejskiej Grecji pralekarzy nazywano "oczyścicielami" {kathartai), wymieniając ich jednym tchem z magami, którzy znali zaklęcia miłosne i sprzedawali amulety oraz talizmany odczarowujące chorobę. Wierzono, iż chorobę zsyłają bogowie za karę, więc zadaniem lekarza-wróżbity było rozpoznać i wyjawić, jak oczyścić się z grzechu, by wrócić do zdrowia. Tak Kalchos w Iliadzie przedstawił sposoby składania ofiar oczyszczających, gdy w wojsku greckim wybuchła zaraza.

"Katharsis. O uzdrowicielskiej mocy natury i sztuki" - Andrzej Szczeklik


Hehe. Voltaire mówił, że rolą lekarza jest zabawianie pacjenta tak długo, aż natura zrobi swoje.

Książka fragmentami ciekawa, ale jako całość zadka nie urywa.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Śro Kwi 15, 2026 15:14   

Chyba da się to podpiąć pod literaturę naukową.
Cytat:
TAJEMNICZA SPRAWA WIARY
Większość ludzi „niereligijnych”
i tak ciągle zachowuje się religijnie,
nawet jeśli nie zdają oni sobie z tego sprawy.
Mircea Eliade, Sacrum i profanum
Religie mają trwały wpływ na nasze życie. Bezpośrednio lub pośrednio, otwarcie lub w utajeniu – niezależnie od tego, czy sam człowiek uważa się za religijnego czy też nie. Poczucie sprawiedliwości jest uczuciem najgłębiej religijnym, gdyż zakłada istnienie jakiegoś wyższego porządku. Skryte bądź jawne, skrywane lub manifestowane – w ludziach istnieją namiętności religijne. Także ktoś, kto nie przejmuje się swoją wiarą, jest poddany boskiej opiece, bo ona obejmuje wszystkich i nigdy nie ustaje, nie zaznaje spoczynku i towarzyszy człowiekowi od chwili narodzin aż po grób. Nawet konsekwentni agnostycy sięgają po resztki religijnych uczuć, gdy zbliża się Boże Narodzenie. Aniołowie pozostają aniołami, nawet jeśli absurdalnie i niezręcznie nazywa się je (jak w dawnej NRD) „skrzydlatymi postaciami kończącego się roku”.
Chrześcijaństwo przejęło anioły, ale ich rodowód w żadnym razie nie jest chrześcijański. Są obecne zarówno w judaizmie, jak i w islamie, i wszędzie noszą tę samą nazwę. To stwierdzenie nie przybliża nas jeszcze do prawdy o ich proweniencji. W wyznaniach monoteistycznych, w których centrum znajduje się jeden Bóg, anioły zręcznie skrywają mroczną stronę swego pochodzenia. Jak wiele innych zewnętrznych kwestii związanych z wiarą, są przede wszystkim elementami tajemnych religii i występują w kilku rolach jednocześnie.
Religie wciągają nas nie tylko w czasie świąt Bożego Narodzenia. Dzieje się tak również w Wielkanoc – czy zadajemy sobie pytanie, jaki jest związek między cierpiącym na krzyżu Jezusem, który wziął na siebie wszystkie ludzkie grzechy, a wesoło i kolorowo pomalowaną pisanką?
Skryte i tajemnicze ścieżki nieprzeniknionego królestwa religii przypominają kreteński labirynt Minotaura. I właśnie dlatego, że te drogi są ukryte, wciąż nas zwodzą i każą krążyć w kółko; trzymamy się tajemnic w religiach jak jakiejś nici Ariadny, mając nadzieję, że pozwoli nam ona wydostać się z tego labiryntu.
Wejście w świat tajemnych religii oznacza, że zdejmujemy z oczu klapki, jakie nałożyły nam wychowanie, nawyki, naiwność oraz ignorancja, i postrzegamy rzeczywistość w całej jej złożoności – także i przede wszystkim w tym wymiarze, który zwykle z wiadomych względów pomijamy. A przecież dobrze wiedzieć, w jaki sposób powstała ziemia, na której stoimy. Wyruszajmy zatem w drogę ku ukrytym regionom naszej egzystencji.
Wiara uznana przez państwo istnieje w przestrzeni publicznej. Religie prześladowane trwają w wyznaniach oficjalnie akceptowanych i uznawanych, heterodoksja trwa w ortodoksji. Kościół najlepiej chroni przed prześladowaniami Kościoła. Religie kryją tajemnice: z jednej strony te wyjawiane otwarcie i określane mianem misterium, z drugiej strony te niewidoczne, starannie maskowane i przemilczane bądź negowane. Podobnie jednak jak w popularnej [1] historii o papieżycy Joannie pewnego dnia wszystkie tajemnice wyjdą na jaw, choćby wcześniej nie wiadomo jak dobrze były chronione.
Prześladowane wyobrażenia religijne i skrywane uroczystości, które przetrwały w oficjalnych wyznaniach, to tajemne religie. W tej książce je zdemaskujemy.
W treści, rytuałach i świętach istniejących obecnie religii – zwłaszcza wielkich religii monoteistycznych: judaizmu, chrześcijaństwa i islamu, w których czci się jednego Boga – a także w naszych świętach i nawet zwyczajach, które weszły już do życia codziennego, kryją się elementy innych, znacznie starszych wyznań. Im częściej ogłasza się ich nieistnienie, tym bardziej one istnieją, jakby na przekór – oczywiście nierozpoznane i otoczone powłoczką wiary chrześcijańskiej bądź muzułmańskiej.
Jesteśmy zatem na tropie tego, co przetrwało, a co przez tysiąclecia nie straciło nic ze swej żywotności. Badanie śladów tych pozostałości oznacza wejście w świat tego, co w naszej nowoczesnej egzystencji wypierane, zatajane, przemilczane i negowane. Ta nowoczesna egzystencja jest zresztą znacznie bardziej przednowoczesna, niż się to powszechnie przyjmuje. Ukryte wyobrażenia religijne osadziły się bowiem głęboko w ludzkiej podświadomości.
To jest jedna, być może najważniejsza strona tajemnych religii. Druga strona – to to, co wciąż trwa, co gdzieś na marginesie życia publicznego praktykuje się w małych wspólnotach wiernych, otoczonych kordonem tajemnicy. Do takich wspólnot wyznaniowych należą choćby gnostycy, katarzy, zwolennicy Fethullaha Gülena czy druzowie. Praktykowanie tych religii uważa się za podróż w głąb boskiej tajemnicy albo – inaczej – za poszukiwanie ukrytej drogi zbawienia. Samo słowo „zbawienie” brzmi dziś trochę obco albo banalnie, ale w sensie religijnym pojmowane jest jako niewysłowione szczęście. A któż nie chciałby być szczęśliwy?
Obie strony tych tajemnych religii mają swe źródło w dawnych wierzeniach i formach, które dziś stanowią podglebie naszych wyznań i zwyczajów albo funkcjonują jako krypty, jako stare przekazy religijne, lub trwają i rozwijają się w kościołach, sektach, wspólnotach wyznaniowych i tajnych zakonach.
ANIOŁOWIE I PISANKI – W CO WIERZYMY, KIEDY WIERZYMY?
Na co dzień z tajemnymi religiami jest tak, jak w historii pewnego tureckiego rolnika. Człowiek ten pracował na swym polu, a kiedy chciał coś zjeść, siadał na leżącym tam kamieniu i jadł przyniesioną z domu strawę. Pewnego dnia na jego pole przybyli ludzie, po których znać było wykształcenie, choć ubrani byli raczej niedbale. Delikatnym pędzelkiem zaczęli niezwykle uważnie i pedantycznie czyścić ów kamień, na którym siadywał właściciel. Rolnik czekał z niecierpliwością, co powiedzą przybyli – wydawało mu się, że upłynęła cała wieczność, nim oznajmili mu, że ten kamień jest pozostałością tympanonu antycznej świątyni i że był niegdyś śnieżnobiały. Poczciwiec patrzył zdumiony i nie mógł uwierzyć własnym uszom. Jakże to, siedem metrów pod powierzchnią jego pola leżało jakieś starożytne miasto, które tymczasem pokrył kurz tysiącleci? Czyż nie znajdował się na ziemi swoich przodków? Ta wiadomość nie pasowała do jego obrazu świata. Nigdy jednak nie zadał sobie pytania, jak daleko w przeszłość sięga historia jego rodziny. Kiedy się dobrze zastanowimy, z nami dzieje się tak samo.
Stare religie uległy wprawdzie zapomnieniu (albo wiedzą o nich jeszcze tylko specjaliści), ale wnikają w nasze życie jak ten stary, zniszczony kamień – na co dzień posługujemy się nimi jako czymś oczywistym i właściwie tego nie dostrzegamy. Inaczej mówiąc i formułując to bardziej ogólnie: tam, gdzie panuje chrześcijaństwo, judaizm lub islam, niekoniecznie i nie w każdym przypadku jest to w istocie chrześcijaństwo, judaizm i islam.
Z rzadka tylko znamy te dawne wierzenia, w każdym razie strażnicy poszczególnych wyznań próbują przemilczeć ich wpływ na obecne religie. Jeśli pozostać przy naszej opowieści o tureckim rolniku, to hierarchowie lub oficjalni przedstawiciele monoteistycznych religii nigdy nie zdradziliby temu chłopu, na czym naprawdę siadywał do posiłku. Przeciwnie, za wszelką cenę staraliby się zataić przed nim prawdę.
Niezależnie od tego, czy rytuały sprawowano po cichu i w tajemnicy, czy też ich początki popadły w zapomnienie (jak np. w chrześcijaństwie, które wepchnęło pogańskie święto w przykrótkie chrześcijańskie szaty Wielkanocy) – te stare wierzenia przetrwały w utajeniu w nowych formach. W ten sposób stały się tajemnymi religiami wśród religii świata i dzięki temu należą do naszej codzienności. I nie ma tu znaczenia, czy ktoś należy do jakiegoś Kościoła czy nie.
Podążanie tropem tajemnych religii jest nie tylko fascynujące, ale z dwóch powodów także pożyteczne. Po pierwsze, przyczynia się do odsłonięcia ukrytej, często wypieranej strony naszej tożsamości; po drugie natomiast, znajomość ukrytych źródeł różnych religii jest warunkiem podejmowania dyskusji w świecie podzielonym również walkami religijnymi. Czystość jest bowiem często śmiertelną fikcją.
Podejmijmy zatem tę niewygodną, lecz pouczającą podróż do tajemniczych źródeł różnych religii. Wyprawa taka obiecuje przygodę nie mniejszą niż ta, jaką było w swoim czasie odkrycie źródeł Nilu. Aby dać się oczarować światu, należy ten świat wcześniej odczarować.
"Tajemne religie" - Klaus-Rüdiger Mai

Dalej jest tylko ciekawiej. :)
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Czw Kwi 16, 2026 18:24   

"Na początku 163 roku najelegantsi obywatele Rzymu swoich czasów zebrali się w wyjątkowo nieeleganckim pomieszczeniu. Ludzie ci nie tylko byli zamożni, lecz także odznaczali się czymś, co w tamtym okresie uważano za wyjątkowo stylowe: należeli do elity intelektualnej imperium. Pośród zbierającego się tłumu można było dostrzec wybitnych filozofów, uczonych i myślicieli.
Naprzeciw tego doborowego towarzystwa znajdował się jednak mniej szacowny gość – na szerokim stole ustawionym w przedniej części sali leżał przerażony wieprzek z mocno skrępowanymi czterema kończynami.
Młody mężczyzna wystąpił z tłumu i zajął miejsce obok zwierzęcia. Miał zaledwie trzydzieści lat, jednak zachowywał się pewnie, a nawet arogancko: niczym artysta estradowy, który wie, że zaraz będzie miał w garści wszystkich widzów. Był to Galen . Wkrótce miał stać się najbardziej cenionym w cesarstwie rzymskim medykiem. Po śmierci jego sława objęła całą półkulę zachodnią. Wszystko to należało jednak do przyszłości. Tego dnia, w tym pomieszczeniu, Galen był nikim więcej niż tylko mężczyzną z wieprzem. Za chwilę, w trakcie brawurowej demonstracji swoich umiejętności chirurgicznych, miał doprowadzić zwierzę do przepełnionego bólem kwiku.
Zgromadzenia tego rodzaju nie stanowiły w tamtym czasie niczego niezwykłego. Panowała wtedy moda na zdobywanie wiedzy. Nawet na cesarskim tronie zasiadał filozof – i to całkiem niezły: Rozmyślania Marka Aureliusza do dziś cieszą się uznaniem czytelników. Chirurgia stała się popularnym „widowiskiem sportowym”, a wykształceni obywatele zbierali się, by oglądać wiwisekcję zwierząt z takim samym entuzjazmem, z jakim niegdyś słuchali melodramatycznych deklamacji poezji tragicznej. Uczestnictwo w tego rodzaju pokazach wymagało dociekliwego umysłu, umiejętności skupienia uwagi przez dłuższy czas (zdarzało się, że demonstracje trwały nawet kilka dni) i mocnego żołądka. Ulubiona sztuczka Galena polegała na przywiązaniu zwierzęcia do blatu i odsłonięciu jego bijącego serca. Następnie zachęcał widzów do wyjęcia pracującego organu – choć zalecał ostrożność, gdyż pulsujące, wilgotne serce łatwo mogło wyskoczyć z niewprawnych rąk. Czasem, żeby zwiększyć antropomorficzny dramatyzm widowiska, Galen wykorzystywał małpy człekokształtne, jednak mimika udręczonych stworzeń była tak sugestywna, że przedstawienie napawało wstrętem. Do pokazu wybierał raczej świnie, gdyż jak szczerze stwierdził: „Wykorzystanie małpy do eksperymentu nie wiąże się z żadną dodatkową korzyścią, a pokaz staje się odrażający”1.
Galen nie dążył do tego, żeby wzbudzać „odrazę”. Pragnął podziwu i zachwytu publiczności – i żeby je uzyskać, działał bezlitośnie. Stale na nowo odgrywał przedstawienie, bo tak właśnie traktował sekcję żywego zwierzęcia. Wszystko, od wyboru rodzaju eksperymentów po sposób, w jaki posługiwał się połyskliwymi, stalowymi narzędziami, wykonywał z taką samą obsesyjną precyzją, z jaką magik doskonali zręczność dłoni. Galen był wytrawnym showmanem. Cechowały go pracowitość, bystrość i nieznośna próżność. „Nawet jako młodzieniec – napisał później – patrzyłem z góry na swoich nauczycieli”2. Z jego umiejętnościami medycznymi rywalizowała jedynie zdolność irytowania ludzi.
Odznaczał się jednak zdumiewającym talentem. Musiały minąć stulecia, aby część z obserwacji Galena można było udoskonalić. Jego pojmowanie neuroanatomii zdezaktualizowało się dopiero w XVII stuleciu, a rozumienie niektórych funkcji mózgu – w XIX wieku3. Galen udowodnił, że arterie zawierają krew, a nie – jak sądzono – mleko. Wykazał, iż rdzeń kręgowy stanowi przedłużenie mózgu oraz że im wyżej zostanie uszkodzony, tym większe problemy z poruszaniem się będzie wykazywać zwierzę.
Warto zwrócić uwagę na słowo „udowodnił”. Galen wiedział, że wiwisekcja jest dobrym widowiskiem, ale dla niego nie ograniczała się jedynie do pokazu. Była niezbędna do zrozumienia sposobu funkcjonowania ciała. Jak napisał medyk: „Anatomia martwych uczy umiejscowienia […] organów. Żywych – może ujawnić ich funkcje”. Jego pisma obfitują w zdania wyrażające dążenie do stwierdzania faktów metodą eksperymentalną: „następnie można zobaczyć […] – pisze w jednym miejscu; „jak zostało publicznie zademonstrowane” – dodaje gdzie indziej, „dostrzegliśmy […]” – stwierdza ponownie4. Zaliczał się do oddanych empirystów[3] i żywił głęboką pogardę dla wszystkich, którzy nimi nie byli. Po opisaniu eksperymentu mającego wykazać, co zawierają arterie, Galen zauważył lekceważąco, że nigdy nie widział w nich mleka, podobnie jak „nikt, kto zdecydował się przeprowadzić ten eksperyment”5.
W Rzymie doświadczenie się udało. Galen podwiązał świni nerw w krtani i zwierzę przestało kwiczeć, a medyk zapewnił sobie pozycję w cesarstwie oraz zapisał się w dziejach.
Istniała jednak niewielka grupa osób, której nawet słynny Galen nie zdołał przekonać. Ludzie ci nie opierali swoich opinii na eksperymentach czy obserwacjach, lecz na samej wierze i – co gorsza – byli z tego dumni. Dla Galena stanowili uosobienie intelektualnego dogmatyzmu. Gdy chciał obrazowo ukazać tępotę innych medyków, porównywał ich do tych ludzi, dając w ten sposób wyraz swej bezgranicznej irytacji. Mowa o chrześcijanach.
By ukazać bezmiar dogmatyzmu części lekarzy, napisał: „Łatwiej nauczyć innowacji zwolenników Mojżesza i Chrystusa ”6. W innym miejscu dyskredytował medyków, którzy wygłaszali niepoparte żadnymi dowodami poglądy na temat ciała, mówiąc o nich, że to tak, „jakby wstąpić do szkoły Mojżesza i Chrystusa [i wysłuchiwać] wykładów o niedających się potwierdzić prawach”7. Galen nie poświęcił też wiele czasu Mojżeszowi . „Tak w tych księgach obrał metodę – stwierdza z dezaprobatą – [by] pisać bez podawania dowodów i mówić: »Bóg potępił, Bóg przemówił«”8.
Protoempiryści jak Galen takie podejście uważali za kardynalny błąd. Ich zdaniem postęp intelektualny zależał od wolności zadawania pytań, kwestionowania przyjętych pewników, zgłaszania wątpliwości, a przede wszystkim robienia eksperymentów. W świecie Galena tylko osoby źle wykształcone przyjmowały jakiekolwiek twierdzenia na wiarę. Aby wprowadzić nową ideę, nie wystarczało tylko powiedzieć, że tak jest. Należało okazać dowód. Niestosowanie się do tej zasady Galen uważał za metodę idioty. Była to metoda chrześcijan.
Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy słynny medyk znęcał się nad świniami w Rzymie , inny grecki intelektualista także dokonał sekcji: bezlitosnej analizy intelektualnej chrześcijaństwa.
Dla wszystkich zainteresowanych był to nowy eksperyment. Przez pierwsze sto lat rzymskie pisma nie odnotowały obecności chrześcijan. Potem, na początku II wieku, zaczęli się pojawiać w piśmiennictwie pogan, choć w sposób chaotyczny i wyrywkowy. Do naszych czasów zachował się list ze 111 roku autorstwa Pliniusza , rzymskiego namiestnika. Kilka lat później pojawiają się zwodniczo zwięzłe odniesienia w dziejach Rzymu : krótki akapit w Rocznikach Tacyta oraz wzmianka u Swetoniusza . I to wszystko. Żadna z tych relacji nie była specjalnie szczegółowa. Ani długa, w sumie kilka akapitów. Ale czemuż kwestia ta miałaby przyciągać większą uwagę? Zwolennicy chrześcijaństwa wprawdzie postrzegali je jako jedyną prawdę, jednakże dla większości ludzi była to ekscentryczna, irytująca wschodnia religia. Dlaczego ktoś miałby marnować czas na jej zwalczanie?
A potem, jakieś pięćdziesiąt lat później, wszystko się zmieniło. Nagle, około 170 roku, grecki intelektualista Celsus przeprowadził zakrojony na ogromną skalę nienawistny atak przeciwko chrześcijaństwu. Wiadomo, że w przeciwieństwie do innych autorów starożytnych Celsus dużo wiedział na temat tej religii. Przeczytał chrześcijańskie święte pisma – a wręcz przestudiował je z najwyższą uwagą. Niewątpliwie znał kluczowe założenia chrześcijaństwa: doktryny stworzenia świata, niepokalanego poczęcia i zmartwychwstania.
Równie pewne jest, że znienawidził te dogmaty i w krotochwilnych, sardonicznych, a czasem do bólu realistycznie przyziemnych sentencjach z werwą je obalał. Niepokalane poczęcie? Brednie – pisał – to rzymski żołnierz spłodził dziecko Marii9. Stworzenie uznał za „bzdury”, Pięcioksiąg Mojżeszowy za brednie, natomiast ideę zmartwychwstania ciała uważał za „odrażającą”, a na poziomie praktycznym śmieszną: „Nadzieja zaiste godna robaków. Czyż bowiem jakakolwiek dusza ludzka pragnęłaby powrócić do zgniłego ciała?”10.
Oczywiste wydaje się również, że Celsus nie tylko pogardzał nową religią. On się martwił. W jego pismach wyraźna jest obawa, że ta religia – wiara, którą uważa za głupią, szkodliwą i wulgarną – może rozprzestrzenić się i przez to zaszkodzić Rzymowi .
Ponad półtora tysiąca lat później osiemnastowieczny angielski historyk Edward Gibbon miał dojść do podobnych wniosków, przypisując chrześcijanom znaczną część winy za upadek cesarstwa rzymskiego. Wiara chrześcijan w mające nadejść Królestwo Niebieskie sprawiała, że byli niebezpiecznie obojętni wobec doczesnych potrzeb państwa. Chrześcijanie unikali służby wojskowej, duchowieństwo propagowało uległość wobec wrogów, a ogromne sumy z finansów publicznych, zamiast na armię, przeznaczano na „bezużyteczną ciżbę” mnichów i zakonnic11. Zdaniem historyka wyznawcy Chrystusa okazywali „opieszałość, czy nawet występny brak względów na dobro publiczne”12.
Kościół i „bezużyteczna ciżba” pozostali całkowicie niewzruszeni argumentami Gibbona , a jego publikacja Upadek Cesarstwa Rzymskiego została umieszczona na Index librorum prohibitorum, wydawanej przez Watykan liście ksiąg zakazanych[4]. Nawet w liberalnej Anglii atmosfera wokół historyka zrobiła się wroga. Później uczony przyznał, że był wstrząśnięty reakcją na swoje dzieło. „Gdybym wiedział – napisał – że większość angielskich czytelników jest tak głęboko przywiązana do samej nazwy i mroków narzucanych przez chrześcijaństwo […], być może złagodziłbym te dwa kłopotliwe rozdziały, które przysporzyły mi wielu wrogów, a zaskarbiły nielicznych przyjaciół”13.
Celsus nie złagodził swojego ataku. Pierwsze uderzenie wymierzone w chrześcijaństwo było bezwzględne, skuteczne i – podobnie jak książka Gibbona – chętnie czytane. Jednakże, inaczej niż w przypadku angielskiego historyka, dziś prawie nikt nie pamięta Celsusa , a jego dzieło znają nieliczni. Obawy rzymskiego uczonego okazały się bowiem uzasadnione. Chrześcijaństwo zyskiwało na popularności, i to nie tylko wśród niższych klas. Sto pięćdziesiąt lat po ataku Celsusa nawet cesarz rzymski przyjął tę religię. Konsekwencje późniejszych wydarzeń okazały się znacznie poważniejsze, niż przewidywał. Chrześcijaństwo nie tylko zdobywało zwolenników, lecz także zakazało czczenia starych rzymskich i greckich bogów. A ostatecznie zabroniono kwestionować to, co Celsus uznał za całkowity idiotyzm. By przytoczyć tylko jeden przykład, w 386 roku wydano ustawę przeciwko próbującym wszcząć „jakieś zamieszki”. Ludzie ci, ostrzegał akt prawny, byli „sprawcami buntu i mącenia pokoju Kościoła, za obrazę majestatu niech zapłacą głową i krwią”14.
Celsus też zapłacił swoją cenę. W tej wrogiej i represyjnej atmosferze jego dzieło zaginęło. Nie zachował się w całości ani jeden tom pierwszego wielkiego krytyka chrześcijaństwa. Utraciliśmy też niemal wszystkie informacje na temat uczonego, łącznie z jego pełnym imieniem – nie wiemy nic o przyczynach, które skłoniły go do przeprowadzenia ataku na nową religię, ani o miejscu i czasie powstania jego dzieła. Długa i niesławna tradycja chrześcijańskiej cenzury właśnie się rozpoczęła.
Jednakże dziwnym zrządzeniem literackiego losu większość jego słów przetrwała. Przeszło osiemdziesiąt lat po wymierzonym w nową religię wybuchu Celsusa apologeta chrześcijaństwa Orygenes przeprowadził gwałtowny i przydługawy kontratak. Orygenes był solenniejszy niż jego miejscami sprośny adwersarz. Mówiono nawet, że trochę za bardzo wziął sobie do serca słowa z Ewangelii według świętego Mateusza („są eunuchowie, którzy sami się zrobili eunuchami dla Królestwa Niebios”15) i pragnąc dostosować się do niebiańskiej abnegacji, sam siebie wytrzebił.
Paradoksalnie dzieło mające zniszczyć dorobek Celsusa przyczyniło się do jego ocalenia. Wprawdzie żadna książka filozofa nie przetrwała przez wieki w stanie nienaruszonym, ale zachowała się odpowiedź Orygenesa , w której obszernie cytuje on swojego przeciwnika. Dzięki temu badacze mogli wydobyć z jego pism zachowane niczym mucha w bursztynie argumenty Celsusa . Nie wszystkie, prawdopodobnie około siedemdziesięciu procent dzieła. Utraciliśmy jego porządek i strukturę, a całość jest – jak ujął to Gibbon – „okaleczoną reprezentacją” oryginału16. Ale jest.
Łatwo zrozumieć, dlaczego Celsus irytował starożytnych chrześcijan. Nawet według dzisiejszych standardów Prawdziwa doktryna sprawia wrażenie orzeźwiająco bezpośredniej. Autor uderzył nie tylko w Marię i Mojżesza . Zaatakował wszystko. Według uczonego Jezus nie został poczęty przez Ducha Świętego. To, szydził, niemożliwe, ponieważ Maria nie była wystarczająco urodziwa, aby wzbudzić pożądanie bóstwa17. Stwierdził, że Jezus został spłodzony w bardziej pospolity sposób przez rzymskiego żołnierza imieniem Pantera[5]. Kiedy Józef odkrył brzemienność i niewierność Marii , została ona oskarżona o cudzołóstwo i „wypędzona przez swego męża”18.
Jeśli powyższe teorie wydają się szokujące, warto wiedzieć, że w tym miejscu Celsus dopiero się rozkręcał. Święte pisma – twierdził – są bzdurą, historia o rajskim ogrodzie „bardzo naiwna”19, a Mojżesz nie miał pojęcia o prawdziwej naturze świata. Proroctwa także pozbawione były sensu, gdyż „można z większym prawdopodobieństwem odnieść [te zapowiadające przyjście Chrystusa ] do tysięcy innych ludzi niż do Jezusa ”20. Sąd ostateczny również został obśmiany. Jak dokładnie miałby się on odbyć? – pytał Celsus . „Głupia jest ich wiara, że gdy Bóg, niby kucharz, wznieci ogień, wszystko się upiecze, a przetrwają tylko oni”21. Drogie chrześcijanom wierzenia autor zdeprecjonował jako bajki, których „nawet pijana starucha wstydziłaby się opowiadać do snu dzieciom”22.
Celsus utrzymywał, że zdumiało go, do jakiego stopnia nauki Jezusa wydają się miejscami sprzeczne ze Starym Testamentem. Czy zasady rzekomo wszechwiedzącego Boga zmieniały się wraz z upływem czasu? A jeśli tak, „kto kłamie: Mojżesz czy Jezus ? Czy Bóg, posyłając swego Syna, zapomniał o tym, co nakazał Mojżeszowi ?”. A może Jahwe miał świadomość swego braku konsekwencji i wysłał Jezusa jako posłańca, aby przekazał, że Bóg „potępił własne prawa, zmienił zdanie”23.
Celsus nie rozumiał też, dlaczego tak dużo czasu upłynęło od stworzenia człowieka do przyjścia Chrystusa . Jeśli wszyscy niewierzący są potępieni, po co czekać tak długo na ich zbawienie? „Dopiero teraz, po tylu wiekach, Bóg przypomniał sobie o naprawieniu ludzkiego życia, przedtem zaś wcale się o to nie troszczył”24. Myśliciel zastanawiał się, dlaczego Chrystus nie został wysłany w miejsce odrobinę ludniejsze. Jeżeli Bóg „zbudzony z głębokiego snu […] zapragnął wyzwolić rodzaj ludzki od nieszczęść, czemu w jedno tylko miejsce zesłał tego, którego wy nazywacie Duchem?”25. Dociekał również, dlaczego wszechwiedzący Bóg w ogóle miałby kogoś posyłać na Ziemię. „Jakiż cel miałby Bóg, aby tu zstąpić z nieba? – pytał. – Czy po to ma zstąpić Bóg, aby się dowiedzieć, co się dzieje między ludźmi […]? Czyż więc Bóg nie wie wszystkiego?”26.
Zdolności logistyczne Chrystusa również zostały podane w wątpliwość. Celsus podważył prawdopodobieństwo części najbardziej znanych cudów, których świadkami była zaledwie garstka ludzi. „Podczas męki widzieli go wszyscy, a gdy zmartwychwstał, ujrzała go tylko jedna kobieta, a powinno być na odwrót”27. Świadectwa przedstawione w Biblii, zdaniem Celsusa , rzadko są wiarygodne. O zmartwychwstaniu powiedział: „Kto to widział? Jakaś szalona kobieta”28 i jeszcze jedna osoba, która – jego zdaniem – wymyśliła jakieś bujdy. Zmartwychwstanie było więc albo „własnym pragnieniem przedstawionym jako rzeczywiste fakty”, albo „złudzeniem”29.
Twierdzenie, że Chrystus jest bogiem, wydawało się Celsusowi nieprawdziwe z logicznego punktu widzenia: „Jakże trup może być nieśmiertelny?”30. Idei, że Jezus przybył, aby odkupić grzeszników, też nie poświęcił więcej uwagi. „Dlaczego […] przyznano pierwszeństwo grzesznikom? – pytał. – Dlaczego Bóg nie został zesłany do ludzi wolnych od grzechu? Czyż grzechem jest nie grzeszyć?”31.
Przedstawiał kolejne argumenty miażdżące najważniejsze dogmaty chrześcijaństwa. Szczególnie surowo traktował historię stworzenia. Celsus pogardzał ideą wszechpotężnej istoty, która musi dzielić swoją pracę niczym budowniczy, wykonując część zadania pierwszego dnia, część drugiego, trzeciego, czwartego i tak dalej – a zwłaszcza faktem, że po wykonaniu pracy musiała odpocząć: „Bóg jest więc podobny do jakiegoś marnego rękodzielnika, zmęczonego i potrzebującego święta dla odpoczynku”32.
Wielu intelektualistom, takim jak Celsus , sama idea „mitu stworzenia” wydawała się nie tylko nieprawdopodobna, ale też zbędna. W tym czasie w Rzymie popularna i wpływowa myśl filozoficzna oferowała alternatywne spojrzenie. Owa teoria – epikureizm – zakładała, że świat nie powstał w wyniku działania istoty boskiej, lecz na skutek zderzania się i łączenia atomów. Według przedstawicieli tej szkoły filozoficznej cząsteczki były niewidoczne gołym okiem, ale miały własną strukturę, nie dało się ich przeciąć (temno) na mniejsze części, pozostawały więc a-temnos, czyli „niepodzielne”. Wszystko, co ludzie widzą lub czują – dowodzili materialiści – zbudowane jest z cząstek cielesnych i próżni: „te cząstki w próżni się mieszają, w niej rozmaicie wędrują”33. Nawet istoty żywe miały składać się z owych cząstek: ludzie – jak podsumował pewien (wrogo nastawiony) autor – nie zostali stworzeni przez Boga, lecz byli zaledwie „pierwiastkami natury”34. Występowanie gatunków zwierząt wyjaśniano poprzez swego rodzaju protodarwinizm. Jak napisał Lukrecjusz , rzymski poeta i zwolennik atomizmu, natura stworzyła mnogość gatunków. Te, które miały użyteczne cechy – na przykład lis obdarzony sprytem albo pies odznaczający się inteligencją – przetrwały, rozwinęły się i rozmnożyły. Tym, które zniknęły, „nie był […] dany najmilszy kwiat wieku, nie mogły znaleźć pokarmu ani łączyć się ze sobą przez sprawy Wenery ”35.
Intelektualne konsekwencje tej mocnej teorii zostały zwięźle podsumowane przez chrześcijańskiego apologetę Minucjusza Feliksa . Skoro zarodki wszystkich rzeczy we wszechświecie „powstały przez samozapłodnienie się pierwiastka natury: jaki bóg w tym wypadku twórcą?”36. Odpowiedź, która sama się nasuwa, jest następująca: żaden bóg. Żadne bóstwo nie wyczarowało człowieka, żadna boska istota nie tchnęła w nas życia; a kiedy umrzemy, atomy, z których jesteśmy zbudowani, zostaną wchłonięte przez ocean świata. „Że nigdy nic nie powstaje z niczego […] – napisał Lukrecjusz w poemacie O naturze rzeczy – nic nie może powstać z niczego”37. Filozofia atomizmu jednoznacznie więc zaprzeczała potrzebie i możliwości stworzenia, odkupienia, sądu ostatecznego, piekła, raju i samego Boga Stworzyciela."
"Ciemniejący wiek. O niszczeniu świata klasycznego przez chrześcijan." - Catherine Nixey
 
     
Witold Jarmolowicz 
Site Admin

Pomógł: 57 razy
Dołączył: 06 Sie 2007
Posty: 10198
Wysłany: Czw Kwi 16, 2026 20:09   

Co do Celsusa, rzekłbym, że to jest takie samo filozofowanie jak teologów, tylko w drugą stronę. Te dwa tysiące lat temu ludzie za mało lub prawie nic nie wiedzieli o przyrodzie i świecie, żeby wyciągać jakieś sensowne wnioski ontologiczne.
JW
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Czw Kwi 16, 2026 21:13   

Witold Jarmolowicz napisał/a:
Co do Celsusa, rzekłbym, że to jest takie samo filozofowanie jak teologów, tylko w drugą stronę. Te dwa tysiące lat temu ludzie za mało lub prawie nic nie wiedzieli o przyrodzie i świecie, żeby wyciągać jakieś sensowne wnioski ontologiczne.
JW


Początkowo chciałem zamieścić fragment dotyczący tylko Galena, ale wydawało mi się, że nie odda to ducha książki.

To prawda, że Celsus miał bardziej motywację polityczną, a nie naukową. Mimo wszystko jakieś zalążki myśli naukowej były.
Mnie się oni jednaj trochę kojarzą z dzisiejszymi jeźdźcami apokalipsy, czyli: Hitchensem, Dawkinsem, Harrisem i Dennettem.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Czw Kwi 16, 2026 21:14, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Pią Kwi 17, 2026 18:18   

Cytat:
JAK ZWIERZĘTA ŻYJĄ W STRESIE
Na wschodnioafrykańskim stepie łowcy zwierząt schwytali na lasso żyrafę. Wepchnęli zwierzę wysokości pięciu metrów do skrzyni, którą następnie załadowali na ciężarówkę, i zdawało się, że wszystko jest w najlepszym porządku. Ale gdy nagle zawarczał silnik, żyrafa bezgłośnie osunęła się martwa.
Diagnoza:
Śmierć od stresu ze strachu przed wrogiem.
Maleńkie kurczątko odłączyło się od kwoki i rodzeństwa, kiedy
przez podwórze gospodarstwa wiejskiego przepędzano stado owiec. Z głośnym rozpaczliwym piskiem puchata kulka biegała to tu, to tam, aż zabłądziła do składu paszy. Przypadkiem więc pisklę znalazło się w eldoradzie. Nie tknęło jednak ani ziarenka, lecz biegało niespokojnie w kółko w poszukiwaniu matki, a dwie godziny później zmarło pośród obfitości jadła.
Diagnoza:
Śmierć od stresu wywołanego stratą matki.
Nawiasem mówiąc, kurczęta, które przyszły na świat w inkubatorze i nigdy nie widziały swojej matki, zachowują się całkowicie odwrotnie. Jeśli się takim kilkudniowym pisklętom pozostawia swobodę wyboru między nieznaną im matką a garścią ziarna – bez wahania wybierają ziarno. Matka jest im obojętna. Pomimo to chowają się zdrowo i są wesołe.
A więc diagnoza:
Śmierć od stresu wskutek bólu rozłąki nie następuje, jeśli
przedtem nie został nawiązany osobisty stosunek między matką a dzieckiem!
Wdowa Anna Borchert i jej pudel byli przez długie lata nierozłącznymi przyjaciółmi. Gdy starsza pani umarła, krewni oddali psa do schroniska dla zwierząt. Tam pudel odmawiał przyjmowania pokarmu, z podwiniętym ogonem leżał w kącie i zmarł po trzech dniach, a więc znacznie wcześniej, niż mogła go dosięgnąć śmierć głodowa.
Diagnoza:
Śmierć od stresu z rozdzierającego żalu za jedyną najdroższą na
świecie istotą.
Już we wczesnych godzinach rannych rozgorzała zażarta wojna na głosy między naszym drozdem śpiewakiem Floristanem a obcym rywalem, którego zaraz nazwaliśmy Pizarro. Rzecz toczyła się o posiadanie terytorium naszego ogrodu oraz samiczki Eleonory, skojarzonej od dwóch tygodni z Floristanem. Obaj śpiewacy siedzieli na czubkach małych jodeł i ciskali w siebie pieśniami.
Gdzieś około południa Floristan ochrypł. W tonach średnich głos jego kiksował, tremola się urywały, a wysokie C w ogóle mu nie wychodziło.
I wtedy stało się coś całkowicie sprzecznego z nakazami moralnymi wielkiego dramatu operowego: Eleonora, która dotąd siedziała w gałęziach zasłuchana w śpiewaczy konkurs, nagle porzuciła swego Floristana, podleciała do Pizarra i zaczęła czule przeczesywać mu dziobem pióra przy szyi.
Tego było za wiele dla biednego Floristana. Przerwał swoje marne już popisy wokalne, przez następne dwa dni przemykał jeszcze jak cień między drzewami, a trzeciego dnia leżał martwy na trawie. Nie znaleźliśmy na nim żadnych zewnętrznych okaleczeń.
Diagnoza:
Śmierć od stresu po utracie żony i domu.
Przykłady te wskazują na pewien charakterystyczny fakt: stres nie
jest bynajmniej stanem, na jaki cierpią tylko ludzie wprzęgnięci w jarzmo pracy zawodowej, menedżerowie, urzędnicy, robotnicy, przedstawiciele wolnych zawodów, uczniowie, nauczyciele i studenci, nie jest w ogóle wyłącznym udziałem człowieka. Od czasu powstania wyższych form życia na naszej planecie odczuwają go przedstawiciele całego świata zwierzęcego, zarówno duży ssak, jak i mały owad. Stres nie jest zjawiskiem towarzyszącym swoiście ludzkiemu rozumowi, jest związany ze światem emocjonalnym, z uczuciem lęku, który ogarnia w równym stopniu człowieka, co zwierzę. Zresztą w świecie zwierząt wiele interesujących szczegółów daje się zaobserwować znacznie wyraźniej aniżeli w środowisku człowieka.
Można więc dla celów doświadczalnych w każdej chwili doprowadzić do śmierci od stresu na przykład pszczołę miodną. Entomolodzy Roy J. Pence, Robert D. Chambers i Manuel S. Viray z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles schwytali pszczoły, w czasie gdy odwiedzały kwiaty, i zamknęli każdą oddzielnie w okrytych gazą klatkach, w których umieścili miseczki z miodem.
Podobnie jak w przypadku kurczaka w spichlerzu, żadna ze zbieraczek nektaru także nawet nie próbowała skosztować ulubionego przysmaku. Pszczoły brzęczały i łaziły w kółko jak oszalałe, a po dwóch godzinach już nie żyły.
Szczegółowe badania wykazały, że w niewoli do krwi pszczół przenikają hormony stresowe. Wprowadzają one owada w panikę, jak gdyby w rodzaj supertęsknoty za domem.
Właściwie jest to pożyteczne, ponieważ hormony te w najwyższym stopniu mobilizują rezerwowe siły zwierzęcia i powodują koncentrację wszystkich jego zmysłów na jednym celu, jakim jest powrót do ula. Skrajny stres ma uchronić pszczołę od samotnego zgonu na obczyźnie. Jeśli się to nie uda w ciągu dwóch godzin, stres, któremu przyroda pierwotnie wyznaczyła rolę zbawcy, zamienia się w okrutnego mordercę.
Między tymi dwiema sytuacjami krańcowymi obserwujemy bardzo wiele rozmaitych wariantów. Uczeni ze szpitala Mount Sinai w Nowym Jorku wprowadzili w stan silnego stresu myszy domowe, pokazując im raz po raz w krótkich odstępach czasu kota.
Niebawem myszy się rozchorowały, a w ich przewodach pokarmowych pojawiły się tasiemce. Ustawiczne przerażenie pozbawiło je odporności potrzebnej do zwalczania pasożytów. W podobnych warunkach szczury zapadały na choroby nowotworowe.
Jednakże stres zadaje cios śmiertelny nie tylko w związku z oderwaniem się od matki, jak w przypadku kurczęcia, nie tylko po rozstaniu się z ludzkim przyjacielem, jak zdarzyło się z psem, nie tylko po utracie samicy i terytorium, czego doznał nasz drozd, nie tylko wobec rozłąki ze wspólnotą, której jest się członkiem, co zaobserwowano u pszczół, wreszcie nie tylko w stanie śmiertelnego lęku przed wrogiem. Stres pojawia się także w sytuacji wręcz odwrotnej, a mianowicie w reakcji na przegęszczenie, gdy nazbyt wielka liczba osobników nieuchronnie musi razem przebywać w jednym miejscu.
Przykładem tego były zdarzenia we wrześniu 1970 roku w zagrodzie dla rezusów w Ogrodzie Zoologicznym Hagenbecka w Hamburgu. Po raz kolejny małpom przyszło na świat bardzo liczne potomstwo. Na wybiegu panował ogromny rwetes i rozgardiasz, nic więc dziwnego, że pracownicy ogrodu nazywali go monkey saloon, a odwiedzający nie posiadali się z radości.
Ale pewnego dnia wybuchło istne piekło. Wśród niesamowitych wrzasków pięćdziesiąt zwierząt, które jeszcze wczoraj tworzyły prawdziwą wspólnotę, napadło na siebie i próbowało się pozagryzać.
„Była to walka wszystkich przeciwko wszystkim – relacjonuje naoczny świadek, Günter Niemeyer, autor książek o zwierzętach. – Nie oszczędzano ani samic, ani młodych. Wrzask był ogłuszający, kłaki sierści latały w powietrzu, krew płynęła z kąsanych ran i naderwanych uszu”. Gdy strażnicy zaczęli rozdzielać walczących strumieniem wody z sikawek przeciwpożarowych, na polu walki leżało już pięć trupów. Jak to się mogło stać?
Nadmiernie obfity przychówek spowodował w zagrodzie przegęszczenie. Żadna z małp nie mogła odizolować się od pozostałych, każda musiała bez przerwy walczyć o utrzymanie swojej pozycji albo też pozwolić się zgnębić przez inne.
Lęk o byt stopniowo rozbudzał stres, a potem nagle zablokował wszelkie hamulce agresji i żądzy mordu, hamulce, które normalnie nie dopuszczają do tego, aby członkowie stada wzajemnie się zabijali.
Diagnoza:
Morderstwa i zbrodnie w wyniku społecznego stresu wywołanego
przegęszczeniem.
Sama chęć popełnienia morderstwa nie jest bynajmniej obca
również nam, ludziom, gdy znajdziemy się pośród tłumu rywali. Niechaj czytelnik mi wybaczy, że nie będę tu przytaczał mało budujących przykładów. Każdy zna je aż nazbyt dobrze.
Od małpy różnimy się pod tym względem nie emocjami, a tylko tym, że nasz rozum stanowi hamulec bezpieczeństwa. Biada, jeśli hamulec ten zawiedzie!

Równie szaleńczo jak rezusy reagują lemingi. Prawdopodobnie wszyscy słyszeli już kiedyś o składających się z milionów sztuk stadach tych zwierząt z rodziny chomikowatych, które najpierw rozmnażają się bez opamiętania, a następnie, ogarnięte masowym szaleństwem, pędzą na oślep przed siebie, nawet wskakują w wody mórz arktycznych i – o ile nie dotrą do brzegów – wszystkie toną.
Walter Marsden obserwował kiedyś taki exodus w północnej Norwegii. Nieogarnione masy owych zwierząt, niczym ogromny żywy kobierzec, spływały po stoku górskim wprost na małe miasteczko Fauske położone nad fiordem Salt. Fala ta zalała wszystkie ulice, podwórka i ogrody tak dalece, że ludzie musieli się chronić w domach.
Lemingi, pojedynczo bardzo łagodne i lękliwe, w masie zamieniły się w dzikie bestie. Atakowały wszystko, co stawało im na drodze: psy, koty, konie, samochody. Wgryzały się w laski, którymi ludzie w nie uderzali.
Przebiegając przez miasto, natrafiły na przejazd kolejowy. Wtargnęły nań szerokim frontem akurat w chwili, kiedy nadjeżdżał pociąg. W ciągu kilku sekund całe tory były pokryte krwawą, drgającą, przeraźliwie piszczącą masą ciał. Nie przeszkodziło to następnym nadbiegającym zwierzętom w dalszym natarciu, po trupach współplemieńców i pod jadącym pociągiem.
Dwadzieścia minut później czoło armii dotarło do brzegów fiordu. Tu nastąpiło spiętrzenie – zwierzęta stłoczone w kilku warstwach biły się, deptały i kąsały, każde z każdym, aż wreszcie pierwsze szeregi skoczyły do wody, a potem wszystkie poszły w ślad za nimi w dzikiej zbiorowej psychozie.
Ponieważ odnoga fiordu ma w tym miejscu szerokość tylko 1500 metrów, większość lemingów, przepłynąwszy tę przestrzeń, wylądowała na przeciwległym brzegu. A tam szaleństwo jak gdyby wygasło. Zwierzęta pospieszyły na wzgórza, rozproszyły się po stokach i zasiedliły terytorium, na którym od wielu już lat nie było ani jednego leminga.
Zostały one swego czasu wytępione przez niedźwiedzie, rosomaki, kuny, wilki, lisy, rysie, łasice, gronostaje, orły, myszołowy, sokoły, sowy, mewy, kruki, sroki i dzierzby. Mało jest zwierząt na świecie, które by miały tylu wrogów, ilu mają lemingi.
To jest właśnie przyczyna, dla której przyroda coś wobec tych zwierząt przedsięwzięła, coś, co w pierwszej chwili wydaje się nam bez sensu.
Podczas gdy większość innych zwierząt, podobnie jak człowiek, owym hormonom wywołującym w organizmie alarm stresowy może przeciwdziałać hormonami powodującymi uspokojenie, a tym samym przynieść nieco ulgi w sytuacji duchowego napięcia, nadnercze lemingów jest prawie całkowicie pozbawione tej obrony przed stresem. Lemingi są zatem nadwrażliwe. Dlaczego?
Skoro mają tak wielu wrogów, muszą rodzić bardzo dużo młodych. Jeśli więc, na przykład, co trzy lub cztery lata występuje przegęszczenie, musi istnieć strategia, która zmusza milionowe populacje nadliczbowych osobników do emigracji na nowe ziemie. Tym czymś jest właśnie stres społeczny. W zagęszczeniu zwierzęta niebawem tak sobie działają na nerwy, że stres uaktywnia przemożny pęd wewnętrzny do ruchu i ucieczki; bezsens polega jedynie na tym, że wszystkie zwierzęta uciekają jednocześnie w tym samym kierunku i że powstaje prawdziwa zbiorowa psychoza.
Towarzyszy temu wewnętrzny przymus nieustannej gonitwy prosto przed siebie w raz obranym kierunku, bez względu na okoliczności. Jeśli więc lemingi przypadkowo dopadną przy tym brzegów mórz arktycznych, to nawet ta granica nie hamuje tępego naporu krótkowzrocznych zwierzątek i wszystkie giną. Jest to jak gdyby „wypadek drogowy”, któremu ulegają owe zamroczone stresem istoty.
Ludzie dający się porwać tłumnej demonstracji niekoniecznie muszą się poddać masowemu szaleństwu. Człowiek, w każdym razie nieco inteligentniejszy człowiek, nie jest lemingiem, sytuacja zaś niewątpliwie zawiera w sobie niebezpieczeństwo psychozy.
Jednakże gdy idzie z nią w parze jakiś silny szok, wówczas stres blokuje zdolności umysłowe i popycha nas do zachowania absurdalnego, co bynajmniej nie łagodzi katastrofy, lecz ją wzmaga.

"Reguła przetrwania. Jak zwierzęta radzą sobie z niebezpieczeństwami" - Vitus B. Dröscher

Książka napisana w 1976 roku.
Może dlatego tak dobrze się to czyta.
W Polsce wydana w 2018 roku.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Sob Kwi 18, 2026 12:27   

Jakkolwiek to zabrzmi - dobrze się to czyta.
Cytat:
Umieranie
KILKA DNI PRZED ŚMIERCIĄ, kiedy nikt jeszcze nie zna godziny twojego zgonu, serce przestaje pompować ci krew do koniuszków palców dłoni. Potrzebna jest bowiem gdzie indziej: w głowie i w centrum ciała, tam, gdzie znajdują się płuca, serce, wątroba. Krew przestaje dopływać również do palców nóg. Stopy robią się zimne, a oddech płytki. Zmysły przestają działać. Twoje ciało zaczyna żegnać się z życiem.
Później, kiedy lekarz wystawi kartę zgonu, wszystko będzie wyglądało tak, jakby twoje umieranie toczyło się według ściśle uregulowanych procedur, urzędowo zarejestrowanych w poufnej części karty zgonu – strona 1, ustęp I, wersy od a) do c). Ale to nieprawda. Twoje umieranie to proces bardzo dynamiczny, tak wyjątkowy, jak wyjątkowe było twoje życie. Każdy człowiek przeżywa go na swój sposób. Dopiero potem, gdy jesteś już martwy, można go będzie podzielić na trzy etapy, które lekarz wpisuje do dokumentacji.
Jeżeli lekarz zna się na rzeczy, zapisze twoje umieranie w kodzie ICD[1], zawierającym międzynarodowy spis skrótów wszystkich chorób. Może będzie to J18, zapalenie płuc jak u Guidona Westerwellego[2], a może miałeś raka kategorii C22 jak David Bowie.
Jeśli jednak lekarz nie jest zbyt biegły w tej kwestii, użyje oklepanych określeń pasujących do wszystkich przypadków. Być może zakwalifikuje cię jako zmarłego z powodu zatrzymania oddechu. Na końcu każdy oddech się zatrzymuje. Albo za przyczynę śmierci uzna niewydolność sercowo-naczyniową. Na końcu każde serce staje się niewydolne.
Prawdopodobne jest też, że przytoczy po prostu cały szereg chorób, które spowodowały twoją śmierć: od bezpośredniej przyczyny zgonu sprzed kilku godzin poprzez wyzwalacze sprzed miesięcy aż po dominujące schorzenia sprzed wielu lat. Ze statystycznego punktu widzenia to wtedy właśnie rozpoczęło się twoje umieranie.
Z pewnością to pamiętasz. Wtedy, tę sprawę z sercem. Diagnozę: rak. Ten głupi upadek. A także to, co mówili lekarze: że tym razem to coś poważnego. Ale przyrzekali, że sobie poradzą. Dotrzymali słowa, tak jak dotrzymywali go przez całe twoje życie, i leczyli cię z każdej choroby, każdej gorączki, każdego złamania. Wysłali cię do domu, a za rok czy też pięć lat wszystko wracało do normy. Teraz jednak leżysz tutaj, grupa ludzi w białych kitlach była już u ciebie, i nawet jeżeli nikt nie powiedział słowa o rokowaniach, ty już wiesz, jak wygląda sytuacja. Opada cię strach.
Mówienie o umieraniu jest trudne. Ale warto o nim mówić, jak twierdzą specjaliści mający bliski kontakt ze śmiercią. Początkowo podchodzili sceptycznie do pomysłu napisania tej książki: o umieraniu, krok po kroku? Mówili, że umieranie nie przebiega według ustalonego planu, że jest dynamiczne, skomplikowane. Dotyczy to już samego pojęcia. Umieranie to składnik życia. Śmierć jest później. Zalecali badania, rozprawy, statystyki. A potem wszyscy doświadczeni w życiu zawodowym tysiącami przypadków śmierci, wszyscy, którzy towarzyszą umierającym w ich próbie – lekarze starzy i młodzi, profesorowie medycyny paliatywnej, kierownicy hospicjów, pielęgniarze – powiedzieli jednak: milczenie jest bardziej bolesne od mówienia.
To naturalne, że się boisz. Niektórzy z badaczy uważają, że my, ludzie, jesteśmy istotami myślącymi właśnie dlatego, że przez całe życie usiłujemy zakłamywać swoją śmiertelność. Znasz to z pewnością. Śmierć? To mnie nie dotyczy. To coś odległego. Śmierć zawsze dotykała innych, nigdy ciebie. W ten sposób udało ci się wyrzucić ze świadomości, tak jak nam wszystkim, to, co jest nam pisane: każdy z nas umrze – ale nie wie kiedy. Ty już wiesz: niedługo.

Śmierć
KIEDY ŁÓŻKO UMIERAJĄCEGO staje się łożem śmierci, zapada cisza. Jakby za zmarłym zatrzasnęły się jakieś drzwi, kiedy odchodził. Ustał jego ciężki oddech. Umilkło gardłowe wzdychanie. Koniec umierania. To, co nie tak dawno wydawało się głośniejsze, niż było w rzeczywistości, po zamilknięciu wywołało namacalną wręcz ciszę. Ciszę, jaka rzadko występuje w świecie żywych; może zimą, kiedy pada śnieg pochłaniający wszelkie odgłosy. Ta cisza otacza żyjących zebranych wokół twojego łóżka i przez moment dociera do ich świadomości potęga śmierci, jak błyskawica rozjaśniająca ciemność.
Potem rytm życia wraca do normy. Spokojny szum aparatury. Ciche tykanie zegara w domu. Stłumione melodie urządzeń szpitalnych. Kroki ludzi na korytarzu, w oddali szum ruchu ulicznego. Ptak za oknem. Wszystko wydaje się nieprawdopodobnie nowe po tym, jak zmysły tak długo pozostawały wyostrzone aż do bólu.
Cisza unosi się jeszcze przez jakiś czas. Obecność śmierci na długo kładzie się cieniem na żywych. Ściszają głos. Poruszają się bezszelestnie. Ich ruchy są ostrożne, jakby obawiali się, że coś stłuką. Nawet kiedy płaczą, kiedy rozpaczają, pobrzmiewa w tym głęboki respekt. Jedna reakcja łączy wszystkich, bez względu na to, czy są w szpitalu, czy w domu: spoglądają zmarłemu w twarz.
Jaki bezbronny wydaje się człowiek w takiej chwili. Jakże delikatne jest jego ciało. Woskowe dłonie na kołdrze; tak słabe przed chwilą, a teraz martwe. Jednak śmierć nigdzie nie jest tak bardzo widoczna jak na twarzy. Koścista czaszka. Zapadnięte policzki. Spiczasta broda. Skóra utraciła wszelką barwę, stała się blada. Twarz się zapadła, jej rysy się rozmazały. Oczy na wpół otwarte, ale wzrok pusty. Usta rozchylone, ale z tych warg nie popłynie już żaden dźwięk. Twarz zatraciła podobieństwo z obliczem człowieka, który nosił ją za życia. Doświadczeni pracownicy hospicjów mówią wtedy: zniknął blask. Nawet ludzie, którzy nigdy w życiu nie widzieli trupa, dostrzegają, że umarłeś.
Ale nie sam. W tym momencie gdzieś tam na świecie umarł także twój bliźniak w śmierci. W każdej sekundzie, jak mówi statystyka, umiera przeciętnie dwoje ludzi.
Tik. Ty. Twój bliźniak.
Tak. Noworodek w Jemenie. Starzec w Kanadzie.
Tik. Kobieta na wybrzeżu. Mężczyzna na drugim końcu miasta.
Tak. Samotny facet na trzecim piętrze po prawej, matka czworga dzieci w Amsterdamie.
Tik, umierają zakonnik i aktorka.
Tak, umierają dziewięćdziesięciodziewięcioletnia prababcia i chłopiec, który nie przeżył pierwszego dnia…
Tik, umierają chłopka w dorzeczu Gangesu i ślusarz w Andach.
Tak, umierają słynna wirtuozka w Chinach oraz anonimowy uciekinier na Morzu Śródziemnym.
Tik, umiera tych dwoje, którzy wypadli z autostrady.
Tak, dwóch żołnierzy w Syrii.
Tik, śmierć numer 21, śmierć numer 22.
Tak, śmierć numer 23 i 24.
Tik, śmierć 25 i 26.
Tak, 27, 28.
Tik…
W czasie czytania tych linijek zmarło kolejnych kilkadziesiąt osób. Każdej minuty umiera ponad setka. Każdej godziny prawie 6500. Każdego dnia ponad 150 tysięcy ludzi, każdy z nich ze swoją własną historią, ale wszyscy jako anonimowa masa. To właśnie jest paradoks śmierci: każdy umiera sam, jego śmierć to wyjątkowe wydarzenie – a jednocześnie coś absolutnie zwyczajnego, tak powszechnego, jak mało co na świecie.
"Jak umieramy. Co powinniśmy wiedzieć o śmierci." - Roland Schulz
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Nie Kwi 19, 2026 08:31   

Witold Jarmolowicz napisał/a:
To zależy. Schopenhauer miał ciekawe dziełko "O erystyce" ponadczasowe, aktualne dziś bardziej niż kiedykolwiek. Co ciekawe, było wydane w latach 70-tych za komuny. :-x
JW


IMHO dla większości czytelników Tomasz Witkowski będzie bardziej strawny od Schopenhauera.
Główną przyczyną tego jest przystępny język książek Witkowskiego.
Kolokwialnie rzecz ujmując, jest tam więcej konkretów i zero filozofii.
Takie są 3 książki Tomasza Witkowskiego: "Psychomanipulacje", "ZAWRACANIE STATKÓW GŁUPCÓW i inne eseje.", oraz "PRZEPĘDŹCIE GURU, KTÓRZY RADZĄ, JAK ŻYĆ i inne eseje."

Można na dokładkę przeczytać "Zakazaną Psychologię", ale to już dla miłośników odkrywania tego jaką ściemą jest psychologia głównego nurtu.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Śro Kwi 22, 2026 13:03   

ŚLEPY LOT KIEROWANY PAMIĘCIĄ.
Jeszcze dziwniejszy jest aparat odbiorczy nietoperza. Podczas normalnego lotu obie małżowiny uszne ustawione są do przodu w kierunku trasy i na ułamek sekundy wcześniej sygnalizują każdą jej zmianę. A więc bezmyślny na pozór, pijany lot jest przez zwierzę dokładnie zamierzony.
Gdy nietoperz wykryje przeszkodę czy zdobycz, małżowiny uszne zaczynają natychmiast poruszać się w kierunkach sobie przeciwległych z szybkością do sześciu ruchów na sekundę. Otrzymują wtedy echa z wielu stron - słabe od odległych albo słabo odbijających przedmiotów, silne z pobliża.
W ten sposób całe otoczenie zostaje krok za krokiem i piędź po piędzi „obmacane" i zrekonstruowane w mózgu nietoperza w pewien obraz odpowiadający całkowicie wrażeniu optycznemu, jakiego nam dostarczają oczy. Ponadto, dzięki ruchowi w przód podczas lotu i podwojonemu wrażeniu w obydwu uszach, zwierzę otrzymuje dokładną lokalizację przestrzenną przedmiotów. Niewiarygodne wprost osiągnięcie układu nerwowego!
Mówimy często: „do domu trafię nawet z zamkniętymi oczami". Mimo to musimy uważać, by się nie potknąć. Fizycy są tu bezradni. Łupem nietoperzy padają nie tylko owady latające. Jak bombowiec wykrywa z pomocą radaru ukryte głęboko w nocnym mroku domy, ulice, rzeki, podobnie robi nietoperz, by we właściwym czasie skręcić w odpowiednią ulicę i nie wpaść na mur. Tylko niewidomi nauczyli, się na pamięć, krok po kroku swojej trasy, ale oni używają też laski, by się wciąż na nowo orientować.
Tymczasem nietoperze mają w mózgu doskonali utrwalony obraz słuchowy całego otoczenia swoich siedlisk. Wlatują do nich na ślepo, nie kierując się słuchem, tylko pamięcią, aczkolwiek przy tak doskonale funkcjonującym sonarze mogłyby jej nadmiernie nie obciążać. Absolutnie przekonującego dowodu dostarcza bardzo; prosty eksperyment. Gdy te uskrzydlone ssaki znajdują się na nocnych łowach, zabijmy deską otwór wlotowy do ich jaskiń, wówczas setki powracających przed świtem zwierząt będzie w pełnym locie rozbijać się o nią.
Griffin opowiadał o pewnym oswojonym nietoperzu, który miał stałe siedlisko w jego pokoju, w dużej klatce dla ptaków. Wlatywał i wylatywał przez małe, stale otwarte drzwiczki, kreśląc przy tym dość skomplikowaną krzywą w kształcie litery „S". Pewnego razu badacz usunął pręty i szklane ścianki klatki. Nietoperz jednak w dalszym ciągu przy każdym wlocie i wylocie wykonywał tę samą ewolucję, dokładnie w tym miejscu, gdzie poprzednio znajdowały się małe drzwiczki.
Griffin usunął z kolei mały drążek, na którym nietoperz zawisał, po uprzednim wykonaniu manewru przygotowującego go do lądowania. Nadlatywał w pozycji jakby ptasiej, hamował rozpostartymi szeroko skrzydłami, wyciągał nogi, zahaczał się mocno pazurami i zawisał, w dół. Teraz również nadleciał w ten sam sposób, schwycił pazurami próżnię i spadł ciężko na dno klatki. ;D Dopiero ta przygoda zmusiła go wreszcie do wysłuchania sygnałów echosondy. Wtedy to również po raz pierwszy odszyfrował, że usunięto szklane ścianki i kratę.
Potrafił „wysłuchać", co się dzieje na ziemi, zlokalizować szeleszczącego gdzieś w trawie chrząszcza, ześliznąć się bezgłośnie w dół na centymetr przed nim i najspokojniej go schrupać.
Ulubionym przysmakiem południowoafrykańskich nietoperzy są skorpiony. Chwytają one te stawonogi, będące postrachem dla innych stworzeń, za wysoko wzniesiony odwłok opatrzony jadowitym kolcem, odlatują z łupem na gałąź, zawisają na niej, odgryzają niebezpieczną broń i z apetytem pożerają skorpiona, podtrzymując go parasolowato rozłożonymi błonami lotnymi.
A teraz opowiemy coś, co wygląda raczej na bajeczkę z serii opowieści myśliwskich.
Znane są cztery gatunki nietoperzy, które polują na ryby. Ciemną nocą unoszą się tuż nad powierzchnią wody i zanurzając w niej nagle obie stopy, wyciągają trzepoczącą się rybę, którą natychmiast chwytają otwartą paszczą. Skąd wiedzą, że właśnie w danym miejscu, tuż pod powierzchnią wody przepływa ryba? Człowiek bowiem, przy całej swej technice, nie osiągnął jeszcze tej sztuki. Samolot nie zlokalizuje zanurzonej łodzi podwodnej, zanim nie wyrzuci specjalnej boi, która drogą radiową przekaże mu namiary swojego pelengowania podwodnego. Fala dźwiękowa zostaje bowiem niemal całkowicie odbita od powierzchni wody, ledwie tysiączna część energii akustycznej przenika do środowiska wodnego. Jakiś ułamek tej tysiącznej części odbija z kolei łódź podwodna czy ryba, a jakaś tysiączna część tego ułamka przenika z powrotem do atmosfery. Echo, które powraca do odbiornika samolotu czy do uszu nietoperza, jest milion razy słabsze niż echo odbite od maleńkiej ćmy pokrytej włochatym, dźwiękochłonnym puszkiem.
Dlatego też fizycy twierdzą, że jest niemożliwością, by mały nietoperz osiągnął to, czego nie udało się wykryć tysiącom uczonych pracujących w doskonale, z olbrzymim nakładem finansowym wyposażonych laboratoriach marynarki wojennej i sił powietrznych.
Donald Griffin z uporem podtrzymuje, że nie ma innego rozsądnego wyjaśnienia, jak to, że nietoperze potrafią z pomocą swych ultradźwiękowych nadajników i odbiorników lokalizować płynące pod wodą ryby. Zamiast więc trwonić bezużytecznie miliony dolarów lepiej, zabrać się do rozwiązania zagadki nietoperzy. Być może one właśnie powiedzą nam, w jaki sposób to osiągnąć.
Dotąd prawie zawsze sprawy tak się układały, iż najpierw człowiek dokonywał jakiegoś wynalazku technicznego, a dopiero potem odkrywał, że to już od dawna istnieje w przyrodzie. Uświadomienie sobie tego schlebia wprawdzie ludzkiej próżności, dla praktyki przychodzi jednak o wiele za późno i bodaj czy przynosi jakąś korzyść.
Toteż uczeni zapoczątkowali nową gałąź nauki - bionikę. Zadaniem jej jest wyszperanie ukrytych jeszcze w przyrodzie tajemnic, rozwiązanie ich i badanie możliwości zastosowania w technice. Niewyjaśnione uzdolnienia nietoperzy to ledwie jeden z problemów bioniki.
"Instynkt czy doświadczenie. Zachowanie się zwierząt." - Vitus B. Dröscher Książka wydana w Polsce 01.01.1969 roku.
Jeśli to nie błąd w druku, to w 1969 roku 1 dzień stycznia nie był dniem wolnym od pracy.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Śro Kwi 22, 2026 13:32, w całości zmieniany 2 razy  
 
     
Witold Jarmolowicz 
Site Admin

Pomógł: 57 razy
Dołączył: 06 Sie 2007
Posty: 10198
Wysłany: Śro Kwi 22, 2026 16:21   

Strix aluco napisał/a:
Cytat:
Przed laty został przyjęty do naszej kliniki, z powodu ciężkiej uogólnionej infekcji, Jerzy Turowicz, redaktor naczelny “Tygodnika Powszechnego”. Infekcję udało się nam opanować, ale pozostała arytmia. Serce biło złym, groźnym rytmem, jednym z tych, które nie cofają się same, a zwiastują najwyższe niebezpieczeństwo. Stosowaliśmy silne leki - bezskutecznie. Stanęliśmy u kresu naszych możliwości. Pewnego wieczoru odwiedziłem Jerzego w separatce, posłuchałem serca i wróciłem do domu, przygnębiony własną bezsilnością. Kiedy na drugi dzień, wcześnie rano, przyłożyłem słuchawkę, usłyszałem czysty, miarowy, prawidłowy rytm serca. Nie wierzyłem własnym uszom, ale potwierdzenie przyniósł zapis EKG. Zapytałem zdumiony: “Jerzy, czy coś się stało ostatniej nocy?”. Odpowiedział mi z tym swoim łagodnym, dobrym uśmiechem: “Wiesz, Ojciec Święty zatelefonował do mnie, po północy, z Watykanu”.
"Katharsis. O uzdrowicielskiej mocy natury i sztuki" - Andrzej Szczeklik

Hehe. Voltaire mówił, że rolą lekarza jest zabawianie pacjenta tak długo, aż natura zrobi swoje.
Książka fragmentami ciekawa, ale jako całość zadka nie urywa.

Tak, to ciekawe.
Sprawdziłem w kartach charakterystyk, które z leków przepisywanych przez kardiologów mogą zaburzać rytm serca. Te leki mogą powodować wiele innych zaburzeń, ale skupiłem się tylko na objawach Turowicza, żeby było klarownie.
Ramipryl, inhibitor ACE – Niedokrwienie mięśnia sercowego, w tym dusznica bolesna lub zawał mięśnia sercowego, tachykardia, arytmia, kołatanie serca, obrzęki obwodowe, zespół Raynauda
Nebiwolol, betabloker - bradykardia, niewydolność serca, spowolnienie przewodzenia przedsionkowo-komorowego/ blok przedsionkowo-komorowy
Trimetazydyna, bloker betaoksydacji - Palpitacje, skurcze dodatkowe, tachykardia
Torasemid, diuretyk - Może dochodzić do powikłań zakrzepowych oraz zaburzeń krążenia sercowego i mózgowego spowodowanych zagęszczeniem krwi (w tym niedokrwienia serca i mózgu) prowadzących np. do zaburzeń rytmu serca, dławicy piersiowej, ostrego zawału mięśnia sercowego lub omdleń.
Furosemid, diuretyk - zawroty głowy, omdlenie i utrata przytomności (na skutek niedociśnienia objawowego lub z innych przyczyn), ból głowy, niepokój ruchowy.
Ticagrelor, przeciwkrzepliwy - Bradyarytmia, blok AV przedsionkowo-komorowy
Milurit, obniża hiperurykemię - Dławica piersiowa, bradykardia
Effox, azotan - tachykardia; nasilenie dławicy piersiowej. niedociśnienie ortostatyczne; zapaść naczyniowa (czasem ze zwolnieniem akcji serca i utratą przytomności);
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Śro Kwi 22, 2026 20:56   

Witold Jarmolowicz napisał/a:
Strix aluco napisał/a:
Cytat:
Przed laty został przyjęty do naszej kliniki, z powodu ciężkiej uogólnionej infekcji, Jerzy Turowicz, redaktor naczelny “Tygodnika Powszechnego”. Infekcję udało się nam opanować, ale pozostała arytmia. Serce biło złym, groźnym rytmem, jednym z tych, które nie cofają się same, a zwiastują najwyższe niebezpieczeństwo. Stosowaliśmy silne leki - bezskutecznie. Stanęliśmy u kresu naszych możliwości. Pewnego wieczoru odwiedziłem Jerzego w separatce, posłuchałem serca i wróciłem do domu, przygnębiony własną bezsilnością. Kiedy na drugi dzień, wcześnie rano, przyłożyłem słuchawkę, usłyszałem czysty, miarowy, prawidłowy rytm serca. Nie wierzyłem własnym uszom, ale potwierdzenie przyniósł zapis EKG. Zapytałem zdumiony: “Jerzy, czy coś się stało ostatniej nocy?”. Odpowiedział mi z tym swoim łagodnym, dobrym uśmiechem: “Wiesz, Ojciec Święty zatelefonował do mnie, po północy, z Watykanu”.
"Katharsis. O uzdrowicielskiej mocy natury i sztuki" - Andrzej Szczeklik

Hehe. Voltaire mówił, że rolą lekarza jest zabawianie pacjenta tak długo, aż natura zrobi swoje.
Książka fragmentami ciekawa, ale jako całość zadka nie urywa.

Tak, to ciekawe.
Sprawdziłem w kartach charakterystyk, które z leków przepisywanych przez kardiologów mogą zaburzać rytm serca. Te leki mogą powodować wiele innych zaburzeń, ale skupiłem się tylko na objawach Turowicza, żeby było klarownie.
Ramipryl, inhibitor ACE – Niedokrwienie mięśnia sercowego, w tym dusznica bolesna lub zawał mięśnia sercowego, tachykardia, arytmia, kołatanie serca, obrzęki obwodowe, zespół Raynauda
Nebiwolol, betabloker - bradykardia, niewydolność serca, spowolnienie przewodzenia przedsionkowo-komorowego/ blok przedsionkowo-komorowy
Trimetazydyna, bloker betaoksydacji - Palpitacje, skurcze dodatkowe, tachykardia
Torasemid, diuretyk - Może dochodzić do powikłań zakrzepowych oraz zaburzeń krążenia sercowego i mózgowego spowodowanych zagęszczeniem krwi (w tym niedokrwienia serca i mózgu) prowadzących np. do zaburzeń rytmu serca, dławicy piersiowej, ostrego zawału mięśnia sercowego lub omdleń.
Furosemid, diuretyk - zawroty głowy, omdlenie i utrata przytomności (na skutek niedociśnienia objawowego lub z innych przyczyn), ból głowy, niepokój ruchowy.
Ticagrelor, przeciwkrzepliwy - Bradyarytmia, blok AV przedsionkowo-komorowy
Milurit, obniża hiperurykemię - Dławica piersiowa, bradykardia
Effox, azotan - tachykardia; nasilenie dławicy piersiowej. niedociśnienie ortostatyczne; zapaść naczyniowa (czasem ze zwolnieniem akcji serca i utratą przytomności);


Turowicz i Wojtyła już przepłynęli Styks, więc niczego do tej historii nie dopowiedzą.

To jest fragment będący przykładem oddziaływania psyche na soma.
Nawet jeśli arytmia była skutkiem ubocznym któregoś z wymienionych leków, to rozmowa z Karolem Wojtyłą, który ukrywał się wtedy pod pseudonimem Jan Paweł II, przywróciła miarowy rytm serca.
 
     
Witold Jarmolowicz 
Site Admin

Pomógł: 57 razy
Dołączył: 06 Sie 2007
Posty: 10198
Wysłany: Czw Kwi 23, 2026 11:13   

W latach 60-tych lekarze powszechnie diagnozowali nerwice psychosomatyczne, a to serca, a to żołądka, a to diabli wiedzą czego.
Jak nie mogli znaleźć przyczyny, to stwierdzali nerwica i wypad, bo tego się nie da wyleczyć.
Dlatego ja bardzo krytycznie odnoszę się do takich diagnoz, bo najczęściej zwykła zmiana nawyków żywieniowych i odstawienie baterii zbędnych leków zdecydowanie poprawiała zdrowie.
Dziś mamy kolejną inwazję lekoterapii, gdzie leki w kółko powodują choroby, które nawzajem leczą. Zacytowałem tylko, które leki kardiologiczne powodują ciężkie arytmie, kwalifikujące się do wszczepienia rozrusznika. Te leki także powodują nawzajem wiele innych chorób, takich, jak cukrzyca, wrzody żołądka, refluks, hiperurykemia, anemia, zaburzenia układu trawiennego itp. Wszystkiego przy okazji red. Turowicza nie wymieniałem, bo tego jest mnóstwo.
JW
 
     
marcin458 

Dołączył: 15 Paź 2016
Posty: 2183
Wysłany: Czw Kwi 23, 2026 13:04   

Z dzisiejszymi lekami trzeba bardzo uważać bo wiele z nich jeśli nie większość powoduje tragiczne objawy dodatkowe i szkodzi bardziej niż pomaga na jedno powodując więcej innych problemów nawet chorób.
Mistrzowie zalecają by unikać wszelkich substancji chemicznych jak tylko sie da bo duża część jest szkodliwa także chemia w żywności.
Pozdrawiam
marcin
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Czw Kwi 23, 2026 17:59   

Witold Jarmolowicz napisał/a:
W latach 60-tych lekarze powszechnie diagnozowali nerwice psychosomatyczne, a to serca, a to żołądka, a to diabli wiedzą czego.
Jak nie mogli znaleźć przyczyny, to stwierdzali nerwica i wypad, bo tego się nie da wyleczyć.
Dlatego ja bardzo krytycznie odnoszę się do takich diagnoz, bo najczęściej zwykła zmiana nawyków żywieniowych i odstawienie baterii zbędnych leków zdecydowanie poprawiała zdrowie.
Dziś mamy kolejną inwazję lekoterapii, gdzie leki w kółko powodują choroby, które nawzajem leczą. Zacytowałem tylko, które leki kardiologiczne powodują ciężkie arytmie, kwalifikujące się do wszczepienia rozrusznika. Te leki także powodują nawzajem wiele innych chorób, takich, jak cukrzyca, wrzody żołądka, refluks, hiperurykemia, anemia, zaburzenia układu trawiennego itp. Wszystkiego przy okazji red. Turowicza nie wymieniałem, bo tego jest mnóstwo.
JW


W zeszłym tygodniu toczył Pan boje z przemysłem spożywczym. W tym tygodniu padło na przemysł farmaceutyczny.
Chętnie bym się do tej krucjaty przyłączył, gdybym widział w tym jakiś sens.
Póki co takiego sensu nie widzę.
Jutro weekend, to specjalnie na tą okoliczność potraktuję mózg ogólnie dostępną substancją psychoaktywną. W rozsądnych iliściach oczywiście.
Może to zmieni moje spojrzenie na tą sprawę. Chociaż szczerze wątpię.

PS Z naturalnych związków, najsilniejsze działanie antyarytmiczne mają kwasy tłuszczowe n-3, do których ma Pan mocno lekceważący stosunek. O notorycznym straszeniu rtęcią w rybach nie wspomnę.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Czw Kwi 23, 2026 18:05, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Witold Jarmolowicz 
Site Admin

Pomógł: 57 razy
Dołączył: 06 Sie 2007
Posty: 10198
Wysłany: Czw Kwi 23, 2026 18:28   

Lubię obalać utarte stereotypy, natomiast nie mam złudzeń, że pacjenci zaczną krytycznie oceniać przewlekłe terapie farmaceutyczne. Obecnie schematy diagnozowania i podawania leków są tak udoskonalone przez producentów, że chorzy nie mają szans wywinąć się z sieci wzajemnie kompensujących się leków. To się dzieje na wszystkich możliwych poziomach medycyny.
Np. Międzynarodowa Unia Chemii Czystej i Stosowanej (IUPAC) jakieś 20 lat temu ustanowiła, że poziom glukozy powinien być odnoszony do glukozy w osoczu a nie we krwi całkowitej. Skutkuje to tym, że wynik tej samej glikemii jest obecnie wyższy o jakieś 11% niż był dawniej.
Konia z rzędem lekarzowi, który o tym wie, pomimo, że jest to ogólnodostępna wiedza podstawowa.
JW
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Czw Kwi 23, 2026 19:26   

W sumie trudno określić czy to bardziej literatura historyczna, czy naukowa.
Chyba bardziej to drugie.


"Satanistyczna Inicjacja Hitlera. Włócznia, jak nam powiedziano, działała jak różdżka dla ciemnych sił, które nieustannie szukają wejścia do naszego świata materii. Latem 1912 roku Adolf Hitler był wyraźnie gotowy poddać się jej wpływowi. Dlaczego więc zachowywał się jak impotentny, histeryczny neurotyk, nawet po zaciągnięciu się do wojska w 1914 roku, kiedy jego ciemna gwiazda z pewnością powinna była wschodzić? Pomimo twierdzenia, że ​​w końcu odpowiedział na swoje prawdziwe powołanie, zachowywał się tak nieprzewidywalnie, że jego towarzysze trzymali się od niego z daleka, a przełożeni wielokrotnie pomijali go przy awansach, ponieważ wiedzieli, że ludzie odmówią pójścia za nim. Jak później wspominał kolega żołnierz Hans Mend: Hitlera uważano za dziwnego faceta. Siedział w kącie naszej mesy, trzymając głowę w dłoniach, w głębokim skupieniu. Nagle zrywał się i biegając podekscytowany, mówił, że pomimo naszych wysiłków zwycięstwo będzie nam odmówione, gdyż niewidzialni wrogowie narodu niemieckiego stanowią większe zagrożenie niż największa armata wroga. Innym razem siedział z hełmem nasuniętym na głowę, zupełnie nieświadomy naszego świata, tak głęboko zakorzeniony w sobie, że nikt z nas nie mógł go obudzić… Wszyscy go przeklinaliśmy i uważaliśmy za nie do zniesienia. Był wśród nas ten biały kruk, który nie zgadzał się z nami, gdy przeklinaliśmy wojnę. Czy były to działania Antychrysta, czy ucznia diabła? Jeśli tak, to Szatan dokonał bardzo złego wyboru. Co więcej, jeśli Hitler był wszechmocnym narzędziem tak diabolicznej siły, dlaczego zajęło mu ponad 20 lat, zanim doszedł do urzędu kanclerza? Nie ma wątpliwości, że Hitler był opętany – ci, którzy byli świadkami jego zdolności do podburzania tłumu, zaświadczyli o tym fakcie – ale on był napędzany demonami tego świata, a nie następnego. Były to demony urazy, strachu, nienawiści do samego siebie i wszechogarniającej nienawiści. Prawda jest taka, że ​​Hitler nie potrzebował pomocy ciemnej strony. Miał w sobie wystarczająco dużo destrukcyjnej energii, by siać spustoszenie na skalę niewyobrażalną nawet w czasach Włada Palownika, Tamburlaine'a i Czyngis-chana. Rok przed tym, jak Stein była świadkiem straszliwej transformacji w Schatzkammer, Hitler, jak się mówi, rozpoczął proces inicjacji, który miał zakończyć się opętaniem przez niego włócznią. Z Pretzschem jako swoim mentorem, 22-letni Hitler został wprowadzony w ezoteryczne tajemnice alchemii i znaczenie symboliki zakodowanej w legendzie o Graalu. Jednak jego ścieżka nie miała być ścieżką cierpliwości i samodyscypliny, prowadzącą ostatecznie do samorealizacji i oświecenia, ale niebezpieczną drogą na skróty, poprzez stosowanie narkotycznego środka pobudzającego, peyotlu, którego substancją czynną była meskalina, narkotyk preferowany przez arcykapłanów magii seksualnej, takich jak Aleister Crowley.

Adolf w Krainie Czarów.
W wersji wydarzeń Ravenscrofta, ostatni akt faustowskiego paktu Hitlera z Lucyferem przyjmuje wszystkie cechy baśni Grimmów, gdy opisuje młodego Adolfa zapuszczającego się do lasu Wachau niedaleko Wiednia ze Stein u boku w poszukiwaniu Waldschrata (leśnego trolla), który zapoznał go z przyjemnościami peyotlu. Była wiosna 1913 roku, ostatnia idylliczna wiosna przed wybuchem Wielkiej Wojny, a Hitler postanowił pożegnać się ze starym przyjacielem, Hansem Lodzem, zanim wyjechał, aby spróbować szczęścia w Monachium. Lodz był zielarzem, który mieszkał w wiejskiej chacie. Dwa lata wcześniej dosłownie natknął się na Hitlera, który spał na dworze w lesie i zaprosił go z powrotem do swojego wiejskiego domu, gdzie przygotował napój czarownicy z korzeni peyotlu, który dostarczył Pretzsche. Teraz powitał go ponownie, jak mistrz ulubionego ucznia, z oczami błyszczącymi z dumy przez falujące siwe włosy, z uśmiechem marszczącym rysy jego sękatej, korowatej skóry. Podczas gdy Lodz gotował bulion warzywny, Hitler szczegółowo opisywał swoje doświadczenia z rozszerzającym umysł halucynogenem swemu młodemu towarzyszowi. Stein siedziała uważnie, gdy Hitler opisywał szok, jakiego doznał, gdy znalazł się dryfujący w onirycznej krainie własnej psychiki, gdzie wszelkie aspiracje i lęki mogły przybrać symboliczną formę. Można się tylko zastanawiać, jakie obrazy i doznania manifestowały się w umyśle takiego człowieka, na skraju śmierci głodowej, na wpół oszalałego z urojeń wielkościowych i cierpiącego na manię prześladowczą, ale dysponujemy osobistymi relacjami kilku aspirujących mistyków, które dają wskazówkę, czego młody Hitler mógł doświadczyć, zakładając oczywiście, że to wydarzenie rzeczywiście miało miejsce.

Drzwi Percepcji.
W maju 1953 roku brytyjski powieściopisarz Aldous Huxley zażył niewielką ilość meskaliny w nadziei, że pozwoli mu ona dostrzec „ostateczną rzeczywistość” i odkryć znaczenie pozornie przypadkowego chaosu istnienia. Huxley otrzymał zapewnienie od kalifornijskich naukowców, którzy monitorowali ten eksperyment, że nie wystąpią żadne skutki uboczne, ponieważ lek pochodził z pejotlu, naturalnego halucynogenu występującego w kaktusach, którego szamani rdzennych Amerykanów używali od wieków, aby osiągnąć odmienne stany świadomości. „Spodziewałem się, że będę leżał z zamkniętymi oczami, patrząc na wizje wielobarwnych geometrii, ożywionej architektury, bogatej w klejnoty i bajecznie piękne krajobrazy z bohaterskimi postaciami, symbolicznych dramatów drżących nieustannie na granicy ostatecznego objawienia. Ale nie przewidziałem tego, było to oczywiste, z osobliwościami mojej psychiki, faktami mojego temperamentu, treningu i nawyków”. Ku zdumieniu Huxleya sama tkanka świata fizycznego wydawała się żywa. Wszystko, od wazonu z kwiatami po kanty w spodniach, stało się przedmiotem podziwu, rozświetlonym od wewnątrz i nieskończenie interesującym. „Bukiet kwiatów lśniących własnym wewnętrznym światłem… Te fałdy – cóż za labirynt nieskończonej, znaczącej złożoności!… Widziałem to, co Adam widział rankiem swojego stworzenia – cud, chwila po chwili, nagiego istnienia”. Czy Hitler podzielał podobne doświadczenie, czy też, co wydaje się bardziej prawdopodobne, doznał „złego tripu” z powodu swojego neurotycznego stanu psychicznego, nikt nie wie. Mówi się jednak, że podczas ich ostatniego wspólnego wieczoru zwierzył się Stein z jednej zdumiewającej myśli, którą wyniósł z narkotycznej wizji. Hitler chwalił się, że nieświadomie sięgnął do matrycy wspomnień i wrażeń mentalnych w eterze, znanej w kręgach ezoterycznych jako Kronika Akaszy. Tam ujrzał obrazy swoich poprzednich wcieleń, przesuwające się przed jego wewnętrznym okiem niczym klatki filmu. Jednym z nich był Landulf z Kapui, historyczna inspiracja dla głównej postaci opery Wagnera „Parsifal”, ale nie on był bohaterem opery. Był jej czarnym charakterem, Klingsorem, uosobieniem zła.
"Naziści i Okultyzm. Ciemne moce III Rzeszy." - Paul Roland"

Adolf Hitler ekperymentował z różnymi substancjami delikatnie mówiąc - psychoaktywnymi, dużo wcześniej niż podają oficjalne źródła.
Te oficjalne źródła twierdzą, że przygodę z narkotykami Hitler rozpoczął wtedy, kiedy jego osobistym lekarzem został Theo Morell, który szprycował go między innymi heroiną i amfetaminą.

Włócznia o której mowa, to oczywiście włócznia przeznaczenia, zwana inaczej włócznią Lucjana lub Longinusa.
Jeden z wcześniejszych rozdziałów opisuje to jak młody Adolf Hitler zostaje zauroczony przez ten eksponat znajdujący się w Hofburg Muzeum w Wiedniu.
Może to wskazywać na to, że Hitler miał skłonności do urojeń wielkościowych.

"Rozdział drugi: Włócznia przeznaczenia.
„Choć ten, kto śmiało podniósł się z otchłani dzięki żelaznej woli i przebiegłości, może podbić połowę świata, Jednak do otchłani musi powrócić. Już ogarnął go straszny strach; na próżno będzie się opierał! A wszyscy, którzy jeszcze z nim stoją, zginą w jego upadku”. Goethe, Przebudzenie Epimenidesa, akt II, scena 4.
W pochmurne popołudnie wczesnej jesieni 1913 roku, ponury, nieszczęśliwie wyglądający młodzieniec stał drżąc przed Muzeum Hofburg na historycznym Heldenplatz w Wiedniu ze swoim szkicownikiem i patrzył, jak pierwsze krople deszczu rozmazują jego najnowszą akwarelę. W tym czasie Adolf Hitler miał 19 lat, był praktycznie bez środków do życia i w stanie niemal ciągłej rozpaczy. Nie udało mu się dostać do prestiżowej wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych ani do Szkoły Architektury i został zmuszony do dzielenia nędznego pokoju jednoosobowego z przyjacielem z dzieciństwa w obskurnej części miasta. Oszczędności jego zmarłej matki były niemal wyczerpane, a on sam miał nikłe szanse na zarobienie na życie ze sprzedaży swoich pocztówkowych zdjęć. Wiedeńska burżuazja unikała handlarzy, a poza tym szkice Hitlera były prymitywne i pozbawione charakteru. Nagle został zmuszony do stawienia czoła faktowi, że jego nadzieje na zostanie architektem i powierzenie mu odbudowy stolicy były niczym więcej niż pobożnymi marzeniami młodości. Aby uniknąć stania się kolejnym włóczęgą na ulicach Wiednia, potrzebował inspiracji i silnego poczucia celu. Miał je znaleźć tego popołudnia w najbardziej nieoczekiwanym miejscu. Muzeum Hofburg było nudnym mauzoleum poświęconym dawnej chwale dynastii Habsburgów, którą Hitler gardził. W oczach przyszłego Führera symbolizowały one starą, zdegenerowaną arystokrację, która zaprzeczała swojemu niemieckiemu pochodzeniu. Gdy rozeszły się chmury deszczowe, niechętnie szukał schronienia wśród reliktów imperialnej przeszłości Austrii. Według kryptohistoryka Trevora Ravenscrofta, autora wysoce wątpliwej, ale często cytowanej książki „Włócznia Przeznaczenia” (1972), Hitler nie zwracał uwagi na eksponaty, przechadzając się po stęchłych, słabo oświetlonych galeriach, obwieszonych ciemnymi obrazami olejnymi w ozdobnych złotych ramach i wypełnionych artefaktami w szklanych gablotach. Jednak w Schatzkammer, czyli skarbcu, zatrzymał się przed wystawą starożytnych reliktów, znanych zbiorowo jako Reichkleinoden, nieświadomy znaczenia tego, co oglądał, tak głęboko pogrążony w myślach. Dopiero gdy przewodnik zaczął przemawiać do grupy zagranicznych gości, którzy tłoczyli się wokół niego, Hitler otrząsnął się z zamyślenia. „… ich przewodnik wskazał na starożytny grot włóczni… I wtedy usłyszałem słowa, które miały odmienić całe moje życie: «Z tą włócznią wiąże się legenda, że ​​ktokolwiek ją zdobędzie i rozwiąże jej tajemnice, trzyma w swoich rękach los świata, na dobre i na złe». Grot włóczni, oficjalnie znany jako Miecz św. Maurycego, miał być Świętą Włócznią lub Włócznią Longinusa, którą rzymski centurion przebił bok Jezusa, zanim został zdjęty z Krzyża po ukrzyżowaniu. Z tego powodu uważano, że posiada magiczne właściwości i odtąd nazywano ją Włócznią Przeznaczenia. Karol Wielki (742–814), pierwszy cesarz Świętego Cesarstwa Rzymskiego, miał przypisywać swój nieprzerwany ciąg zwycięstw posiadaniu włóczni. Zmarł wkrótce po tym, jak wypadła mu z ręki, gdy koń stanął dęba i powalił go na ziemię. Podobny los spotkał XII-wiecznego niemieckiego zdobywcę Fryderyka Barbarossę, który upuścił włócznię podczas przeprawy przez rzekę w Azji Mniejszej i został natychmiast powalony i zabity. W międzyczasie nie mniej niż 45 cesarzy nosiło ją przed sobą, zapewniając sobie zwycięstwo na polu bitwy i w senacie. Biorąc pod uwagę jej krwawą i znamienitą historię, na pierwszy rzut oka wydawała się niczym szczególnym. Pokryte rdzą ostrze w kształcie liścia zostało prymitywnie naprawione drutem i leżało w otwartym skórzanym futerale na czerwonym aksamitnym podwyższeniu. Gdyby nie maleńkie złote krzyże wytłoczone na podstawie, byłaby nie do odróżnienia od setek podobnych broni z tego okresu, znajdujących się w muzeach na całym świecie. Nie było dowodu na autentyczność relikwii wystawionej w Muzeum Hofburg, ale to najwyraźniej nie zniechęciło Hitlera, który później twierdził, że doznał objawienia, gdy po raz pierwszy się z nią zetknął. Później napisał: „Od razu wiedziałem, że to ważny moment w moim życiu. A jednak nie mogłem odgadnąć, dlaczego pozornie chrześcijański symbol wywarł na mnie takie wrażenie. Stałem tam w milczeniu, wpatrując się w niego przez kilka minut, zupełnie nieświadomy sceny rozgrywającej się wokół mnie w Schatzkammer. Zdawał się nieść jakieś ukryte, wewnętrzne znaczenie, które mi umykało, znaczenie, które czułem, że znam wewnętrznie, ale nie mogłem uświadomić sobie… Włócznia wydawała się być jakimś magicznym środkiem objawienia, ponieważ przybliżała świat idei do tak bliskiej i żywej perspektywy, że ludzka wyobraźnia stawała się bardziej realna niż świat zmysłów. „Czułem się, jakbym sam trzymał ją w dłoniach wcześniej, w którymś z wcześniejszych stuleci historii – jakbym sam kiedyś uznał ją za mój talizman mocy i dzierżył w swoich rękach losy świata”. Jak to jednak możliwe? Jakiego rodzaju szaleństwo opanowało mój umysł i wywołało taki zamęt w mojej piersi? To, czy włócznia była autentyczna, czy nie, jest prawie nieistotne. Najwyraźniej Hitler obudził w sobie coś, co miało mu dać poczucie własnego przeznaczenia i nieomylności."
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Czw Kwi 23, 2026 19:51, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Witold Jarmolowicz 
Site Admin

Pomógł: 57 razy
Dołączył: 06 Sie 2007
Posty: 10198
Wysłany: Sob Kwi 25, 2026 17:14   

Lubię obalać utarte stereotypy, natomiast nie mam złudzeń, że pacjenci zaczną krytycznie oceniać przewlekłe terapie farmaceutyczne. Obecnie schematy diagnozowania i podawania leków są tak udoskonalone przez producentów, że chorzy nie mają szans wywinąć się z sieci wzajemnie kompensujących się leków. To się dzieje na wszystkich możliwych poziomach medycyny.
To, co napisałem dotyczy wszystkiego, nie tylko leków, pogrążamy się w Matrixie informacyjno-smartfonowym:
Cytat:
Algorytmy mikrodawkują poziom nasycenia treści. Na początku podpowiadają humor, memy i dowcipy, niby nic poważnego, choć niesmak pozostaje. Później pojawia się coraz bardziej agresywna narracja antyfeministyczna, homofobiczna, radykalna. Użytkownik często nawet się nie zorientuje, gdy przesiąka tą narracją, zaczyna mówić i myśleć tak, jak podpowiada mu telefon. To jest jak gotowanie żaby.
Kto ma interes w tym, żeby algorytmy wychowywały radykałów?
Myślę, że to leży w interesie big techów. Młodzi mają prawie zerową wiedzę na temat śladu cyfrowego, jaki zostawiają, że to, gdzie dają lajki i co oglądają, jest później sprofilowane pod nich w celach sprzedażowych. Na końcu za każdym razem stoi produkt i jego reklama. Sprzedajesz tę wizję męskości, która wymaga odpowiednich ciuchów, diet, napojów, ćwiczeń, odpowiednio męskich dodatków. Skoro widać, że to hula, to przybywa twórców. A jak przybywa twórców, to przybywa odbiorców. Manosfera zarabia na kursach męskości, warsztatach podrywu, e-bookach. Naiwnością byłoby sądzić, że ktokolwiek robi tu coś bezinteresownie.
W ten sposób młodziaki zaczynają wierzyć, że trzeba mieć wielkiego fajfusa i muły, żeby dziewczyny wskakiwały do łóżka. Nie wiedzą, że Jean-Paul Sartre, Leśmian, Przybyszewski, Picasso nie mieli żadnej władzy, byli brzydkimi, szczerbatymi kurduplami a kobiety za nimi szalały. :shock:
JW
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Sob Kwi 25, 2026 21:36   

Witold Jarmolowicz napisał/a:
Lubię obalać utarte stereotypy, natomiast nie mam złudzeń, że pacjenci zaczną krytycznie oceniać przewlekłe terapie farmaceutyczne. Obecnie schematy diagnozowania i podawania leków są tak udoskonalone przez producentów, że chorzy nie mają szans wywinąć się z sieci wzajemnie kompensujących się leków. To się dzieje na wszystkich możliwych poziomach medycyny.
To, co napisałem dotyczy wszystkiego, nie tylko leków, pogrążamy się w Matrixie informacyjno-smartfonowym:
Cytat:
Algorytmy mikrodawkują poziom nasycenia treści. Na początku podpowiadają humor, memy i dowcipy, niby nic poważnego, choć niesmak pozostaje. Później pojawia się coraz bardziej agresywna narracja antyfeministyczna, homofobiczna, radykalna. Użytkownik często nawet się nie zorientuje, gdy przesiąka tą narracją, zaczyna mówić i myśleć tak, jak podpowiada mu telefon. To jest jak gotowanie żaby.
Kto ma interes w tym, żeby algorytmy wychowywały radykałów?
Myślę, że to leży w interesie big techów. Młodzi mają prawie zerową wiedzę na temat śladu cyfrowego, jaki zostawiają, że to, gdzie dają lajki i co oglądają, jest później sprofilowane pod nich w celach sprzedażowych. Na końcu za każdym razem stoi produkt i jego reklama. Sprzedajesz tę wizję męskości, która wymaga odpowiednich ciuchów, diet, napojów, ćwiczeń, odpowiednio męskich dodatków. Skoro widać, że to hula, to przybywa twórców. A jak przybywa twórców, to przybywa odbiorców. Manosfera zarabia na kursach męskości, warsztatach podrywu, e-bookach. Naiwnością byłoby sądzić, że ktokolwiek robi tu coś bezinteresownie.
W ten sposób młodziaki zaczynają wierzyć, że trzeba mieć wielkiego fajfusa i muły, żeby dziewczyny wskakiwały do łóżka. Nie wiedzą, że Jean-Paul Sartre, Leśmian, Przybyszewski, Picasso nie mieli żadnej władzy, byli brzydkimi, szczerbatymi kurduplami a kobiety za nimi szalały. :shock:
JW


Podobnie Serge Gainsbourg, przy którym Jan Himilsbach wyglądał jak model.
Takich przykładów jest mnóstwo: Bob Hoskins, Jack Nicholson, Joe Pesci. Ale oni mają/mieli magnetyczną osobowość.
Podobnie jest zresztą z kobietami o z pozoru nienachalnej urodzie.

Jak już niedawno mówiłem. Nie jestem na bieżąco z tym co Pan opisał. Ogólnie wiem co się dzieje, ale to wszystko już było.
Tak samo przebiegało to w starożytnym Egipcie, potem w Imperium Rzymskim, Brytyjskim.
Najpierw są trudne czasy i nikomu sodówa go głowy nie uderza, a potem ludzie stają się coraz zamożniejsi i im się w głowach przewraca.
Potem biedna większość się buntuje i stawia na rynkach miejskich gilotyny, a potem rewolucja zjada własne dzieci.

Teraz sytuacja jest o tyle inna, że bogaci mają środki i narzędzia do ogłupiania mas, którym mogą wmawiać, że wszystko jest ok i że żyjemy w systemach i czasach najlepszych z możliwych.
To też jest dyktatura, ale taka ukryta pod wieloma warstwami pozorów, że nią nie jest.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Sob Kwi 25, 2026 21:44, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Śro Kwi 29, 2026 20:47   

To nie jest literatura naukowa, ale co tam.
https://www.wydawnictwoal...paradoks-losia/
Kto czytał "Czynnik królika", ten się ubawi ponownie. ;D
Dla tych którzy chcieliby przeczytać coś Tuomainena, polecam kliknąć w powyższy link.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Śro Kwi 29, 2026 20:50, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Pon Maj 04, 2026 01:09   

Rozdział 6
To byłoby samobójstwo, chłopcy, samobójstwo
1 Każda wojna jest absurdalna. Mimo to od tysięcy lat istoty ludzkie z własnej woli rozstrzygają spory, unicestwiając się nawzajem. A kiedy nie unicestwiamy się nawzajem, poświęcamy mnóstwo czasu i uwagi na wymyślanie lepszych sposobów unicestwienia się nawzajem przy na s t ę p ne j okazji. Jeżeli się nad tym dobrze zastanowić, wszystko to jest trochę dziwne.
Niemniej jednak nawet w obrębie tej ogólnej kategorii absurdu istnieje pewne kontinuum. Wojna, która toczyła się w Europie, przynajmniej przypominała wcześniejsze wojny. Była bezsensowna w dobrze znany sposób – sąsiad walczył z sąsiadem. Lądowanie w Normandii wymagało krótkiej przeprawy przez kanał La Manche. Co tam przeprawy, przecież człowiek potrafi przepłynąć ten kanał wpław.
Na lądzie żołnierze maszerowali, trzymając w rękach karabiny. Strzelali z dział dużego kalibru. Gdybyśmy zorganizowali Napoleonowi tygodniowe przeszkolenie, przypuszczalnie poprowadziłby aliancką kontrofensywę w Europę równie skutecznie, jak każdy dwudziestowieczny generał.
Ale wojna na Pacyfiku? Ta znajdowała się na przeciwległym krańcu kontinuum wojny absurdu.
USA i Japonia prawdopodobnie utrzymywały ze sobą bardziej przelotne kontakty i wiedziały o sobie znacznie mniej niż jakakolwiek para walczących stron w historii.
Co ważniejsze, z geograficznego punktu widzenia były tak bardzo oddalone od siebie, jak żadna inna para przeciwników w historii. Wojna na Pacyfiku była z definicji wojną morską, a w miarę nasilania się konfliktu również wojną powietrzną. Lecz same rozmiary pola bitwy na Pacyfiku sprawiły, że była to wojna powietrzna, jakiej nikt nigdy wcześniej nie prowadził.
Na przykład w czasie ataku na Pearl Harbor wołem roboczym lotnictwa USA był bombowiec B-17, znany również jako Latająca Forteca. To właśnie te maszyny wykorzystywali LeMay, Eaker i Hansell w Europie. Roboczy zasięg Latającej Fortecy wynosił ponad trzy tysiące kilometrów: półtora tysiąca kilometra do celu i półtora tysiąca kilometra z powrotem. Ale w styczniu 1944 roku alianci nie dysponowali żadną bazą lotniczą w promieniu tysiąca kilometrów od Tokio.
Australia jest oddalona od Japonii o ponad sześć tysięcy kilometrów. Hawaje są równie daleko. Filipiny wyglądały najbardziej obiecująco na papierze, lecz ten archipelag pozostawał pod kontrolą Japończyków. Wojska USA odbiły go dopiero pod koniec 1945 roku. Tak czy inaczej, Manilę dzieliło od Tokio prawie trzy tysiące kilometrów.
Gdybyście byli przywódcami USA i chcieli zbombardować Japonię, jak byście to zrobili? Rozwiązanie tego problemu zajęło większą część wojny. Pierwszym krokiem było zbudowanie B-29 Superfortecy, najwspanialszego bombowca, jaki kiedykolwiek powstał, o efektywnym zasięgu prawie pięciu tysięcy kilometrów.
Kolejny krok wymagał odbicia trzech maleńkich wysp leżących na środku zachodniego Pacyfiku: Saipanu, Tinianu i Guamu, w archipelagu Marianów Północnych kontrolowanym przez Japończyków. Mariany dzieliło od Tokio niespełna dwa i pół tysiąca kilometrów i było to najbliżej położone miejsce nadające się pod budowę lotniska. Gdyby rozmieścić na Marianach flotę bombowców B-29, można by zaatakować Japonię. Japończycy też o tym wiedzieli, co doprowadziło do kolejnego bezsensownego epizodu wojny: jedna z najstraszliwszych batalii w całej wojnie toczyła się o trzy małe kawałki skał wulkanicznych, o których przed rozpoczęciem wojny nie słyszał nikt, kto nie mieszkał na zachodnim Pacyfiku.
Do walki rzucono piechotę morską. Jeden z weteranów, kapral Melvin Dalton, tak wspominał te walki:
Naszym głównym zadaniem było zmiękczenie przeciwnika, by oddziały na barkach desantowych mogły się dostać na plażę.
Po dwóch–trzech dniach […], następnego ranka o świcie ocean zapełniały statki i barki zmierzające na plażę, a ostrzał był taki, że nie macie pojęcia. [płacze] Martwe ciała były wszędzie, po prostu unosiły się na wodzie. Nikt nie miał czasu, żeby je pozbierać. Wszystkie wyłowiono później. Lecz kiedy morze wyrzucało je na brzeg, widok był po prostu straszny1.
Latem 1944 roku oddziały amerykańskiej piechoty morskiej zdobyły wspomniane wyspy jedną po drugiej *, po czym z Waszyngtonu przybył Haywood Hansell mianowany dowódcą nowo utworzonego 21 Dowództwa Bombowego. Były to elitarne siły wyposażone wyłącznie w najnowszą i najbardziej śmiercionośną broń oddaną do dyspozycji sił powietrznych – Superfortecę B-29. Jej zadaniem było sparaliżowanie japońskiej machiny wojennej z powietrza, by utorować drogę do tego, co dowództwo uważało za nieuniknione – inwazji lądowej na Japonię.
Dowodzenie nalotami na Japonię okazało się najważniejszym zadaniem w całej karierze Hansella. Wówczas było to prawdopodobnie najważniejsze stanowisko w całym Korpusie Powietrznym Armii USA. Ale plan ataków z powietrza był – w każdym znaczeniu tego słowa – absurdalny. A nawet bardzo absurdalny. Przede wszystkim B-29. W 1944 roku był to zupełnie nowy samolot pospiesznie wprowadzony do służby. Cierpiał na najróżniejsze choroby wieku dziecięcego **.
Psuł się. Silniki stawały w płomieniach. Nie wspominając o braku odpowiednio przeszkolonych pilotów.
Ta nowa broń miała startować z najmniej gościnnego miejsca, jakie można sobie wyobrazić dla bazy sił powietrznych. Na Marianach jest gorąco i wilgotno. Roi się od komarów. Padają ulewne deszcze. Wówczas nie było tam żadnych porządnych budynków, hangarów, zaplecza technicznego ani dróg, tylko quonset huts – blaszane baraki o półkolistym kształcie – i namioty ***. Haywood Hansell – wielokrotnie
odznaczany generał, autor planu wojny powietrznej przeciwko Hitlerowi w Europie – koczował w iście skautowskich warunkach.
Vivian Slawinski, podporuczniczka w Korpusie Pielęgniarskim Armii USA, wspomina, jak wyglądała wyspa Tinian w pierwszych miesiącach po jej zdobyciu przez siły amerykańskie: „Była tam masa skał […]. I szczury. Gnieździły się między elementami konstrukcji. Tego jednego nie mogłam znieść. Schodziły na dół i wyskubywały ludziom włosy. A kilka razy podchodziły bardzo blisko moich rąk […]. Nie mieliśmy szpitala. Mieliśmy tylko te blaszaki”2.
Kiedy jej rozmówca zauważył, że w blaszakach musiało być gorąco, odpowiedziała: „Mój kochany, wszędzie było gorąco”.
Jedyną zaletą archipelagu Marianów było to, że startujące z nich bombowce B-29 mogły dotrzeć do Japonii. Ale nawet to stwierdzenie było przesadą. Prawda jest taka, że Japonia leżała w ich zasięgu t yl ko w idealnych warunkach. Aby dolecieć na miejsce, Superforteca musiała najpierw zatankować dziewięć ton dodatkowego paliwa. A ponieważ powodowało to niebezpieczną nadwagę, każda maszyna potrzebowała również silnego wiatru od tyłu, który pomógłby jej poderwać się z pasa startowego. Trudno o bardziej skomplikowane i absurdalne wymogi stawiane przed sprzętem wojennym.
A miało być jeszcze gorzej. Późną jesienią 1944 roku Hansell był gotów do przeprowadzenia pierwszego poważnego nalotu na Tokio. Po wojnie opisał go na zajęciach w Akademii Sił Powietrznych w Colorado Springs: „Pierwsza operacja przeciwko Japonii nosiła nazwę San Antonio One. Skoordynowano ją ze strategią opracowaną przez Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, dlatego czas jej przeprowadzenia był niezwykle ważny”3.
Flota Hansella miała się wznieść w powietrze 17 listopada. Wszystko było gotowe. Zapowiadała się korzystna pogoda. O świcie armia rozstawiła korespondentów z fleszami, kamerami i mikrofonami wzdłuż pasów startowych.
Hansell sam poprowadził odprawę przed misją. „Trzymajcie się razem. Nie pozwólcie, by myśliwce wroga rozbiły formacje. I zrzucajcie bomby na cel” 4.
Samoloty ustawiły się w szeregu. Obciążone dodatkowym paliwem na drogę powrotną, miały wystartować dzięki pomocy silnego wiatru wiejącego wzdłuż pasa startowego.
Tylko że tamtego ranka wiatr przestał wiać.
Jak wspominał Hansell: „Wydano rozkazy, maszyny z rozgrzanymi silnikami kołowały na koniec jedynego pasa, jaki mieliśmy, i w tej samej chwili wiatr, który wiał nieustannie wzdłuż pasa startowego przez ostatnie sześć tygodni, zupełnie zanikł”.
Przeciążone B-29 nie mogły więc wystartować. Potem wiatr znów się wzmógł, lecz w przeciwnym kierunku. Czy Hansell mógł zawrócić samoloty – łącznie sto dziewiętnaście – i zdążyć na czas przewidziany do wykonania misji? Nie mógł. Miał do dyspozycji jeden w połowie utwardzony pas startowy. Musiał odwołać misję.
A miało się zrobić jeszcze ciekawiej. Pogoda zmieniła się po raz trzeci.
Hansell kontynuował:
Trzy–cztery godziny później znaleźliśmy się w samym środku potężnej burzy tropikalnej, huraganu, a raczej tajfunu. Trwał on mniej więcej sześć dni i zmienił całą bazę w grzęzawisko. A tu wszystkie B-29 były załadowane bombami i gotowe na rozkaz do startu. Mieliśmy bardzo poważnie obawy, że wróg dowie się o naszych planach. Było już za późno na zmiany. Codziennie myślałem, że może nam się uda.
Wysłaliśmy samoloty meteorologiczne, by śledziły trasę tajfunu wzdłuż wybrzeża, i okazało się, że podążał on dokładnie naszym kursem prosto ku Japonii.
W rezultacie misję udało nam się rozpocząć […] dopiero [tydzień] później.
Hansell relacjonował te wydarzenia dla sali pełnej kadetów sił powietrznych w 1967 roku. Większość słuchaczy wybierała się do Wietnamu – nawiasem mówiąc, kolejnej wojny na prawdziwie absurdalnym krańcu kontinuum absurdu – więc z uwagą śledzili oni każde słowo generała. Walczył w Azji, czyli w tej części świata, do której mieli się niebawem udać.
Wówczas ktoś zapytał starego generała: „A gdyby wiatr wówczas nie ucichł i dopiero potem zmienił kurs?”. Przypuśćmy, że rankiem 17 listopada 1944 roku
wszystkim maszynom udało się wzbić w powietrze. Jak zauważył kadet: „Gdyby wydał pan rozkaz startu o wyznaczonej porze, straciłby pan całą flotę bombowców”.
Generał odpowiedział: „Z pewnością tak by się stało”.
Hansell i reszta sił powietrznych nie dysponowali żadnym z nowoczesnych, skomplikowanych elektronicznych urządzeń nawigacyjnych. Cała jego flota znalazłaby się w powietrzu. Sto dziewiętnaście B-29, każdy z jedenastoosobową załogą. Tysiąc trzystu dziewięciu ludzi krążących w kółko, bezradnie wypatrujących plamek świateł pasa startowego w samym środku tajfunu, podczas gdy wskaźniki poziomu paliwa nieuchronnie zbliżałyby się do zera. A potem, jednego po drugim, wszystkie samoloty pochłonąłby ocean.
Burza szalała przez sześć dni. Hansell kontynuował: „W tej sytuacji pogodowej, gdybyśmy wystartowali kilka godzin wcześniej – tych kilka godzin różnicy spowodowałoby utratę wszystkich maszyn. Bo w okolicy nie mieliśmy żadnych zapasowych lądowisk”.
Wiara Haywooda Hansella w doktrynę bombardowania precyzyjnego już raz została wystawiona na próbę po katastrofie nad Schweinfurtem, lecz przetrwała nienaruszona. Na Marianach miała zostać poddana sprawdzianowi po raz drugi, lecz tym razem przez coś, co członkom mafii bombowej w salach wykładowych Maxwell Field nawet nie przeszło przez myśl.
2 W 1944 roku, w tym samym czasie, gdy Haywooda Hansella odkomenderowano na Mariany, Curtis LeMay również został przeniesiony z Europy nad Pacyfik. Miał tam stanąć na czele innej nowo powstałej elitarnej floty bombowców B-29 – 20 Dowództwa Bombowego stacjonującego we wschodnich Indiach w pobliżu Kalkuty.
Z Kalkuty, położonej w północno-wschodniej części kraju, wiedzie w linii prostej najkrótsza droga do Japonii. Indie Brytyjskie były bezpieczną przystanią, więc B-29 miały startować właśnie stamtąd, uzupełniać paliwo na zorganizowanym
naprędce lądowisku w okolicy chińskiego miasta Chengdu, udać się do Japonii, zrzucić bomby, zawrócić do Chengdu, uzupełnić paliwo i dolecieć do domu do Kalkuty. Pod względem odległości wyprawę tę można porównać do lotu z Los Angeles do Nowej Fundlandii z międzylądowaniem na zatankowanie paliwa w Chicago.
A teraz czas na pewien kluczowy fragment wiedzy geograficznej: Między Kalkutą a Chengdu rozciągają się Himalaje, najwyższe pasmo górskie na świecie.
„Garb” w żargonie pilotów. Jeżeli prowadzenie wojny powietrznej z Marianów uznaliście za absurdalne, to było coś o wiele, wiele gorszego.
Tak LeMay opisał przelot nad Garbem, choć nigdy na nic nie narzekał:
To było prawdziwe piekło […]. Góry były istnym stołem szwedzkim wszelkich niespodzianek meteorologicznych – gwałtowne prądy zstępujące, silne wiatry i nagłe burze śnieżne – a wszystko to serwowane w temperaturze prawie trzydziestu stopni poniżej zera. Jakby załogi potrzebowały przypomnienia, gdzie się znajdują, zaledwie dwieście czterdzieści kilometrów od trasy ich lotu często wyłaniał się zza chmur szczyt Mount Everestu o wysokości ośmiu tysięcy ośmiuset czterdziestu ośmiu metrów5.
Jak myślicie, jak wiele amerykańskich maszyn rozbiło się podczas próby przelotu nad Garbem w czasie wojny? Siedemset. Trasę lotu nazwano aluminiowym szlakiem z powodu ogromnej liczby wraków i szczątków kadłubów rozrzuconych wśród gór.
A to wcale nie wszystko. W bazie w Chengdu nie było paliwa lotniczego, znajdowała się ona bowiem na odludziu i była tylko lądowiskiem. Znacznie później David Braden, jeden z podkomendnych LeMaya, nagrał wywiad z byłym generałem brygady sił powietrznych Alfredem Hurleyem. Każdy pilot, który przelatywał nad Garbem, utyskiwał.
Braden: To było szaleństwo. Jedynym sposobem na dostarczenie benzyny do Chengdu był przelot nad Garbem. Czasami przy silnym wietrze B-29 spalał jedenaście litrów benzyny po to, by przetransportować na drugą stronę zaledwie jeden litr.
Hurley: To niesamowite.
Braden: Czyste szaleństwo6.
Poza tym nawet z Chengdu większa część terytorium Japonii nadal pozostawała poza zasięgiem Superfortec. Samoloty te nie mogły dolecieć do Tokio i wrócić do bazy, mogły jedynie kąsać najbliżej położoną część południowo-zachodniego krańca Japonii, gdzie znajdowała się tylko jedna fabryka godna uwagi aliantów.
Braden wspominał: „Kiedy zaczęli latać z Chengdu, docierali do Kiusiu [w Japonii], ale tam był tylko jeden cel, czyli huta żelaza i stali […]. Po jednym nalocie na nią wszyscy byli skrajnie wyczerpani”7.
By uświadomić wam, z czym musiał się mierzyć LeMay, podaję krótki opis typowej misji przeprowadzonej z bazy w Kalkucie 13 czerwca 1944 roku. Z Indii wystartowały dziewięćdziesiąt dwa bombowce B-29. Dwanaście zawróciło przed przekroczeniem Garbu. Jeden się rozbił. Do Chin dotarło zatem siedemdziesiąt dziewięć maszyn. Zatankowały i wystartowały ponownie. Jedna roztrzaskała się tuż po starcie. Cztery kolejne zawróciły z powodu problemów technicznych. Sześć musiało się pozbyć bomb. Jedna została zestrzelona po drodze do Japonii. Pogoda nad Kiusiu była fatalna, więc tylko czterdzieści siedem samolotów dotarło nad hutę, a spośród nich tylko piętnaście dostrzegło cel. Podczas misji flota straciła siedem samolotów i pięćdziesięciu pięciu ludzi. A w cel trafiła tylko jedna bomba. Jedna.
Wysyłacie dziewięćdziesiąt dwa bombowce B-29 na drugi koniec świata i tylko jedna bomba trafia w cel.

Japończycy mieli niezły ubaw z 20 Dowództwa Bombowego. Tokijska Róża – jak amerykańscy żołnierze nazywali spikerki japońskich rozgłośni propagandowych – tymi słowy apelowała na falach eteru do alianckich lotników:
„Posłuchajcie, chłopcy: lepiej wracajcie z powrotem nad Garbem do Indii. Szkoda, żebyście wszyscy zginęli. Mamy zbyt wiele samolotów bojowych i zbyt wiele [dział] przeciwlotniczych, abyście mogli się przedrzeć. To byłoby samobójstwo, chłopcy, samobójstwo”8.
Tak toczyła się wojna powietrzna na Pacyfiku jesienią 1944 roku. Czyje zadanie było bardziej absurdalne: Curtisa LeMaya czy Haywooda Hansella? To proste.
Dolecieć z Guamu do Japonii było trudno. Ale pokonanie dystansu z Indii do Japonii zakrawało na szaleństwo.
Lepiej byłoby jednak zapytać o to, jaki wpływ miało absurdalne położenie każdego z dowódców na jego sposób myślenia. Zacznijmy od LeMaya, człowieka, którego cała tożsamość zasadzała się na rozwiązywaniu problemów. W ten sposób nadawał on sens światu. Nie był osobą o wielkim uroku osobistym i charyzmie. Nie był wybitnym intelektualistą. Był człowiekiem czynu. Jak to ujął znacznie później:
„Wolę kogoś, kto jest naprawdę głupi, ale coś robi – nawet jeżeli robi to źle – niż kogoś, kto się waha i nie robi nic”9.
Właśnie taką postawę ceni sobie LeMay. Stacjonuje w Indiach, tysiące kilometrów od celu nalotów, i otrzymuje do rozwiązania problem, którego nie da się rozwiązać. Nie da się prowadzić skutecznej wojny w powietrzu, jeżeli zużywa się jedenaście litrów paliwa lotniczego na przewiezienie jednego litra na drugą stronę Himalajów.
Żadna ilość pomysłowości ani determinacji nie mogła przezwyciężyć przeszkody takiej jak najwyższy łańcuch górski świata.
W wielu rozważaniach i przemyśleniach na temat spuścizny LeMaya pojawiały się najróżniejsze teorie na temat jego motywacji do działań, które miał podjąć następnej wiosny, gdy przejął dowodzenie wojną powietrzną na Pacyfiku.
Zastanawiam się, czy pierwsze i najprostsze wyjaśnienie nie brzmi po prostu tak:
kiedy zaradny człowiek ma wreszcie swobodę działania, nic nie stanie mu na przeszkodzie.
A teraz przejdźmy do Haywooda Hansella. Jako gorliwy wyznawca doktryny znajdował się w zupełnie innym kłopotliwym położeniu.
"Mafia bombowa. Opowieść o obsesji, innowacji i moralności" - Malcolm Gladwell
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Pon Maj 04, 2026 01:19, w całości zmieniany 2 razy  
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Pon Maj 04, 2026 11:09   

Cytat:
CO NAS NIE ZABIJE, TO NAS WZMOCNI
Zdanie, które przytoczyliśmy w tytule, padło z ust Fryderyka Nietzschego i jak niedługo zobaczymy, ma zaskakująco dużo wspólnego z nauką kryjącą się w shinrin-yoku.
Fani Dragon Balla na pewno dobrze znają moc czarodziejskiej fasoli albo ziaren senzu. Kiedy Super Saiyanin, czyli superwojownik, odniesie takie rany, że stoi na krawędzi śmierci, i wówczas zje magiczną zieloną fasolkę, wraca do zdrowia i staje się jeszcze silniejszy niż przedtem.
Rany poniesione w boju, oczywiście w rozsądnym stopniu, są zatem korzystne dla superwojownika z Dragon Balla, ponieważ pobudzają jego moce.
Filozoficzna sentencja, którą zacytowaliśmy, to nie żaden wymysł ani złota myśl filozofa, lecz naukowy dowód. Ta sama zasada stanowi glebę, na której wyrosło shinrin-yoku. W tym rozdziale dowiemy się, jak natura dodaje nam siły, po cichu wyrządzając nam drobne krzywdy.
OD TRADYCJI DO NAUKI
Możemy ulec pokusie przekonania, że wszystkie wierzenia oparte na tradycji stanowią zaprzeczenie naukowości, jednak w rzeczywistości często nauka i wiara idą ze sobą w parze. Przez wieki ludzie przeważnie stosowali nienaukowe strategie przetrwania. Koniec końców, kiedy obcujemy ze
światem, zawsze działamy na zasadzie prób i błędów, co stanowi podstawę nauki.
Wypróbowując różne rozwiązania, przekonujemy się, co działa, a co nie.
Zresztą są tradycje, które popadają w niepamięć, oraz takie, które pozostają żywe do dziś i okazują się przydatne. Tak samo przez długie wieki było to w medycynie tradycyjnej. Jeżeli mikstura nie wyleczyła chorego, umierał, a jeśli inna okazała się skuteczna, stosował ją dalej.
Dopiero stosunkowo niedawno nauka dostarczyła nam stosownych narzędzi, by zbadać to, co do tej pory przeczuwaliśmy intuicyjnie. To, co podsuwała nam natura, czyli leczniczą moc lasów.
Na początku XX wieku doktor Shoma Morita1 zabierał swoich pacjentów na spacery po lesie i polecał im codziennie rąbać drzewo, wiedząc, że natura ma zdolność regenerowania ciała i duszy, czasem większą od wielu medykamentów. Gdyby zestawił dane, którymi dysponujemy dzisiaj i którymi podzielimy się z czytelnikami w trzeciej części tej książki, potwierdziłby swoje intuicje.
Rzeczywiście Japończycy od setek lat wykorzystują naturalne metody terapeutyczne. Szinotizm stawia przyrodę w centrum naszej egzystencji, a lasy są świątynią, do której udają się wierni szukający uzdrowienia. Także medytacja w świątyniach buddyjskich prawie zawsze odbywa się w naturalnym otoczeniu. Nawet w miastach okna pomieszczeń medytacyjnych zwykle wychodzą na ogrody pełne drzew.
Medytacja chodzona z buddyjskiego nurtu zen, zwana kinin, również odbywa się przede wszystkim w lesie lub ogrodzie.
Te tradycje łączące zdrowie i duchowy pokój z przyrodą nie zostały naukowo zweryfikowane aż do lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku.

"Shinrin-yoku. Japońska sztuka czerpania mocy z przyrody" - Héctor García, Francesc Miralles


To o czym nie wspominają autorzy tej świetnej książki, to aspekt ran fizycznych.
To w dawnej Japonii zauważono, że rany bitewne powodowały czasem cofanie się chorób, które występowały u tychże rannych wcześniej.
To dało podwaliny pod między innymi akupunkturę.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Pon Maj 04, 2026 11:42   

Kontynuacja tematu japońskiego.
Chociaż część Japończyków jest wyznawcami którejś z religii, to większość stanowią ateiści i agnostycy, którzy dla podtrzymania tradycji uczestniczą w obrządkach religijnych.
Podobnie jest zresztą u tych, którzy deklarują przynależność do społeczności żydowskiej.
Świat Zachodu też zresztą podąża w tą stronę.

Cytat:
Było już work life balance, slow life i hygge. Teraz czas na ikigai – japońską filozofię szczęścia.
To są fakty, a nie chwyt marketingowy – Japończycy zajmują czwarte miejsce na świecie pod względem długości życia, a Japonki drugie. Zawdzięczają to IKIGAI, które nazywają “powodem, dla którego chcesz rano wstać z łóżka”. IKIGAI jest obecne w ich codziennym życiu, w karierze zawodowej, w związkach, w rodzinie i w każdej czynności, którą wykonują.
„Ikigai. Japońska sztuka szczęścia” to nie jest kolejna książka ze zbiorem złotych zasad i jedynych słusznych prawd. Nic z tych rzeczy! To błyskotliwa, intrygująca i pełna ciekawostek opowieść o tajemnicy szczęścia mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni. Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, dlaczego Japończycy dożywają tak sędziwego wieku, ciężko pracują bez choćby słowa narzekania, jak na zawołanie wymyślają innowacyjne rozwiązania, którymi zachwyca się świat, to odpowiedzi znajdziecie w tej książce.
W niezwykłą podróż w nieznane zabierze was Ken Mogi – neurobiolog, wykładowca akademicki, a nade wszystko – Japończyk z krwi i kości. Lepszego przewodnika nie można sobie wymarzyć.
Ken Mogi przedstawia pięć filarów, które pozwolą osiągnąć IKIGAI w życiu. Dzięki praktycznym radom, mądrościom i własnemu doświadczeniu prowadzi do pełnej, świadomej i zdrowej życiowej równowagi
Bierze czytelnika za rękę i krok po kroku wyjaśnia mu, czym jest ikigai (iki – „żyć” oraz gai – „powód”). Na przykładach (historycznych i współczesnych) przedstawia filary japońskiej filozofii szczęścia. Przekonuje, dlaczego warto zaczynać od małych rzeczy i cieszyć się z drobnych przyjemności. Pokazuje, jak uwalniać siebie, szukać harmonii i trwania, myśleć o tym, co tu i teraz. W swoich opowieściach o sztuce szczęścia przedstawia nawet postaci z pierwszych stron gazet: od Harukiego Murakamiego, przez Baracka Obamę i Steve’a Jobsa, po Walta Disneya i pokazuje, jak ikigai zmieniło ich życie.
https://wielkalitera.pl/produkt/ikigai-ksiazka/

W końcu wiarygodne informacje na temat tego, co jedzą na Okinawie, bo...
Cytat:
Ken Mogi – neurobiolog, pisarz i dziennikarz mieszkającym w Tokio. Opublikował ponad trzydzieści prac z dziedziny neuropsychologii i kognitywistyki. Napisał przeszło sto książek popularnonaukowych, esejów i poradników, które zostały przełożone na dwadzieścia języków i sprzedały się w nakładzie ponad miliona egzemplarzy.
...a jest na ten temat mnóstwo sprzeczych informacji.

Na zachętę dodaję spis treści:
Tajemnicze słowo
I FILOZOFIA IKIGAI Sztuka starzenia się młodo
II ANTI-AGING – SEKRETY Co zmienić w codziennym życiu, by było długie i przyjemne
III MISTRZOWIE DŁUGOWIECZNOŚCI Wyznania najstarszych ludzi Wschodu i Zachodu
IV OD LOGOTERAPII DO IKIGAI Odnalezienie sensu istnienia jest ważne, by żyć dłużej i lepiej
V STAN PRZEPŁYWU W KAŻDEJ CZYNNOŚCI Jak przeistoczyć pracę i czas wolny w przestrzeń rozwoju osobistego
VI INSPIRACJE Z KRAINY STULATKÓW Tradycje i życiowe dewizy z Ogimi, które pomagają żyć długo i szczęśliwie
VII DIETA IKIGAI Co jedzą i piją najbardziej długowieczni ludzie świata
VIII UMIARKOWANY RUCH TO DŁUŻSZE ŻYCIE Wschodnie ćwiczenia fizyczne, które sprzyjają zdrowiu i długowieczności
IX ODPORNOŚĆ I WABI-SABI Jak mierzyć się z problemami i zmianami w życiu, by nie zestarzeć się ze stresu i niepokoju
EPILOG – IKIGAI, SZKOŁA ŻYCIA
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Wto Maj 05, 2026 13:10   

No proszę.
Cytat:
Rozdział VIII
Walka z „chorobami sekretnymi” i z psychiczną „degeneracją” jednostek zbliża psychiatrię do eugeniki. (...)Eugen Bleuler, bez którego autorytetu niewiele da się powiedzieć na jakikolwiek psychiatryczny temat tamtego czasu, więc kolejny raz zostaje przywołany w tej książce, nie bagatelizował znaczenia trybu życia prowadzącego do „degeneracji”. Doceniał pogadanki o szkodliwości zadawania się z nieodpowiednim towarzystwem czy nadużywania alkoholu. Od lat wskazywał wszak jeszcze jedno możliwe rozwiązanie: „Niewinna operacja nałożenia podwiązki na nasieniowody”.
Tę konkluzję przytoczył za Bleulerem profesor Jan Piltz, opowiadając w 1905 roku podczas wykładu, którym inaugurował działalność Kliniki Neurologiczno-Psychiatrycznej na Uniwersytecie Jagiellońskim, o „klęsce” chorób psychicznych i o kosztach przeznaczanych na utrzymanie osób nimi dotkniętych. Echa takiego myślenia dały się też słyszeć w rozważaniach na temat szkodliwości alkoholu, tytoniu i niewłaściwie dobranych małżeństw, prowadzonych podczas dyskusji po wykładzie Witolda Chodźki, wygłoszonym na zjeździe lekarzy w Lublinie na początku czerwca 1914 roku. I w salach wykładowych, i daleko od ośrodków uniwersyteckich rozmawiano więc o tym samym: w jaki sposób definitywnie ograniczyć pojawianie się na świecie osób chorych psychicznie lub niepełnosprawnych intelektualnie.
Postulat nie był nowy. Wzmianki o higienie rasy, czyli o eugenice, jak w polskim piśmiennictwie określano Rassenhygiene, pojawiały się na łamach pism lekarskich już na przełomie XIX i XX wieku. Nie traktowano jej wówczas jak ideologii. Była częścią nauki, postulując ograniczenie możliwości zawierania małżeństw przez osoby chore lub dziedzicznie obciążone chorobami nerwowymi, trudnymi w przebiegu i w leczeniu. Zaliczano do nich między innymi alkoholizm, psychopatię konstytucjonalną i psychozy maniakalno-depresyjne.
Umysłami rozmówców Chodźki – podobnie jak Grzywo-Dąbrowskiej czy Piltza – nie rządziła najpewniej idea ulepszenia rasy czy stworzenia doskonalszego człowieka. Prędzej pojęcie normy i rachunek ekonomiczny. Norma w miarę jasno wyznaczała, czym jest zdrowie psychiczne, a jakie stany należy uznać za wywołane chorobą i podlegające leczeniu. Paradoksalnie, choć medycy zdawali sobie sprawę, jak niewiele wiedzą o centralnym układzie nerwowym, a wobec wielu schorzeń psychicznych bywali bezradni, wierzyli, że w kwestii zdrowia psychicznego są możliwe jednoznaczne rozwiązania.
Wyobraźnię poruszał też argument ekonomiczny. Zarówno krakowski klinicysta, jak i lekarka ze szpitala w Chojnach powoływali się na ten sam przykład. Tyle że profesor opisał go w 1905 roku, a pani doktor dziesięć lat później. Był nim Max Jukes – ukryty pod tym pseudonimem Amerykanin, którego potomstwo, i to do pięciu pokoleń, znali chyba wszyscy psychiatrzy w Europie. W kolejnych generacjach Maxa – alkoholika – i jego żony – alkoholiczki oraz złodziejki – doliczono się między innymi stu osiemdziesięciu jeden kobiet zarabiających na życie płatną miłością, stu czterdziestu dwóch żebraków, siedemdziesięciu sześciu przestępców oraz osiemnastu sutenerów. A poza tym sto trzydzieści jeden osób niepełnosprawnych fizycznie lub umysłowo.
Jak zaznaczyła Grzywo-Dąbrowska, „w piątym pokoleniu wszyscy mężczyźni byli przestępcami, wszystkie kobiety prostytutkami”. Z kolei Piltz stwierdził, powołując się na obliczenia niemieckiego psychiatry Karla Wilhelma Pelmana, że familia, której protoplastą był Max Jukes, sprowadziła na świat w ciągu tych pięciu pokoleń ponad tysiąc osób – „przeważnie przestępców, wszetecznic, umysłowo chorych, różnych niedołęgów i kalek psychicznych”. Pelman obliczył również, że ich utrzymanie wraz z wyżywieniem, w przeliczeniu na niemiecką walutę, miałoby kosztować niebagatelną sumę, zbliżającą się do pięciu milionów marek. Tymczasem „niewinna operacja”, jak Piltz za Bleulerem nazwał sterylizację, mogłaby zapobiec od ręki pojawieniu się na świecie potomków alkoholika i złodziejki.
Dla krakowskiego psychiatry przykład zza oceanu był niczym dzwonek alarmowy, bo pokazywał, jak „wielką klęską są dziś choroby umysłowe i jakie olbrzymie fundusze pochłania utrzymanie umysłowo chorych”. Liczba osób chorujących psychicznie rosła jego zdaniem „w sposób zastraszający” na skutek pojawienia się wraz z rozwojem cywilizacji „szkodliwych czynników”. Złe przeczucia co do przyszłości świata podparł przykładem Szwajcarii, gdzie przyrost „obłąkanych” miał być szybszy od przyrostu naturalnego całej populacji. Skala, w jakiej zaczęły występować choroby psychiczne, powodowała, że wiedza na ich temat – jak uważał Piltz – stawała się dla ogółu lekarzy równie niezbędna jak ta o gruźlicy czy o kile. Tyle że o ile do tej pory lekarze potrzebowali wiedzy, by uśmierzać ludzkie cierpienie, o tyle teraz miała im ona zapewnić współuczestnictwo w formowaniu nowego świata. Takiego, w którym choroby psychiczne i obecność – mówiąc ówczesnym językiem – „zdegenerowanych jednostek” przestaną obciążać społeczeństwa i budżety ich państw.
Idee eugeniczne mogły stać się przedmiotem dyskusji w psychiatrii za sprawą doświadczeń morawskiego augustianina Gregora Mendla, przeprowadzanych na groszku pachnącym. Opisane przez niego prawa dziedziczenia cech, poznane w latach sześćdziesiątych XIX wieku i opublikowane w 1866 roku jako Badania nad mieszańcami roślin, naukowcy zignorowali. Przełom nastąpił dopiero na początku następnego stulecia, kiedy ustalenia mniszego przyrodnika potwierdziły wyniki otrzymane przez Hugona de Vriesa, Carla Corrensa i Ericha Tschermaka, którzy uczynili z nich podstawy nowej dziedziny naukowej – genetyki.
Trzy lata po tym, gdy Mendel przedstawił na posiedzeniu towarzystwa naukowego w Brnie ustalone przez siebie zasady dziedziczenia cech, na drugim końcu kontynentu Francis Galton – nie zdając sobie sprawy z ich istnienia – wydał książkę Hereditary Genius, Its Laws and Consequences (Dziedziczny geniusz – jego prawa i skutki), w której zajął się procesem ulepszania gatunków. Galton – z wykształcenia lekarz, poza tym podróżnik i antropolog, a prywatnie kuzyn autora teorii ewolucji Charlesa Darwina – na określenie swoich idei posłużył się słowem „eugenika”. Jej znawcom marzyło się poznanie warunków, które sprzyjałyby kształtowaniu cech uznanych za pozytywne. Poza tym mieli nadzieję ustalić zasady ich przekazywania kolejnym pokoleniom i blokowania dziedziczenia cech ocenianych jako niepożądane. Warto zauważyć tę zbieżność między odkryciem Mendla a ogłoszeniem idei Galtona, bo pokazuje ona niearanżowane przecież przez nikogo krążenie myśli.
Te same marzenia co angielscy mieli eugenicy na ziemiach polskich, między innymi Julian Neugebauer, położnik, który o ideach Galtona pisał w książce Eugenika i położnictwo z 1913 roku. Według Neugebauera Galton był humanitarnym utopistą, twierdząc, że do realizacji jego idei wystarczy upowszechnienie oświaty na odpowiednio wysokim poziomie i dobra wola zainteresowanych. Tymczasem sama medycyna działa przeciwko eugenice, wydłużając – za sprawą postępu naukowego – życie osób z niepełnosprawnościami czy od urodzenia obciążonych chorobą.
Słowa nie zawsze prowadzą do czynów, ale „wielka klęska chorób umysłowych”, by posłużyć się sformułowaniem Piltza, pchała ludzi do działania. Podjęto je w Stanach Zjednoczonych, gdzie w tym samym czasie, kiedy Grzywo-Dąbrowska prowadziła badania w Chojnach, a wielu lekarzy stawiało pytania podobne do zadawanych przez Piltza, formował się ruch higieny psychicznej. Jednym z korzeni, z którego wyrastał ruch polskich higienistów, było powstałe w 1902 roku przy redakcji czasopisma „Ogniwo” Towarzystwo Abolicjonistów, z udziałem takich postaci jak Maurycy Bornsztajn, psychiatra i psychoanalityk, czy Teodora Męczkowska, nauczycielka i liderka ruchu kobiecego. Zamierzali oni między innymi walczyć z prostytucją, która była jedną z głównych przyczyn rozprzestrzeniania się kiły, a ta z kolei doprowadzała przecież swoje ofiary między innymi do psychicznej degradacji. Powstałe w 1908 roku Towarzystwo do Walki z Chorobami Sekretnymi i Szerzenia Zasad Abolicjonizmu, zrzeszające przede wszystkim lekarzy, upowszechniało z kolei „czystość moralną i fizyczną”. Planowano tworzenie bibliotek z odpowiednią literaturą, oddziałów w szpitalach ogólnych dla „chorób sekretnych”, „domów higienicznych”, gdzie leczono by osoby niezamożne, i ambulatoriów dla dzieci chorych na kiłę. Idee nie zyskiwały jednak zrozumienia, czego nie potrafiły zmienić ani wystawa na temat „poprawy obyczajów”, ani kampania na temat higienicznego trybu życia prowadzona w prasie.
Pierwsza organizacja zajmująca się higieną psychiczną, która poza imponującą listą zamierzeń mogła się również pochwalić konkretnymi osiągnięciami, powstała w 1915 roku jako sekcja Towarzystwa Higieny Psychicznej imienia Bolesława Prusa. Jej działacze zorganizowali „kursy pielęgniarskie dla niepodległościowych nauczycieli szkół powszechnych”, a w Warszawie szpital dla rannych legionistów i ambulatorium weneryczne. W 1916 roku członkowie sekcji zawiązali Polskie Towarzystwo Walki z Nierządem i Chorobami Wenerycznymi; wśród planowanych aktywności znalazły się i takie, które przynależały do higieny psychicznej. Chociażby prowadzenie badań nad usługami seksualnymi, uświadamianie młodzieży w kwestii „spraw życia płciowego” czy zakładanie „przystani dla samotnych kobiet”. Od lipca 1918 roku towarzystwo wydawało już własne pismo. Kwartalnik „Zagadnienia Rasy” będzie się ukazywał do wybuchu kolejnej wojny. W wolnej Polsce towarzystwo doczekało się wsparcia ze strony Ministerstwa Zdrowia Publicznego, a o tym, że miało co robić, świadczy fakt, że w Warszawie, liczącej po zakończeniu wojny nieco ponad osiemset tysięcy mieszkańców, było najwięcej w państwie osób chorych wenerycznie.
W 1919 roku organizacja przybrała kolejne miano, stając się Towarzystwem Walki ze Zwyrodnieniem Rasy. Pod nazwą, która kojarzy się z podziałem ras na bardziej i mniej wartościowe, eksterminacją i „ostatecznym rozwiązaniem”, nie kryli się jednak polscy rasiści, ale społecznicy zajmujący się dokładnie tą samą działalnością co przed zmianą nomenklatury: profilaktyką chorób wenerycznych i lecznictwem. Opracowywali – kolejną zresztą – ustawę o zwalczaniu chorób wenerycznych i nierządu. Prowadzili „przystanie dla dziewcząt”, gdzie mogły one nauczyć się zawodu. Wygłaszali referaty, między innymi na temat homoseksualizmu, który był wówczas przestępstwem, przekonując, że osób homoseksualnych nie należy karać, ale oddziaływać na nie profilaktycznie. Stefan Kramsztyk – pediatra i publicysta, stryjeczny bratanek Zygmunta Kramsztyka, orędownika budowy Szpitala Starozakonnych w Warszawie – opowiadał z kolei o charakterystycznych cechach społeczeństwa polskiego w wykładzie Zagadnienia eugeniczne a idea państwowa.
W 1921 roku, w wyniku kolejnego przekształcenia organizacyjnego, powstało Polskie Towarzystwo Eugeniczne. W jego szeregach i w zespole redakcyjnym kwartalnika „Zagadnienia Rasy” nie brakowało psychiatrów. Jego prezesem został jednak wenerolog Leon Wernic. Celem Towarzystwa było według niego zapobieganie „zwyrodnieniu rasy”, między innymi przez przeciwdziałanie pojawianiu się osobowości oligofrenicznych, jak nazywano osoby z niepełnosprawnościami intelektualnymi, i psychopatycznych. Nie planowano jednak ani w żaden sposób nie akceptowano fizycznej ich eliminacji. Eugenikę Wernic uważał za „naukę o uszlachetnieniu rasy ludzkiej”, zamierzającą znaleźć sposoby na „ograniczenie mnożenia się tej części ludzkiego gatunku, która jest ciężarem dla społeczeństwa”. Potrzeba było bowiem miejsca i przestrzeni dla „zastępów ludzi pełnowartościowych, twórczo pracujących dla szczytnych celów państwa i ludzkości”. Po doświadczeniach drugiej wojny światowej, zwłaszcza Holocaustu, jego rozważania na temat „praktycznych zabiegów koło utrzymania rasy”, których celem byłoby wstrzymanie albo ograniczenie możliwości „rozrodu jednostek mało wartościowych”, szokują. Ale w momencie odzyskiwania niepodległości taka retoryka nie budziła sprzeciwów. Eugeniką się fascynowano. Jak chciał Wernic, miała być ona naukowa, praktyczna, a nawet państwowa (czyli, ujmując kwestię dobitniej: polityczna).
Rozmowy na tematy eugeniczne, w których osoby chorujące psychicznie nigdy nie były traktowane podmiotowo, ale jak „problem do rozwiązania”, powrócą na początku lat trzydziestych. Wtedy, między innymi, rozpocznie się dyskusja o możliwości sterylizacji osób dziedzicznie obciążonych chorobą psychiczną lub niepełnosprawnych intelektualnie.
"Psychiatria w Polsce. Nieznane historie." - Anna Mateja

I jeszcze krótki cytat z rozdziału I.
Cytat:
Rozdział I
Ludzie wieku pary i elektryczności ulegają „newrozie”, ale psychiatrzy uspokajają, że czasy nie są bardziej bezduszne niż te, kiedy „obłąkanych” palono na stosie.
„Leczył się najstarszym »neuroleptykiem« – alkoholem”*.
Pacjentem był Rudolf Höss. Przy pomocy alkoholu usiłował poradzić sobie z objawami nerwicy dyrektorskiej, którą wywołała konieczność zorganizowania obozu koncentracyjnego, w tym wysyłki tysięcy ludzi do komór gazowych. Nim wprowadzono nowoczesną farmakoterapię, po alkohol – jak z lekarskiego doświadczenia wiedzieli autorzy tej opinii: Maria Orwid i Antoni Kępiński – sięgało wiele osób chorujących psychicznie. W ten sposób, przynajmniej na czas poalkoholowego zamroczenia, rozładowywały one lęk i osłabiały cierpienie towarzyszące chorobom dużo poważniejszym od nerwicy menadżerów.
A jeśli nie alkohol, to co? Jak wyglądały leczenie i opieka psychiatryczna, nim w listopadzie 1952 roku zaczęto podawać pacjentom largactil, pierwszy lek przeciwpsychotyczny? Farmaceutyk miał pokaźną listę skutków ubocznych: mógł utrudniać koncentrację, zaburzać sen, rytm serca i pracę wątroby, wywoływać depresję… Ale był! Możliwe stało się leczenie nawet tak wyniszczającej choroby jak schizofrenia. Largactil wykluczał pobyt w szpitalu albo wyraźnie go skracał. I dlatego zmienił psychiatrię nieodwracalnie.
Opracowany we Francji pierwszy lek psychotropowy pojawił się w Polsce w 1954 roku. Złośliwi twierdzili, że jego wprowadzenie do rodzimych szpitali uspokoiło przede wszystkim lekarzy i pracujący tam personel, bo poczuli się mniej bezradni wobec pacjentów. :evil:
 
     
Witold Jarmolowicz 
Site Admin

Pomógł: 57 razy
Dołączył: 06 Sie 2007
Posty: 10198
Wysłany: Wto Maj 05, 2026 19:49   

Strix aluco napisał/a:

Cytat:
Rozdział I
Largactil wykluczał pobyt w szpitalu albo wyraźnie go skracał. I dlatego zmienił psychiatrię nieodwracalnie.
Opracowany we Francji pierwszy lek psychotropowy pojawił się w Polsce w 1954 roku. Złośliwi twierdzili, że jego wprowadzenie do rodzimych szpitali uspokoiło przede wszystkim lekarzy i pracujący tam personel, bo poczuli się mniej bezradni wobec pacjentów. :evil:
To był znany i rozważany aspekt działanie psychotropów. Antoni Kępiński w swojej książce Schizofrenia pisze o tym całkiem poważnie.
JW
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Śro Maj 06, 2026 09:01   

Witold Jarmolowicz napisał/a:
Strix aluco napisał/a:

Cytat:
Rozdział I
Largactil wykluczał pobyt w szpitalu albo wyraźnie go skracał. I dlatego zmienił psychiatrię nieodwracalnie.
Opracowany we Francji pierwszy lek psychotropowy pojawił się w Polsce w 1954 roku. Złośliwi twierdzili, że jego wprowadzenie do rodzimych szpitali uspokoiło przede wszystkim lekarzy i pracujący tam personel, bo poczuli się mniej bezradni wobec pacjentów. :evil:
To był znany i rozważany aspekt działanie psychotropów. Antoni Kępiński w swojej książce Schizofrenia pisze o tym całkiem poważnie.
JW

Pamiętam, że czytał Pan Kępińskiego z uwagą. Mnie się to niestety nie udało.
Jak to wygląda od środka, częściowo opisuje Stephen Seager w książce "Psychopaci", przez którą udało mi się przebrnąć.
Resztę tego co przeczytałem z zakresu psychiatrii i psychologii, to obiektywnie rzecz ujmując literatura popularnonaukowa.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Śro Maj 06, 2026 09:07   

Ale i w tej popularnonaukowej literaturze dotyczacej psychiatrii i psychologii można znaleźć coś dla siebie.
Martha Stout "Socjopaci są wśród nas
Cytat:
Nie można wykluczyć, że wpływy środowiska na socjopatię wykazują ściślejsze związki z czynnikami ogólnokulturowymi niż z jakimikolwiek określonymi aspektami wychowania. Co więcej, jak dotąd próby kojarzenia socjopatii z czynnikami kulturowymi okazały się dla badaczy bardziej owocne niż poszukiwania swoistych zmiennych związanych z wychowaniem dziecka. Socjopatia może nie stanowić następstwa maltretowania przez opiekunów w dzieciństwie ani zespołu zaburzenia więzi, należałoby raczej uznać ją za wynik interakcji między wrodzonym kształtem układu nerwowego pewnych jednostek a wartościami wyznawanymi przez społeczeństwo, w którym przyszło im żyć.
Ta hipoteza z pewnością rozczaruje wielu czytelników, ponieważ o ile zmiana rozwiązań w dziedzinie opieki nad kobietą w ciąży, podczas porodu i leczenia dzieci na masową skalę byłaby nie lada przedsięwzięciem, o tyle przebudowa systemów wartości i przekonań całej kultury wymagałaby działań na wprost niewyobrażalną skalę o zniechęcająco odległym horyzoncie czasowym. Zapewne czulibyśmy się trochę mniej onieśmieleni, gdyby udało się nam przygotować listę praktyk wychowawczych, które moglibyśmy skorygować za naszego życia. Ale być może to właśnie w społeczeństwie tkwią zalążki pewnych cech człowieka i wreszcie okaże się, że „właściwy czas kształtowania charakteru dziecka to mniej więcej sto lat przed jego urodzeniem”, jak stwierdził William Ralph Inge na początku XX wieku.
Ze źródeł pisanych wiemy, że socjopaci pod różnymi nazwami od wieków żyją we wszystkich społeczeństwach świata. Na przykład antropolog i psychiatra Jane M. Murphy analizuje inuickie pojęcie kunlangeta odnoszące się do osoby, której „umysł wie, co robić, lecz tego nie robi”[16]. Murphy pisze, że w północno-zachodniej części Alaski „nazywa się tak mężczyznę, który notorycznie kłamie, oszukuje, kradnie i nie chodzi na polowania, a gdy innych mężczyzn nie ma w wiosce, wykorzystuje seksualnie kobiety”. Inuici zakładają milcząco, że kunlangety nie da się wyleczyć. Właśnie dlatego, zdaniem Murphy, rozwiązują ten problem zgodnie z nakazem tradycji: zmuszają kunlangetę do pójścia na polowanie, a następnie bez świadków spychają go z lodowego urwiska.
Choć socjopatia wydaje się zjawiskiem uniwersalnym i ponadczasowym, istnieją wiarygodne dowody na to, że w niektórych kulturach żyje mniej socjopatów niż w innych. Co ciekawe, osoby nieprzystosowane do życia w społeczeństwie względnie rzadko spotyka się w niektórych krajach Azji Wschodniej, zwłaszcza w Japonii i Chinach[17]. Badania przeprowadzone na Tajwanie, zarówno w miastach, jak i na obszarach wiejskich, ujawniły niezwykle niską częstość występowania antyspołecznego zaburzenia osobowości – w granicach 0,03–0,14 procent populacji. Co prawda odsetek ten nie wynosi zero, lecz i tak jest o wiele mniejszy niż w świecie zachodnim, w którym szacuje się go na 4 procent (czyli socjopatą jest jedna na dwadzieścia pięć osób). Niepokoić mogą doniesienia o wzrastającej częstości występowania socjopatii w USA. W 1991 roku autorzy badania epidemiologicznego sponsorowanego przez Krajowy Instytut Zdrowia Psychicznego (National Institute of Mental Health) dowiedli, że w ciągu piętnastu lat częstość występowania antyspołecznego zaburzenia osobowości wśród młodych Amerykanów prawie się podwoiła[18]. Bardzo trudne, wręcz niemożliwe byłoby wyjaśnienie tak radykalnej zmiany wyłącznie czynnikami genetycznymi i neurobiologicznymi. Najwyraźniej wpływy kulturowe odgrywają bardzo ważną rolę w rozwoju (lub jego powstrzymywaniu) socjopatii w każdej populacji.
Niewielu z nas zakwestionowałoby spostrzeżenie, że od czasów Dzikiego Zachodu do czasu socjopatów stojących obecnie na czele wielkich firm społeczeństwo amerykańskie nie tylko przyzwala, lecz wręcz kultywuje postawy typu „liczę się tylko ja”, typowe dla dążenia do dominacji. Robert Hare pisze: „nasze społeczeństwo przyzwala, wzmacnia, a czasami wręcz ceni niektóre spośród cech wymienionych w skali obserwacyjnej skłonności psychopatycznych, takie jak impulsywność, nieodpowiedzialność czy brak wyrzutów sumienia”[19]. Jego zdanie podzielają teoretycy, według których kultura północnoamerykańska ze swoim indywidualizmem jako nadrzędną wartością ma tendencję do sprzyjania rozwojowi zachowań antyspołecznych, a także do ich maskowania. Innymi słowy, w Ameryce manipulowanie innymi ludźmi bez poczucia winy „współbrzmi” z oczekiwaniami społecznymi w znacznie większym stopniu niż w Chinach lub w innych społeczeństwach bardziej eksponujących znaczenie zbiorowości.
Uważam, że istnieje jaśniejsza strona tego medalu, dlatego chciałabym odpowiedzieć na pytanie, dlaczego niektóre kultury zachęcają swoich członków do zachowań prospołecznych. Pewne społeczeństwa wywierają korygujący wpływ na kształtujące się charaktery socjopatów od urodzenia pozbawionych zdolności do normalnego przetwarzania emocji w kontaktach międzyludzkich. Dlaczego mimo poważnych przeciwności odnoszą sukcesy w tej dziedzinie? Moim zdaniem nadrzędne systemy wierzeń i przekonań w niektórych kulturach zachęcają urodzonych socjopatów do poznawczego kompensowania braków emocjonalnych. W przeciwieństwie do eksponowanego na Zachodzie skrajnego indywidualizmu i wewnętrznego poczucia umiejscowienia kontroli w innych kulturach, zwłaszcza w tych wywodzących się z Azji Wschodniej, kluczową rolę odgrywają teologiczne aspekty wzajemnych powiązań między wszystkimi istotami żywymi. Co ciekawe, ta wartość stanowi również podstawę sumienia definiowanego jako poczucie obowiązku zakorzenione w świadomości więzi międzyludzkich. Jeżeli jakaś osoba nie odczuwa lub jeżeli z przyczyn neurologicznych nie może odczuwać związków emocjonalnych z innymi, być może kultura kładąca nacisk na aspekt duchowy tego rodzaju więzi mimo wszystko zaszczepia w niej ściśle poznawczą interpretację zobowiązań międzyludzkich.
Czysto intelektualne zrozumienie obowiązków wobec innych nie jest takim samym atrybutem jak silnie dyrektywne uczucie zwane przez nas sumieniem, lecz zapewne wystarcza do wymuszenia prospołecznych zachowań przynajmniej u pewnych osób, które zachowywałyby się antyspołecznie, gdyby żyły w społeczeństwie kładącym nacisk na indywidualizm zamiast na wzajemne zależności od innych. Chociaż są one pozbawione wewnętrznego mechanizmu zwracającego uwagę na ścisłe związki z innymi, uwarunkowania kulturowe na każdym kroku przypominają im, że coś takiego istnieje. Niestety nasza kultura wszem wobec ogłasza, że zdolność do postępowania bez poczucia winy wyłącznie we własnym interesie stanowi o ich przewadze. To wyjaśniałoby, dlaczego typowa zachodnia rodzina nie może samodzielnie zresocjalizować urodzonego socjopaty. W społeczeństwie zbyt wiele odmiennych głosów podpowiada, że to właśnie jego postawa wobec świata jest prawidłowa.
Posłużmy się przykładem: jeśliby Amerykanin Skip urodził się w kulturze silnie zakorzenionej w buddyzmie lub w shintoizmie, to zabijałby żaby? Może tak, a może nie. Jego mózg byłby taki sam, lecz wszyscy otaczający go ludzie wyrażaliby szacunek dla życia. Wszyscy w jego świecie byliby tego samego zdania, w tym jego bogaci rodzice, nauczyciele, rówieśnicy, a może nawet oglądani w telewizji celebryci. Skip pozostałby sobą. Nie szanowałby płazów, po zabiciu ich nie odczuwałby wyrzutów sumienia ani odrazy do siebie, lecz zapewne powstrzymałby się od tego czynu, gdyż jego kultura dawałaby mu jednoznaczny przekaz – coś w rodzaju zasad właściwego zachowania przy stole, konieczności dostosowania się do innych – który jego przenikliwy intelekt opanowałby bez żadnych kłopotów. Socjopaci nie dbają o świat społeczny, w którym żyją, lecz chcą – i potrzebują – dopasować się do niego.
Oczywiście powyższe słowa sugerują, że nasza kultura uczy dzieci takie jak Skip, że wolno torturować małe zwierzęta i można nadal nie wyróżniać się z tłumu. Niestety, to raczej rzetelna ocena trudnej sytuacji, w której obecnie się znajdujemy.


Bądź co bądź piszą te książki fachowcy.
 
     
Witold Jarmolowicz 
Site Admin

Pomógł: 57 razy
Dołączył: 06 Sie 2007
Posty: 10198
Wysłany: Śro Maj 06, 2026 10:35   

Strix aluco napisał/a:
Bądź co bądź piszą te książki fachowcy.
My, niefachowcy tu na forum mniej więcej podobnie to wszystko opisywaliśmy, włącznie z socjopatami wśród Inuitów i menadżerów.
Przykład Polski po upadku komuny pokazuje, jak w soczewce, że rząd dusz zdobyli socjopaci zgodnie ze słynnym bon motem "ciemny lud to kupi".
Przypadek Łatwoganga pokazuje, jak ogromne pokłady empatii i gotowości do pomocy drzemią w polskim społeczeństwie. Jednak ostatecznie to socjopaci przejmują pałeczkę. Socjopaci bez odrobiny wstydu wbijają ciemnemu ludowi odruchy myślowe, jak psu Pawłowa.
W swoim szlachetnym odruchu serca Łatwoganga poruszył uśpioną lawinę pomocy.
Będzie miał następców, specjalistów od szwindli jadących wspólnie z Trumpem na pasku Moskwy, jak Zondacrypto czy aferzysta z "Sowy i Przyjaciele".
Ciemny lud amerykański zupełnie zdurniał. Czarno na białym dziennikarze wykazali, jak Trump machluje swoimi wypowiedziami, żeby wyciągać pieniądze z giełdy. Za coś takiego zwykły przedsiębiorca już by siedział. Dziennikarze dostali Pulitzera, tak samo jak ci, którzy odkryli szwindle Nixona.
I co? Nixon poleciał ze stołka. A Trump?
JW
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Śro Maj 06, 2026 11:52   

Witold Jarmolowicz napisał/a:
Trump machluje swoimi wypowiedziami, żeby wyciągać pieniądze z giełdy. Za coś takiego zwykły przedsiębiorca już by siedział. Dziennikarze dostali Pulitzera, tak samo jak ci, którzy odkryli szwindle Nixona.
I co? Nixon poleciał ze stołka. A Trump?
JW

Powiem Panu, że tłumaczę to sobie tak, że nie wiem, czy to ogólna sytuacja na świecie i kondycja moralna i intelektualna ludzkości na to wpływa, czy to coś innego.
To że Trump jest psychopatą, który doskonale wie jak zarobić na chaosie, to nie ulega wątpliwości.
 
     
Witold Jarmolowicz 
Site Admin

Pomógł: 57 razy
Dołączył: 06 Sie 2007
Posty: 10198
Wysłany: Śro Maj 06, 2026 13:06   

Strix aluco napisał/a:
Powiem Panu, że tłumaczę to sobie tak, że nie wiem, czy to ogólna sytuacja na świecie i kondycja moralna i intelektualna ludzkości na to wpływa, czy to coś innego.
To że Trump jest psychopatą, który doskonale wie jak zarobić na chaosie, to nie ulega wątpliwości.
Jak pisaliśmy, w znacznej mierze wynika to z nadmiaru dochodów, które powodują zobojętnienie i rozpad więzi społecznych, jak w eksperymencie z myszami.
Inuici żyjący na skraju bezpiecznej egzystencji musieli w końcu pozbyć się psychopaty dla własnego bezpieczeństwa.
Sto lat temu małżeństwo było stabilne, bo wymuszała to sytuacja gospodarcza. Bez wspólnej harówy męża, żony i licznej dzieciarni małżonkowie popadliby w nędzę i głód.
Dziś taka dawna nędza jest kompletnie niewyobrażalna.
Dwudziestolatkowie nie wyobrażają sobie nawet tego, że mogliby żyć poza Strefą Schengen, a co dopiero, że musieliby ścigać się ze szczurami do śmietnika. Nawet nie tyle nie wyobrażają sobie, co raczej w ogóle nic takiego nigdy im w głowie nie zaświta.
Dlatego obojętnie dadzą się wodzić na pasku psychopatów, którzy obiecują urojoną wolność. A potem będzie za późno, tak, jak w Rosji czy na Białorusi.
JW

PS. To do młodych zapatrzonych w smartfony nie trafi, ale nie odmówię sobie.
Wojciech Mann, uczestniczący o balkoniku w pogrzebie swojego przyjaciela, Andrzeja Olechowskiego, opowiedział kiedyś dziennikarzom, jak to w szkole nauczyciel ostrzegał jego rodziców, żeby nie przychodził w dżinsach. :-x
W tamtym wywiadzie Olechowski potwierdził, że to ostrzeżenie wywołało odwrotny skutek i powstało wrażenie, że przed buntowniczym Mannem trzeba Andrzeja chronić. W ten sposób ich przyjaźń okrzepła i trwała ponad 60 lat.
Czy młodzi zrozumieją, o co w ogóle chodziło z tymi dżinsami? Nie sądzę.
To były lata 50-te.
  
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Czw Maj 07, 2026 11:11   

Też nie wiem o co chodzi z tymi jeansami.

Za to pamiętam niezbyt częste, ale cięte riposty Andrzeja Olechowskiego.

Przed 2015 w Trójce był pluralizm i do programów publicystycznych zapraszany był także Piotr Semka, który zarzucał Olechowskiemu to, że w wywiadach mówi, że wydaje pieniądze na whisky i cygara.
Kiedy tego samego dnia A. Olechowski był gościem Trójki, został zapytany o to czy odniesie się jakość do słów Semki.
Olechowski odpowiedział - każdy wydaje swoje pieniądze na co chce. Jedni wydają na cygara i whisky, a inni na jedzenie (dygresja do otyłości Semki).

Wtedy to była mocna odpowiedź, ale nie przekraczająca granic przyzwoitości.
Za pisu wybiło szambo i tak już zostało do dziś.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Czw Maj 07, 2026 11:15, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Witold Jarmolowicz 
Site Admin

Pomógł: 57 razy
Dołączył: 06 Sie 2007
Posty: 10198
Wysłany: Czw Maj 07, 2026 11:37   

Strix aluco napisał/a:
Też nie wiem o co chodzi z tymi jeansami.
Eh, ta młodzież.
Wszelkie symbole Zachodu były w PRL-u tępione, szczególnie za Bieruta ale i później.
Dlatego entuzjaści muzyki wymyślili termin big beat, mocne uderzenie jako synonim rockandrolla. Jazz od zawsze był podejrzany, jak w Seksmisji. Leopold Tyrmand i wszyscy inni byli potępiani przez aktywistów ZMP za noszenie różnokolorowych skarpetek. Sztandarowym celem ataków była Coca-Cola, ułaskawiona dopiero za Gierka w latach 70-tych.
Nawiasem mówiąc, pisowskie pieski w wolnej Polsce karały kobiety, które w ramach protestu ubierały się na czarno. W czasach powstań tego nie robiła nawet carska policja.

W latach 50-60, czasach szkolnych Manna, zachodnie dżinsy oryginalne, ścieralne, były niemile widziane. W Polsce nigdy do czasu upadku komuny nie produkowano teksasu ścieralnego jako ogólnie dostępnego w sprzedaży. Takie ubranka można było kupić tylko za dolary w PeKaO, Pewexie lub Baltonie. W Częstochowie Ceba tkała teksas od 1978 r. ale na eksport. Można go było tylko kupić, gdy znajomy pracownik ukradł go z fabryki na lewo.
Dlatego Mann chodzący we wrażym teksasie musiał budzić zazdrość kolegów i czujność belfrów, którzy się obawiali, że ktoś zauważy i Partia postawi ich pod pręgierzem.
JW

PS. Za przeciętną pensję przez cały okres PRL-u można było nielegalnie kupić 30 baksów i je legalnie wpłacić na konto dewizowe do państwowego banku PeKaO. ;D
Spodnie z dżinsu ścieralnego marki Wrangler w Pewexie kosztowały 7 dolców (1/5 pensji), na kurtki już niewielu było stać i rzadko się je widywało.
Na dzisiejsze zarobki rzędu 5 tys. to proporcjonalnie 1/5 z tego,
7 baksów, kosztowałoby 1000 PLN.
  
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Pon Maj 11, 2026 13:46   

Cytat:
Kobieta, mężczyzna i włącznik światła
W zrozumieniu tego, czym jest utrata zdolności czytania w myślach, pomocne okazuje się zaburzenie zwane autyzmem. Cierpiący na autyzm są – zgodnie z określeniem brytyjskiego psychologa Simona Barona-Cohena – „ślepi na cudze myśli”. Trudne, a nawet niemożliwe, jest dla nich przeprowadzanie wszystkich tych procesów, które przedstawiałem dotąd jako naturalne i odruchowe. Mają problemy z interpretacją niewerbalnych sygnałów, na przykład gestów i mimiki twarzy, z wczuwaniem się w sytuację innych i czerpaniem wiedzy z czegokolwiek poza dosłownym sensem wypowiedzi. Ich system tworzenia pierwszych wrażeń jest zablokowany. Sposób, w jaki postrzegają świat, daje nam dobre wyobrażenie o tym, co się dzieje, kiedy nie potrafimy czytać w myślach.
Jednym z najwybitniejszych amerykańskich specjalistów od autyzmu jest Ami Klin, wykładowca Child Study Center przy Uniwersytecie Yale w New Haven. Klin ma pacjenta, którego będę nazywał Peterem. Peter przekroczył już czterdziestkę. Odebrał wyższe wykształcenie, mieszka i pracuje samodzielnie. „Funkcjonuje znakomicie. Spotykamy się co tydzień na rozmowie – opowiada Klin. – Jest bardzo elokwentny, ale pozbawiony intuicji, dlatego objaśniam mu świat”. Klin, uderzająco podobny do aktora Martina Shorta, jest z pochodzenia pół Izraelczykiem, pół Brazylijczykiem – nic więc dziwnego, że mówi ze specyficznym akcentem. Zna Petera od dawna i opowiada o nim nie protekcjonalnie czy obojętnie, ale rzeczowo, jakby opisywał jakiś mało istotny, charakterologiczny tik. „Rozmawiamy co tydzień i odnoszę wrażenie, że mogę zachować się w dowolny sposób. Mogę dłubać w nosie. Ściągnąć spodnie. Zająć się swoimi papierami. Chociaż Peter patrzy na mnie, nie czuję, że podlegam obserwacji czy analizie. Bacznie przysłuchuje się moim słowom. Słowa wiele dla niego znaczą. Ale zupełnie nie zwraca uwagi na to, jak kontekstualizuję je za pomocą mimiki i wskazówek niewerbalnych. Wszystko, co dzieje się wewnątrz umysłu – czego nie może dostrzec bezpośrednio – stanowi dla niego problem. Czy jestem jego terapeutą? Nie sądzę. Terapia wymaga, aby pacjent wglądał w swoje motywy. A w tym wypadku wglądanie niewiele by nam dało. To raczej nauka radzenia sobie w trudnych sytuacjach”.
W rozmowach z Peterem Klin starał się między innymi ustalić, jak osoba z takim zaburzeniem pojmuje świat. Razem z kolegami obmyślił ciekawy eksperyment. Zamierzał pokazać Peterowi film i podczas projekcji śledzić kierunek jego spojrzenia. Wybrał filmową wersję Kto się boi Wirginii Woolf? Edwarda Albeego z 1966 roku, z Richardem Burtonem i Elizabeth Taylor w rolach męża i żony, którzy zapraszają młodszą parę, graną przez George’a Segala i Sandy Dennis, na wspólny – i dosyć wyczerpujący – wieczór. „To moja ulubiona sztuka teatralna i przepadam za jej ekranizacją. Uwielbiam Richarda Burtona. I Elizabeth Taylor” – mówi Klin. Film nadawał się znakomicie do celów eksperymentu. Autyści mają obsesję na punkcie mechanizmów, ale tu zachowano oszczędną scenografię dramatu. „Jest to niezwykle powściągliwa opowieść o czworgu ludziach i ich psychice – komentuje Klin. – Nie ma w niej wielu rekwizytów, które mogłyby rozpraszać osobę z autyzmem. Gdybym użył Terminatora II, ze śmiercionośnym robotem jako główną postacią, nie uzyskałbym tych wyników. Tutaj chodzi wyłącznie o intensywną, zaangażowaną interakcję społeczną na różnych poziomach znaczenia, emocji i ekspresji. Chcieliśmy się przekonać, jak ludzie szukają sensu. Dlatego wybrałem Kto się boi Wirginii Woolf?. Próbowałem spojrzeć na świat oczami człowieka z autyzmem”.
Klin poprosił, żeby Peter włożył kapelusz, do którego przymocowano proste, ale bardzo skuteczne urządzenie złożone z dwóch maleńkich kamer. Jedna kamera nagrywała ruchy dołka środkowego siatkówki w oku Petera, druga rejestrowała to, na co Peter patrzył, a potem obrazy z obu kamer były nakładane na siebie. Dzięki temu Klin mógł na każdym kadrze filmowym zidentyfikować to, czym Peter interesował się w danym momencie. Później Klin zaprosił na projekcję inne osoby z autyzmem i porównywał ruchy ich gałek ocznych z ruchami gałek Petera. W jednej ze scen na przykład Nick (grany przez George’a Segala) wskazuje na ścianę w gabinecie gospodarza (czyli George’a granego przez Richarda Burtona) i pyta: „Kto to namalował?”. Czytelnicy i ja zachowalibyśmy się w następujący sposób: spojrzelibyśmy w kierunku wskazywanym przez Nicka, popatrzylibyśmy na malowidło, później na twarz George’a (bo oczekiwalibyśmy jego komentarza) i na twarz Nicka (bo powinien zareagować). Wszystko to trwałoby sekundy. W materiałach Klina linie wytyczające obiekty naszego zainteresowania tworzyłyby wyraźny trójkąt: Nick – obraz – George – Nick. Diagram Petera wyglądał trochę inaczej. Zaczynał się gdzieś w okolicach szyi Nicka, ale nie podążał za jego gestem. Interpretacja gestu wskazującego wymaga bowiem – jeśli się nad tym zastanowimy – wczucia się w psychikę osoby, która ów gest wykonuje. Trzeba czytać w jej myślach, a autyści tego nie potrafią. „Dzieci odpowiadają na gest wskazywania przed ukończeniem roku – mówi Klin. – A ten czterdziestodwuletni mężczyzna, bardzo inteligentny, nie umiał tego zrobić. Takich sygnałów dziecko uczy się naturalnie – Peter zaś po prostu ich nie wychwytywał”.
Jak zachował się Peter? Kiedy usłyszał słowa „namalował” i „ściana”, szukał malowidła na ścianie – ale wisiały tam trzy obrazy obok siebie. O który więc chodziło? W dokumentacji Klina widać, jak wzrok Petera gwałtownie przeskakuje z jednego obrazu na drugi. Rozmowa między Nickiem i George’em toczy się tymczasem dalej. Peter mógłby zrozumieć tę scenę tylko pod warunkiem, że Nick użyłby absolutnie ścisłego sformułowania: „Kto namalował ten obraz na lewo od mężczyzny z psem?”. W środowisku, które nie jest całkowicie jednoznaczne, osoba z autyzmem traci orientację.
Scena w gabinecie dostarcza nam jeszcze więcej cennych wiadomości. Normalny widz patrzy na twarze George’a i Nicka – bo kiedy ktoś rozmawia, słuchamy jego słów i obserwujemy wyraz twarzy, aby dostrzec wszystkie niuanse mimiczne tak skrupulatnie skatalogowane przez Ekmana. Peter nie patrzył w oczy bohaterom filmu. W innej ważnej scenie, kiedy George i Martha (Elizabeth Taylor) są spleceni w namiętnym uścisku, Peter nie spoglądał w oczy całującej się pary – a tak postąpiłby każdy z nas – lecz przypatrywał się włącznikowi światła na ścianie za ich plecami. Nie chodziło o to, że nie przepada za ludźmi lub że intymne zbliżenie budzi w nim wstręt. Skoro nie potrafimy czytać w myślach – nie potrafimy wczuć się w cudzą psychikę – po co mielibyśmy zwracać uwagę na czyjeś oczy i twarz?
Robert T. Schultz, kolega Klina z Uniwersytetu Yale, przeprowadził kiedyś eksperyment z użyciem aparatury funkcjonalnego rezonansu magnetycznego, pokazującej, do których obszarów mózgu dopływa w danym momencie większa ilość krwi, a zatem, który obszar jest wykorzystywany ze szczególną intensywnością. Schultz podłączył badanych do aparatury i poprosił ich o wykonanie prostego testu: patrząc na obrazki, które przedstawiały pary twarzy lub pary przedmiotów (na przykład krzeseł lub młotków), mieli naciskać guziki, zaznaczając, czy pary są identyczne. Normalne osoby, spoglądając na twarze, aktywizowały część mózgu zwaną zakrętem wrzecionowatym – niezwykle skomplikowany element mózgowego oprogramowania, który pozwala nam rozróżniać tysiące znanych nam twarzy. (Przywołajmy w pamięci twarz Marilyn Monroe. Już? Właśnie uaktywniliśmy zakręt wrzecionowaty). Kiedy zaś normalni uczestnicy eksperymentu spoglądali na krzesło, posługiwali się innym, mniej potężnym narzędziem: zakrętem skroniowym dolnym, na ogół zarezerwowanym dla przedmiotów. (Nierówny stopień wyrafinowania tych obszarów wyjaśnia, dlaczego po czterdziestu latach rozpoznajemy koleżankę z podstawówki, ale stoimy bezradni przy taśmociągu bagażowym, na którym leży gdzieś nasza walizka). Kiedy natomiast Schultz badał osoby z autyzmem, stwierdził, że przy identyfikacji krzeseł i twarzy używają tego samego obszaru mózgu: zakrętu skroniowego dolnego. Wynika stąd wniosek, że na najbardziej podstawowym neurologicznym poziomie twarz jest dla autysty po prostu przedmiotem. A oto jeden z najwcześniejszych opisów autystycznego pacjenta w literaturze medycznej: „Nigdy nie patrzył na ludzkie twarze. Kiedy miał do czynienia z ludźmi, traktował ich – albo raczej ich elementy – jak przedmioty. Robił użytek z dłoni, która go dokądś prowadziła. Bawiąc się, nieraz uderzał głową w matkę, podobnie jak nieraz uderzał głową w poduszkę. Pozwalał, aby ubierały go ręce opiekunki, ale na opiekunkę nie zwracał żadnej uwagi”.
Kiedy więc Peter oglądał scenę między Marthą i George’em, ich twarze niekoniecznie budziły jego zainteresowanie. Widział na ekranie trzy przedmioty: kobietę, mężczyznę i włącznik światła. Co wybrał? Ano włącznik. „Włączniki odgrywają ważną rolę w życiu Petera – tłumaczy Klin. – Skłania się ku nim w sposób naturalny. To tak, jakbyśmy byli znawcami Matisse’a, oglądali mnóstwo obrazów i nagle: ach, tu jest Matisse. Peter reaguje podobnie: ach, tu jest włącznik światła. Szuka sensu, porządku. Nie lubi zamętu. Wszyscy grawitujemy ku obiektom, które coś dla nas znaczą, i dla większości z nas są to ludzie. Ale jeśli nie łączymy sensu z ludźmi, szukamy czegoś innego, co nam go zapewnia”.
Chyba najbardziej przejmującą sceną badaną przez Klina była ta, w której Martha siedzi obok Nicka i flirtuje z nim zapamiętale. Z tyłu czai się George, trochę od nich odwrócony, coraz bardziej wściekły i zazdrosny. Spojrzenie normalnego widza przenosi się z oczu Marthy na oczy Nicka, oczy George’a i znowu oczy Marthy, rejestrując stan emocjonalny całej trójki w miarę zaostrzania się sytuacji. A co robi Peter? Patrzy na usta Nicka, na kieliszek w jego ręce, później na broszkę wpiętą w sweter Marthy. W ogóle nie patrzy na George’a. Zupełnie więc nie pojmuje emocjonalnego ładunku sceny.
„W pewnej chwili George zaczyna tracić panowanie nad sobą – mówi Warren Jones, który współpracował z Klinem przy tym eksperymencie. – Idzie do szafy, wyjmuje broń, mierzy prosto w Marthę i naciska spust. A z lufy wyskakuje mała parasolka. Ale nie wiemy wcześniej, że pistolet jest atrapą, i autentycznie się boimy. Znamienne jest to, że osoba z autyzmem wybucha wtedy śmiechem i uznaje całą scenę za komediową. Nie zauważa emocjonalnych podstaw tego, co się dzieje. Dostrzega tylko powierzchowne aspekty: naciśnięty spust i wyskakującą parasolkę, i dochodzi do wniosku, że ludzie na ekranie świetnie się bawią”.
Eksperyment z Peterem dobrze pokazuje, na czym polega nieumiejętność czytania w myślach. Peter jest bardzo inteligentnym człowiekiem, absolwentem prestiżowej uczelni i Klin mówi o nim z głębokim szacunkiem. Ale ponieważ Peter nie ma jednej z podstawowych ludzkich zdolności, ogląda tę ważną scenę z Kto się boi Wirginii Woolf? i interpretuje ją we wstrząsająco błędny sposób. Peter, oczywiście, nieraz popełnia takie pomyłki, bo cierpi na zaburzenie, które czyni go trwale ślepym na cudze myśli. Zastanawiam się jednak, czy w pewnych okolicznościach każdy z nas nie mógłby przez chwilę rozumować podobnie jak Peter. A gdyby autyzm – owa specyficzna ślepota – był stanem tymczasowym, a nie chronicznym? Czy to by wyjaśniało, dlaczego ludzie, którzy zwykle reagują prawidłowo, niekiedy dochodzą do wstrząsająco błędnych wniosków?
„Błysk. Potęga przeczucia” - Malcolm Gladwell
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Pon Maj 11, 2026 13:47, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Śro Maj 20, 2026 19:54   

Cytat:
„Chińskim lekarzom brakowało nawet konkretnego słowa na „mięsień”” – zauważył historyk nauki Shigehisa Kuriyama w przełomowej książce „Ekspresywność ciała a rozbieżność medycyny greckiej i chińskiej”. Ilustruje to, porównując dwa klasyczne i wpływowe przedstawienia ludzkiego ciała: serię płyt mięśniowych całego ciała z dzieła Andreasa Vesaliusa „O strukturze ludzkiego ciała w siedmiu księgach”, opublikowanego w XVI wieku, oraz diagram akupunkturowy Hua Shou z dzieła „Drogi czternastu meridianów i ich funkcje” z XIV wieku. Dla chińskich lekarzy z czasów mongolskich i dynastii Ming mięśnie były zasadniczo niewidoczne; głównym zmartwieniem, jeśli chodzi o zdrowie fizyczne, było zarządzanie przepływem energii w ciele.
Idealne ciało w starożytnych Chinach było pełne witalnego oddechu, czyli qi, i było samowystarczalne. Silne, potężne i zdrowe ciało nie traciło qi. Chciało się wysilać, ale ćwiczenia, które były przepisane, To ciało koncentrowało się na stymulowaniu przepływu i elastyczności, a nie na tworzeniu zwartej, muskularnej sylwetki. Nie wyglądało jak Herkules, lecz przypominało jogina z pełnym brzuchem. Ten brzuch może nam się dziś wydawać nieodpowiedni, ale w starożytnych Chinach taki nie był – był pełen qi.
Podobnie jak ich chińscy odpowiednicy, starożytni greccy lekarze w czasach Hipokratesa, około V wieku p.n.e., zazwyczaj nie odróżniali mięśni od ciała jako całości. Jednak greccy artyści tamtego okresu rzeźbili ludzkie postacie z wypukłymi fałdami, nawet w miejscach, gdzie nie istniały żadne mięśnie. Wygląd zwartego ciała uważano za atrakcyjny, jeszcze zanim Grecy zrozumieli, czym tak naprawdę są mięśnie. W czasach Galena, wpływowego lekarza i filozofa z II wieku n.e., rozwój anatomii i sekcji zwłok zapoczątkował nowe postrzeganie muskularności i sprawczości, które były ze sobą powiązane.
W swoich pismach Galen opisywał mięśnie jako siłę napędową świadomych działań, a tym samym naszego człowieczeństwa. Kuriyama wyjaśnia, że ​​starożytni Grecy… Z mięśniami jest „nierozerwalnie splecione z pojawieniem się określonej koncepcji osobowości”. Mięśnie nie były tylko wyrazem ideałów zewnętrznych, ale także wewnętrznych. Kiedy mówimy o mięśniach, tak naprawdę mówimy o wyrażaniu tego, kim jesteśmy.
To filozofia życia, która wciąż silnie ożywia zachodnie myślenie: Nasze czyny ujawniają nasz charakter, wybory, których dokonujemy. A nasze mięśnie są sprawcami tej autonomii, nad naszymi ciałami i naszym życiem.
Rok moich dwunastych urodzin, 1989, zbiegł się z ukończeniem przez Watykan renowacji sufitu Kaplicy Sykstyńskiej Michała Anioła, przywracając mu wspaniałą, oryginalną, XVI-wieczną kolorystykę i przejrzystość. Mój ojciec uczcił to wydarzenie fundamentalną lekcją na temat tego, czym jest przedstawianie ludzkiego ciała w pełnym blasku życia.
Przyglądaliśmy się szczegółom różnych biblijnych postaci w albumach i czasopismach o sztuce. Okrutna fizyczność sybilli i proroków zrobiła na mnie wrażenie; uwielbiałam androgyniczne piękno i siłę ich form.
Spójrzcie na te mięśnie. Mój ojciec zwrócił uwagę na blask postaci, na solidność kryjącą się za światłem.
Pewien konserwator dzieł sztuki, który spędził lata, starannie usuwając wieki brudu z barwnie oddanych postaci Michała Anioła, zauważył, że obserwator mógł „widzieć krew płynącą w ich żyłach”.
Głęboka wiedza Michała Anioła na temat anatomii człowieka pochodziła z naukowych sekcji zwłok, których praktyka została przywrócona w szkołach medycznych w ośrodkach uniwersyteckich, takich jak Bolonia i Padwa, ale nadal była mocno ograniczona przez Kościół katolicki w renesansowych Włoszech. Artyści nie mogli łatwo uzyskać ciał do sekcji, ale autorytety religijne dały Michałowi Aniołowi większą swobodę niż większość – wyniósł on przedstawienie ludzkiego ciała do poziomu bliskiego ekstazie. Umiejętne przedstawienie historii biblijnych na kościelnych freskach miało kluczowe znaczenie dla przyciągnięcia szerokiej publiczności, z której większość nie umiała czytać. Piękne dzieło przedstawiające życie świętych uznawano za niezbędny element edukacji religijnej.
Ukończenie sufitu Kaplicy Sykstyńskiej zajęło Michałowi Aniołowi cztery lata; odsłonięto go w 1512 roku. Ćwierć wieku później, w wieku sześćdziesięciu jeden lat, Michał Anioł został ponownie powołany do służby przez Watykan, aby pokryć wielką ścianę nad ołtarzem ostatnim freskiem: Sądem Ostatecznym. Był on źródłem zarówno podziwu, jak i skandalu – jeden z pisarzy opisał go jako „burzliwe morze pomieszanych ciał”, z Chrystusem przedstawionym jako potężna postać przypominająca Apollina, a bezskrzydłymi aniołami jako muskularnymi egzekutorami, którzy spychali potępionych z powrotem do piekła. Nagość i anatomiczna specyfika postaci szokowały publiczność, ale nawet wtedy namacalna ludzka natura dzieła była uważana za zdumiewające osiągnięcie.
Należy zauważyć, że Sąd Ostateczny był również uderzająco fizycznym aktem wytrzymałości dla samego starzejącego się artysty, który wspinał się po siedmiu poziomach rusztowania każdego dnia przez pięć lat.
Napisał nawet satyryczny sonet o tym, jak nieszczęśliwe było malowanie sufitu. „Wygląda na to, że od tego wyginania się do tyłu nabawiłem się wola…” – napisał. „Od tego całego wysiłku / moje wnętrzności i kości udowe splątują się, prawie”. Na marginesie wiersza naszkicował zgiętą postać, która wyginała się, malując kształty na suficie.
Pod koniec pracy Michał Anioł upadł i doznał poważnego urazu nogi. Ale nie poddał się i doprowadził fresk do końca.

"On Muscle: The Stuff That Moves Us and Why It Matters" - Bonnie Tsui


Bonnie Tsui, to ta od cytowanej tu książki "Dlaczego pływamy".
Niestety nie ma wydania "On Muscle" w języku polskim.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Śro Maj 20, 2026 20:27   

Cytat:
Pewnego wieczoru przy kolacji mąż opowiedział mi zasłyszaną gdzieś historię o mężczyźnie, który znalazłszy się za burtą statku na północnym Atlantyku, nie utonął, mimo że wszystko wskazywało, że powinien.
Późnym wieczorem 11 marca 1984 roku statek rybacki pracował na spokojnych wodach pięć kilometrów na wschód od wyspy Heimaey, należącej do archipelagu u południowych wybrzeży Islandii 1. Niebo było czyste, powietrze o temperaturze -2°C – rześkie i ostre. Na pokładzie łodzi znajdowało się pięciu członków załogi.
Zaledwie dwudziestodwuletni mat, Guðlaugur Friðþórsson, zrobił sobie akurat przerwę i spał pod pokładem. W pewnej chwili kucharz obudził go i przekazał, że włoki zaplątały się w coś na dnie morskim. Wszedłszy na pokład, Friðþórsson spostrzegł, że załoga próbuje wydobyć sieci z wody za pomocą wyciągarki. Jedna z lin wychodzących za burtę była mocno naprężona, co powodowało taki przechył statku, że woda zaczynała wlewać się przez reling. Widząc to, Friðþórsson krzyknął, żeby ostrzec pozostałych. Kapitan Hjörtur Jónsson polecił, żeby zmienić kierunek obrotów wyciągarki, ta jednak się zacięła. Statek znalazł się na grzbiecie fali, która przewróciła go i zmiotła marynarzy wprost w lodowatą wodę.
Dwóch utonęło od razu, ale trzech pozostałych, w tym Friðþórsson, zdołało uchwycić się kilu przewróconego trawlera, który szybko zaczął tonąć. Rybacy nie byli w stanie odczepić tratwy ratunkowej. Wiedzieli, że w wodzie o temperaturze 5°C mają mniej niż pół godziny, zanim pokona ich hipotermia 2. Zaczęli płynąć do brzegu. Po kilku minutach pozostała tylko dwójka: Jónsson i Friðþórsson.
Poruszając się w wodzie, dopingowali się wzajemnie pokrzykiwaniem. Nagle Jónsson przestał się odzywać. Friðþórsson, ubrany w robocze drelichy, czerwoną flanelową koszulę i cienki sweter, płynął dalej, rozmawiając z mewami, żeby zachować przytomność.
W odległości jakichś 100 metrów od niego pojawiła się łódź, krzyknął więc najgłośniej jak mógł, ale odpłynęła. Położył się w wodzie na plecach i skupiając wzrok na światełku latarni morskiej stojącej na południowym krańcu wyspy, zaczął wiosłować ramionami. Wreszcie do jego uszu dotarł huk fal rozbijających się o wybrzeże. Rybak zaczął się modlić, żeby jedna z nich nie uderzyła nim o skały. Na szczęście dotarł bez przygód do podnóża stromego klifu, wyczerpany i spragniony. Tu skorygował odpowiednio kurs i popłynął dalej na południe, gdzie wydostał się na brzeg i podążył ku miastu, przedzierając się powoli przez ponad półtora kilometra pokrytego śniegiem, wyboistego pola zastygłej lawy. Po drodze zrobił jeden przystanek – aby przebić gruby na dwa centymetry lód na poidle dla owiec i dostać się do słodkiej wody. Kiedy w końcu dotarł do miasta, miał wrażenie, że rozpostarła się przed nim senna wizja pełnego życia raju. Zapukał do pierwszego z brzegu domu, w którego oknie dostrzegł światło. Był boso, pokrywał go szron. Na chodniku, którym wędrował do drzwi, ciągnął się krwawy ślad stóp.
To prawdziwa historia. Friðþórsson przetrwał sześć godzin w lodowatej wodzie, przepływając ponad pięć i pół kilometra, aby dotrzeć do lądu. Kiedy trafił do szpitala, lekarze mieli problem z wyczuciem pulsu. Mężczyzna nie zdradzał jednak oznak hipotermii, był tylko odwodniony 3.
Jak się okazuje, ciało Friðþórssona przypominało ciało foki. Badacze wykryli później, że mężczyznę chroniła czternastomilimetrowa warstwa tłuszczu – to dwa do trzech razy więcej niż standardowa grubość tej tkanki – a dodatkowo warstwa ta była u niego bardzo zbita 4. Nasz bohater przypominał raczej morskiego ssaka niż zwierzę lądowe. Ta nietypowa budowa go ocaliła: pomogła mu utrzymać ciepło, podniosła jego wyporność i zapewniła mu dość sił, by dopłynął do odległego celu. Wielu twierdziło, że jest prawdziwym selkie – krzyżówką foki i człowieka z islandzkich i szkockich legend. Jak dla mnie stanowi raczej żywy dowód na to, że nie oddaliliśmy się tak bardzo od naszych oceanicznych przodków.
My, ludzie, chodzimy po ziemi. Jesteśmy stworzeniami lądowymi, które wywodzą się z morza. Uwielbiam takie opowieści jak ta o Friðþórssonie, bo intryguje mnie, co z tej morskiej przeszłości w nas pozostało. W pewien sposób wszystkie historie dotyczące pływania – począwszy od greckich mitów, których bohaterkami były najady, aż po historię pływaczki długodystansowej Diany Nyad, która w 2013 roku przepłynęła z Kuby na Florydę – to próby oswojenia z wodą istot przystosowanych do lądowej egzystencji, jakimi jesteśmy. Nie rodzimy się z umiejętnością pływania, ale udało nam się opracować metody odtwarzania technik, z których nasze ciała korzystały setki milionów lat temu, nim ewolucja na dobre wyprowadziła nas na ląd.
Dlaczego pływamy, skoro natura ukształtowała nas do odnoszenia sukcesów na lądzie, do tego, by gonić po nim zdobycz, aż padnie z wyczerpania?
Oczywiście ma to związek z przetrwaniem; gdzieś po drodze pływanie pomagało nam dostawać się z jednego brzegu prehistorycznego jeziora na drugi i uciekać przed drapieżnikami, które z kolei z nas chciały zrobić zdobycz, pomagało nurkować ku ławicom większych mięczaków i pozyskiwać pożywienie, umożliwiało nam pokonywanie mórz i podbijanie nowych ziem, a także radzenie sobie z rozmaitymi wodnymi niebezpieczeństwami, wreszcie zaś pozwoliło nam ujrzeć w wodzie źródło radości, przyjemności i osiągnięć sportowych. Dzięki niemu przetrwaliśmy aż do dziś i możemy się zastanowić, dlaczego lubimy pływać.

1 Roz­ma­wia­łam oso­bi­ście z Guðlaugurem Friðþórssonem o jego doświad­cze­niach, jego histo­ria była też sze­roko opi­sy­wana w islandz­kich i anglo­ję­zycz­nych mediach. The Light in the Islands Were His Guiding Light, „Morgunblaðið” 2004, 12 marca


2 Coco Bal­lan­tyne, Hypo­ther­mia: How Long Can Some­one Survive in Fri­gid Water?, „Scien­ti­fic Ame­ri­can” 2009, 16 stycz­nia


3 Why the Fat Ice­lan­der Survi­ved His Arc­tic Swim, „New Scien­tist” 1986, 23 stycz­nia.


4 Excep­tio­nal Case of Survi­val in Cold Water, „Bri­tish Medi­cal Jour­nal” 1986, 292 (18 stycz­nia).

Bonnie Tsui - "Dlaczego Pływamy"

Łączy się to z kilkoma tematami.
Piewszy to hipoteza wodnej małpy.
Drugi to odporność na zimno w zależności od diety.
Dr. Nick Norwitz stał się nieprzeciętnie odporny na zimno jedząc same sardynki.
Dieta z przewagą kwasów tłuszczowych omega3 powoduje, że pod wpływem chłodu tkanka tłuszczowa rozkłada się równomiernie na całym ciele.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Śro Maj 20, 2026 20:30, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Nie Maj 31, 2026 11:57   

Intrygująca książka. W dodatku autor jest psychiatrą i psychologiem.
https://www.poczytaj.pl/k...w-stukan,171136

Normalnie herezje jak u Tomasza Witkowskiego, czy Thomasa Szasza.
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Nie Maj 31, 2026 12:12   

I druga intrygująca książka.
https://lubimyczytac.pl/ksiazka/105534/psychologia-i-szamanizm
Arnold Mindell.
Audiobook https://youtu.be/rExcuAMrTnU?si=YjMjvAXmfhPBpah2 bo opis ze strony lubimyczytać nie oddaje tego co jest w książce zawarte.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Nie Maj 31, 2026 12:13, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Strix aluco 

Dołączył: 20 Gru 2024
Posty: 1900
Wysłany: Śro Lip 01, 2026 14:56   

Robb Wolf - "Paleo Dieta".
Loren Cordain - "Dieta Paleo".

Niby podobne, a jednak trochę się różnią i obie warto przeczytać.
Zresztą przedmowę do książki Wolfa, napisał właśnie Loren Cordain.

Nie było by sensu zamieszczać tu cytatów, nawet długich, bo do wyrobienia sobie zdania na ten temat, potrzebne jest przeczytanie całości.

Tylko przykład proporcji B:T:W i poszczególnych kwasów tłuszczowych.

SKŁADNIK DZIENNE SPOŻYCIE ZALECANE DZIENNE SPOŻYCIE (RDA) Kalorie 2200 100% Białko 190 g 379% Węglowodany 142 g -Tłuszcz 108 g -Tłuszcz nasycony 21 g -Tłuszcz jednonienasycony 54 g -Tłuszcz wielonienasycony 21 g -Tłuszcze omega 3 6,7 g -.

No i oczywiście jak to w Paleo, zero zbóż, mleka i jego przetworów, oraz wszelkiego śmieciowego żarcia.

Chociaż Robb Wolf akurat jakimś paleofaszystą nie jest i jak pisze, okazyjnie mleko od wypasanych na łąkach krów można wypić.
Tzn można, ale nie ma sensu.
Podobnie jest z masłem. Można ale nie trzeba.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Śro Lip 01, 2026 14:56, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Akademia Zdrowia Dan-Wit informuje, że na swoich stronach internetowych stosuje pliki cookies - ciasteczka. Używamy cookies w celu umożliwienia funkcjonowania niektórych elementów naszych stron internetowych, zbierania danych statystycznych i emitowania reklam. Pliki te mogą być także umieszczane na Waszych urządzeniach przez współpracujące z nami firmy zewnętrzne. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej o celu stosowania cookies oraz zmianie ustawień ciasteczek w przeglądarce.

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template modified by Mich@ł

Copyright © 2007-2026 Akademia Zdrowia Dan-Wit | All Rights Reserved