Strona główna Fakty żywieniowe Jak się żywić? Przepisy Historia diety Forum  

  Forum dyskusyjne serwisu www.DobraDieta.pl  FAQ    Szukaj    Użytkownicy    Czat      Statystyki  
  · Zaloguj Rejestracja · Profil · Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości · Grupy  

Poprzedni temat «» Następny temat
Dysocjacyjne zaburzenie osobowości
Autor Wiadomość
zenon 
Tygrys

Pomógł: 37 razy
Wiek: 32
Dołączył: 25 Sty 2006
Posty: 5690
Skąd: z nienacka
Wysłany: Sob Lut 05, 2011 17:44   Dysocjacyjne zaburzenie osobowości

Dysocjacyjne zaburzenie osobowości, zaburzenie tożsamości wielorakiej, potocznie rozszczepiona osobowość, rozdwojenie jaźni.
Jedno z najbardziej niesamowitych i fascynujących zjawisk opisywanych przez psychologię.


Seligmann napisał/a:


Dysocjacyjne zaburzenia tożsamości

Cytat:

DYSOCJACYJNE ZABURZENIA TOŻSAMOŚCI
(DAWNIEJ ZABURZENIA OSOBOWOŚCI WIELORAKIEJ)
A. Obecność dwóch lub więcej odrębnych tożsamości lub
stanów osobowości (z których każda ma własne, sto-
sunkowo trwałe wzorce postrzegania, myślenia, odno-
szenia się do środowiska i do samej siebie).
B. Przynajmniej dwie z tych tożsamości lub stanów oso-
bowości na przemian kontrolują zachowanie człowieka.
C. Niemożność przypomnienia sobie ważnych informacji
dotyczących własnej osoby w tak znacznym stopniu,
że nie można tego wyjaśnić zwykłym zapominaniem.
D. Zaburzenia nie są spowodowane bezpośrednim
działaniem fizjologicznym jakiejś substancji (np. luki
w pamięci lub chaotyczne zachowanie przy zatruciu
alkoholowym) ani nie są wywołane chorobą soma-
tyczną (np. złożonymi napadami częściowymi).
{Uwaga: U dzieci objawy nie dotyczą wyobrażania
sobie niestniejących kolegów lub innych fantazji
w zabawie).
Źródło: APA, DSM-IY, 1994.


to najdziwniejsza z istniejących patologii psychicz-
nych. Dawniej uważano, że zaburzenia osobowo-
ści wielorakiej są niezmiernie rzadkie — odnoto-
wano tylko 200 przypadków — teraz jednak, gdy
specjaliści zwracają na nie większą uwagę, wydaje
się, że są znacznie częstsze. Do lat siedemdziesią-
tych XX wieku stwierdzono bardzo niewiele przy-
padków. Lawinę uruchomił jeden z badaczy, Euge-
ne Bliss, który pod koniec lat siedemdziesiątych
rozpoznał w samym tylko Utah aż 14 przypadków
tego typu zaburzeń (Bliss, 1980; Bliss, Jeppsen,
1985). Sto dalszych przypadków opisali inni bada-
cze w latach osiemdziesiątych (Putnam i in., 1986).
Obecnie odsetek zdiagnozowanych dysocjacyjnych
zaburzeń tożsamości sięga 5 procent wśród pacjen-
tów niektórych klinik psychiatrycznych (Ross,
1991; Ross, Anderson, Fleisher, Norton, 1991;
Coons, 1998).
Wydaje się, że wzrost liczby odnotowanych przy-
padków nie jest tylko wynikiem pewnej przejścio-
wej tendencji w diagnostyce. Można wyróżnić trzy
główne przyczyny, z powodu których dysocjacyjne
zaburzenia tożsamości stwierdza się tak często. Po
pierwsze, kluczowe znaczenie ma rozpoznanie
amnezji („Czy w ciągu tygodnia są dłuższe okresy,
których nie możesz sobie przypomnieć?"). Jeśli
wielokrotnie powtarza się odpowiedź twierdząca, to
prawdopodobne jest istnienie odrębnych tożsamo-
ści. Niepamięć — definiowana jako „niezdolność
odtworzenia ważnych informacji dotyczących włas-
nej osoby, w tak znacznym stopniu, że nie można
tego wyjaśnić zwyczajnym zapominaniem" — sta-
nowi zatem część diagnozy.
Po drugie, dysocjacyjne zaburzenia tożsamości
doskonale pasują do modelu psychodynamicznego,
stąd psychoanalitycy są świetnie przygotowani
i chętni do ich rozpoznawania. Jak powiemy w dal-
szej części rozdziału, zaburzenia rozpoczynają się
od wypieranego urazu z okresu dzieciństwa, przed
którym człowiek broni się, tworząc inne tożsamości
(Loewenstein, Ross, 1992). Terapia polega na katar-
tycznej reintegracji tożsamości. Nie ma przesady
w stwierdzeniu, że dysocjacyjne zaburzenia tożsamo-
ści tchnęły nowe życie w nurt psychodynamiczny.
Po trzecie, dysocjacyjne zaburzenia osobowości
rozpoznaje się dzisiaj częściej w związku z większą
świadomością zjawiska znęcania się nad dziećmi.
Będziemy jeszcze mówić o tym, że znęcanie się —
często wykorzystywanie seksualne — jest po-
wszechnie uważane za czynnik wywoławczy zabu-
rzeń dysocjacyjnych. Niezwykle popularny ruch
„powrotu do zdrowia" uznaje takie problemy doro-
słych, jak depresja, lęk, zaburzenia odżywiania
i dysfunkcje seksualne za skutek maltretowania
w dzieciństwie (Bradshaw, 1990). Według zwolen-
ników tego kierunku człowiek dorosły może odzy-
skać zdrowie psychiczne jedynie przez nawiązanie
kontaktu z wczesnym, często nierozpoznanym do-
świadczeniem maltretowania. Dysocjacyjne zabu-
rzenia tożsamości są być może najlepiej uzasadnio-
nym potwierdzeniem tezy, że skutki maltretowania
w dzieciństwie trwają w wieku dorosłym (Lewis,
ZABURZENIA SOMATOFORMICZNE I DYSOCJACYJNE
257
Yeager, Swica, Pincus, Lewis, 1997). Są to jednak
tylko budzące kontrowersje przypuszczenia.
OPIS DYSOCJACYJNYCH ZABURZEŃ TOŻSAMOŚCI
Eugene Bliss, pionier nowoczesnych badań nad za-
burzeniami osobowości wielorakiej, po raz pierwszy
spotkał się z tym rodzajem zaburzeń w roku 1978,
gdy zadzwoniła do niego zdenerwowana przełożo-
na pielęgniarek ze szpitala w Salt Lakę City. Podej-
rzewała, że jedna z jej podwładnych po kryjomu
wstrzykuje sobie demerol. W obecności Blissa we-
zwała pielęgniarkę do biura i oskarżyła ją o popeł-
nienie wykroczenia. Kazano jej podwinąć rękawy,
żeby sprawdzić, czy nie ma śladów po ukłuciach.
Kiedy pielęgniarka wykonała polecenie, można było
zobaczyć zdradzieckie znaki, lecz w czasie podwi-
jania rękawów, podejrzana przeszła wyraźną prze-
mianę. Zmienił się jej wyraz twarzy, sposób zacho-
wania i głos, którym powiedziała, że nie jest skrom-
ną siostrą Lois, ale bezczelną narkomanką imieniem
Lucy. Prawie każdy zna inne głośne historie wielo-
rakich osobowości, np. Trzy oblicza Ewy (Thigpen,
Cleckley, 1954), Sybil (Schreiber, 1974), Dr Jekyll
i Mr. Hyde. Należy do nich również przypadek Ju-
lie-Jenny-Jerrie:
Julie zgłosiła się na terapię ze względu na dziewię-
cioletniego syna Adama, którego skierowano do
poradni z powodu niedostatecznych wyników
w nauce, złych kontaktów z rówieśnikami i agre-
sywnych zachowań w domu. Po kilku sesjach po-
stanowiono porozmawiać z trzydziestosześcioletnią
matką chłopca w nadziei, że przyczyni się to do po-
stępu w terapii.
Julie była chętna do współpracy, inteligentna
i zatroskana o dziecko. Wydawało się, że nie ma
kłopotów ze zrozumieniem siebie, a jej ogólny styl
rozwiązywania konfliktów międzyludzkich polega
na dyskusji i kompromisie. Uważała, że trudno jej
wyznaczyć synowi granice i czasami jest zbyt
sztywna w postępowaniu wobec niego.
W szóstym tygodniu terapii Julie oświadczyła
podczas sesji, że chce kogoś przedstawić terapeu-
cie. Terapeuta sądził, że chodzi o kogoś w pocze-
kalni, lecz ku swemu zdumieniu przeżył następują-
cą sytuację: Julie zamknęła oczy na kilka sekund,
zmarszczyła brwi, a potem powoli uniosła powieki.
Odrzucając papierosa, powiedziała: „Chcę, żeby
Julie przestała palić. Nienawidzę smaku tytoniu".
Przedstawiła się jako Jerrie, a później, przed upły-
wem godziny w ten sam sposób przedstawiła Jen-
ny, swoją trzecią osobowość.
Jenny wyznała, że jest osobowością pierwotną
i że stworzyła Jerrie w wieku trzech lat, a potem,
mając lat osiem, stworzyła Julie. W obu wypadkach
Jenny tworzyła nową osobowość, aby poradzić so-
bie z urazami w życiu rodzinnym. Jerrie pojawiła
się jako osobowość zewnętrzna, gdy Jenny wracała
do zdrowia po ciężkim przebiegu odry. Nowa toż-
samość stała się buforem, który chronił Jenny przed
siedmiorgiem odrzucającego ją rodzeństwa i dwoj-
giem budzących lęk rodziców. Jenny stwierdziła, że
obserwowanie Jerrie było jakby obserwowaniem
gry jakiejś postaci.
Z okresu pomiędzy trzecim a ósmym rokiem
życia Jenny pamięta zaniedbywanie jej potrzeb fi-
zycznych, molestowanie seksualne przez sąsiada
i oddanie na stałe do adopcji w wieku ośmiu lat, po-
nieważ rodzice uznali, że „nie da się jej wycho-
wać". W tym czasie Jenny stworzyła Julie, łagodną
osobowość, która lepiej radziła sobie z odrzuce-
niem i nie była tak wrażliwa na okrucieństwo jak
Jerrie i Jenny. Co ciekawe, Julie wiedziała o istnie-
niu Jenny, czyli osobowości pierwotnej, lecz nie
była świadoma istnienia Jerrie. Odkryła ją dopiero
w wieku trzydziestu czterech lat, dwa lata przed
rozpoczęciem terapii.
W wieku osiemnastu lat Julie-Jenny-Jerrie na
dobre porzuciła dom. Jerrie i Julie były wtedy
zmieniającymi się przez cały czas osobowościami
zewnętrznymi, a Jenny zawsze pozostawała w środ-
ku. Od siódmego roku życia właściwie tylko dwu-
krotnie wydostała się na zewnątrz. Mając 26 lat,
Jerrie wyszła za mąż. Małżeństwo adoptowało Ada-
ma, syna jej męża i kobiety, z którą miał romans już
po ślubie z Jerrie. Wkrótce Jerrie się rozwiodła,
lecz Adam został z nią.
Trzy osobowości różniły się uderzająco. Jenny
— oryginał — była osobą bojaźliwą, bardzo nie-
śmiałą, o dużej wrażliwości. Ze wszystkich trzech
była najmniej pewna siebie i dojrzała, a ilekroć wy-
dostawała się na zewnątrz, czuła się „wystawiona".
Jenny miała wrażenie, że stworzyła dwóch fran-
kensteinów, którzy wymknęli jej się spod kontroli.
Wolała Julie, choć denerwował ją jej upór i silna
indywidualność. Uważała, że Jerrie jest bardziej
wytrzymała niż Julie i lepiej radzi sobie ze świa-
j tem, ale jej nie lubiła. Jenny oczekiwała, że dzięki
terapii Julie i Jerrie będą się lepiej ze sobą zgadza-
ły, a przez to będą lepszymi matkami dla Adama.
Julie wydawała się najbardziej zintegrowaną
z trzech osobowości. Miała orientację heteroseksual-
ną i była emocjonalnie zaangażowana w macie-
rzyństwo, mimo że to Jerrie adoptowała Adama.
Jerrie była przeciwieństwem Julie. Miała orien-
tację homoseksualną, ubierała się po męsku, była
pewna siebie i zdecydowana. Z powodzeniem
i z przyjemnością działała w świecie biznesu. Jer-
rie nie paliła, podczas gdy Julie była nałogową pa-
laczką, a ciśnienie krwi Jerrie stale było o dwadzie-
ścia punktów wyższe niż u Julie.
Jerrie wiedziała o Julie od czasu jej „narodzin"
w ósmym roku życia, ale pozostawała z nią w kon-
takcie tylko w ciągu ostatnich dwóch lat. Nie chcia-
ła mieć nic wspólnego z Julie, bo obawiała się
u niej załamania psychicznego. Julie i Jerrie nie
współpracowały ze sobą. Gdy któraś z nich była na
zewnątrz i dobrze jej się wiodło, wzbraniała się
przed ustąpieniem ze swojej pozycji. Kiedy jednak
następował kryzys, osobowość będąca na zewnątrz,
ukrywała się, pozostawiając osobowości wewnętrz-
nej borykanie się z kłopotami. Na przykład Julie za-
żywała LSD, a potem wypychała Jerrie, która sta-
wała się ofiarą halucynacji.
Po pewnym czasie Jerrie zdecydowała się po-
wiedzieć Adamowi, że ma dwie osobowości, które
są przyczyną jego kłopotów. Bezpośrednią reakcją
Adama było zdumienie i ciekawość. Potrafił przy-
jąć wyjaśnienie, że „mama to dwie osoby, które
zamieniają się ze sobą, lecz obie mnie kochają".
Wydawało się, że raczej sprawiło mu to ulgę, niż
przysporzyło zmartwienia. Niedługo później Jerrie
zakończyła terapię. Julie w depresji samobójczej
zgłosiła się do miejskiego szpitala wbrew woli Jer-
rie, która jednak przejęła kontrolę i namówiła Julie
do opuszczenia szpitala. Julie napisała do terapeu-
ty, że chce go odwiedzić, ale Jerrie się na to nie
zgadza i odmawia dalszych wizyt. Od tej pory nic
więcej nie wiadomo o Julie-Jenny-Jerrie (wg Davis,
Osherson, 1977).
Ten fascynujący przypadek pokazuje mniej więcej
wszystko, co wiadomo o dysocjacyjnych zaburze-
niach tożsamości. Ogólnie można powiedzieć, że
jedna osobowość jest świadoma obecności innych
(Jenny wie o Julie i Jerrie, a Jerrie zna Julie), inna
zaś nie wie nic o pozostałych (Julie nie zna Jerrie).
Niewyjaśniona amnezja — stracone godziny, a na-
wet dni w każdym tygodniu — jest najważniejszą
wskazówką nierozpoznanych dysocjacyjnych zabu-
rzeń tożsamości.
W opisanych historiach przypadków poszczegól-
ne osobowości pacjenta — jak Julie-Jenny-Jerrie —
różnią się w wielu wymiarach. Mają nie tylko różne
wspomnienia, ale i różne pragnienia, postawy, zain-
teresowania, uzdolnienia, wiedzę, moralność, orien-
tację seksualną, wiek, sposób mówienia, wyniki
testów psychologicznych i badań fizjologicznych,
jak częstotliwość pracy serca, ciśnienie krwi i EEG
(Lester, 1977). W prowadzonych przez Narodowy
Instytut Zdrowia Psychicznego systematycznych
badaniach procesów autonomicznych dziewięciu
pacjentów z dysocjacyjnymi zaburzeniami tożsamo-
ści w porównaniu z pięcioma osobami z grupy kon-
trolnej wprowadzonymi w stan hipnozy wykazano
bardzo duże różnice w pomiarach oddychania, wy-
dzielania potu, pracy serca i powstawania przyzwy-
czajeń (Putnam, Zahn, Post, 1990). Warto zwrócić
uwagę, że niektóre kobiety z dysocjacyjnymi zabu-
rzeniami tożsamości twierdzą, iż miesiączkują przez
większą część miesiąca, bo każda tożsamość ma
własny cykl menstruacyjny (Jens, Evans, 1983).
Każda tożsamość ma też inny charakter pisma (zob.
rycina 6-1). Wśród osób z dysocjacyjnymi zaburze-
niami tożsamości jest przewaga kobiet. Zaburzenia
nie są ograniczone do najbogatszych kultur Zacho-
, podobne objawy zostały dobrze udokumentowa-
ne w Turcji (Yargic, Sar, Tutkun, Alyanak, 1998).
Tożsamości różnią się także pod względem zdro-
wia psychicznego. Często tożsamość dominująca
jest osobowością najzdrowszą. Jedną z pacjentek,
skromną kobietę z Południa, pomawiano o wybujały
erotyzm, w tym stosunki seksualne z nieznajomymi.
Osoba ta nie pamiętała nieudanej próby wywołania
poronienia. Jej wtórna tożsamość przyznała nato-
miast: „Zrobiłam to, bo podejrzewałam, że jestem
w ciąży. Wzięłam szpikulec i wepchnęłam go do
środka, a potem zaczęłam mocno krwawić" (Bliss,
1980). Tożsamość dominująca nie zawsze jest jed-
nak najzdrowsza i wtedy tożsamość wtórna czasami
jej współczuje i stara się pomóc. W jednym z przy-
padków tożsamość wtórna napisała do dominującej
list z pomocnymi wskazówkami, jak dbać o zdrowie
(Taylor, Martin, 1944).

ETIOLOGIA DYSOCJACYJNYCH ZABURZEŃ TOŻSAMOŚCI
Skąd się biorą dysocjacyjne zaburzenia osobowo-
ści? Czternaście przypadków opisanych przez Blis-
sa ma pewne cechy wspólne i dostarcza pewnych
wskazówek co do początku i rozwoju zaburzeń dy-
socjacyjnych. Według hipotezy Blissa dysocjacyjne
zaburzenia tożsamości rozwijają się w trzech eta-
pach. Po pierwsze, między czwartym a szóstym ro-
kiem życia następuje uraz emocjonalny. Dysocja-
cyjne zaburzenia tożsamości mają wiele wspólnego
z pourazowymi zaburzeniami stresowymi (Spiegel,
1984), a zeznania o doświadczeniu maltretowania
w dzieciństwie powtarzają się aż u 97 procent osób
z zaburzeniami dysocjacyjnymi (Coons, 1994; Ke-
aney, Farley, 1996; Putnam i in., 1986; Ross i in.,
1990). Takie osoby radzą sobie z urazem przez two-
rzenie odrębnej tożsamości, która bierze na siebie
problemlem. Po drugie, szczególną podatność powodu-
je wyjątkowa wrażliwość na autohipnozę, proces, w
którym człowiek jest zdolny siłą woli popadać w
trans, który ma właściwości formalnej indukcji hip-
notycznej. Po trzecie, człowiek odkrywa, że stworze-
nie innej tożsamości przez autohipnozę uwalnia go
od ciężaru emocjonalnego, a więc gdy w przyszłości
spotka się z innymi problemami emocjonalnymi,
tworzy kolejną tożsamość, która może się z nimi upo-
rać.

Mamy pewne świadectwa każdego z tych eta-
pów. Po pierwsze, wszyscy pacjenci Blissa stworzy-
li swoją pierwszą alternatywną tożsamość między
czwartym a szóstym rokiem życia i u każdego jej
utworzenie miało zaradzić bardzo trudnym proble-
mom emocjonalnym. Na przykład Roberta stworzy-
ła pierwszą ze swoich osiemnastu tożsamości, gdy
matka trzymała ją pod wodą i próbowała utopić.
Celem tej tożsamości było kontrolowanie i odczu-
wanie gniewu Roberty oraz kierowanie jej morder-
czym szałem bez jej wiedzy. Inna pacjentka była
w wieku czterech lat molestowana przez dorosłego
mężczyznę. Stworzyła swoją pierwszą alternatywną
tożsamość, aby znosić molestowanie i później przy-
bierała tę tożsamość we wszystkich stosunkach
seksualnych.
Po drugie, mamy dowody, że pacjenci z zaburze-
niami dysocjacyjnymi są niezwykle podatni na auto-
hipnozę (Ganaway, 1989). Każdy z czternastu pacjen-
tów Blissa był znakomitym przedmiotem hipnozy.
Hipnotyzowani przez Blissa szybko wpadali w trans
podczas pierwszej indukcji. Instruowani w stanie
hipnozy, aby nie zapomnieli o tym, co się dzieje
podczas seansu, stosowali się później do tego zale-
cenia. Ponadto ich relacje o tworzeniu nowych toż-
samości przypominają przebieg indukcji hipnotycz-
nej. Jedna z tożsamości pacjentki powiedziała:
„Przy tworzeniu osobowości nie dopuszcza niczego
do swojej głowy, odpręża się psychicznie, bardzo
mocno koncentruje i pragnie". Inna mówiła: „Robi
to leżąc, choć może też siedzieć, bardzo mocno się
koncentruje, oczyszcza umysł, nie dopuszcza nicze-
go z zewnątrz i pragnie tej osoby, ale nie jest świa-
doma, co robi". Kiedy w trakcie terapii wprowadzo-
no pacjentów w stan formalnej hipnozy, większość
twierdziła, że jest to doświadczenie identyczne
z doznaniami przeżywanymi w dzieciństwie i że
znaczną część życia spędzili w takim odmiennym
stanie świadomości. Jedna z pacjentek następująco
opisała swoje doświadczenia: „Przeżyłam dużo cza-
su w hipnozie, gdy byłam młoda. [...] Zawsze żyłam
w świecie ze snu. Teraz, kiedy wiem, czym jest hip-
noza, mogę powiedzieć, że często znajdowałam się
w transie. Było takie miejsce, gdzie mogłam usiąść,
zamknąć oczy i uruchomić wyobraźnię, aż poczu-
łam się całkowicie odprężona, tak jak w hipnozie —
bywało to bardzo głębokie".
Po trzecie, pacjenci posługują się nową tożsamo-
ścią, aby się bronić przed przykrymi doznaniami
w dalszym życiu. Jak pamiętamy, Jenny stworzyła
łagodną Julie, aby poradzić sobie z rodzicami, któ-
rzy oddali ją do adopcji, gdy miała osiem lat. Więk-
szość pacjentów relacjonowała przypadki tworzenia
nowych tożsamości, aby radzić sobie z nowym stre-
sem już w wieku dorosłym.
Dysocjacyjne zaburzenia tożsamości, podobnie
jak zaburzenia somatoformiczne i amnezję dysocja-
cyjną należy uznać za próbę obrony przed bardzo
przykrymi emocjami. Dziecko w wieku czterech do
sześciu lat, które jest wyjątkowo podatne na auto-
hipnozę, stwarza nową tożsamość — wymyślonego
towarzysza, który pomaga mu uporać się z lękiem
wywołanym możliwością traumatycznego przeży-
cia. Niewinna dziecięca gra nieodwracalnie staje się
nieszczęściem dorosłego, który wielokrotnie posłu-
guje się tym sposobem, radząc sobie ze stresem,
który przeżywa, dorastając. Tożsamości mnożą się
i powstają nowe problemy w wyniku rozpadu oso-
bowości.

PSYCHOTERAPIA DYSOCJACYJNYCH ZABURZEŃ
TOŻSAMOŚCI
Jak w przypadku Julie-Jenny-Jerrie leczenie pacjen-
tów z dysocjacyjnymi zaburzeniami tożsamości jest
trudne i zniechęcające. Metody obejmują zarówno
kategorie psychodynamiczne, jak i „integrację tak-
tyczną" w ramach terapii poznawczej (Fine, 1991).
Zgodnie z podejściem poznawczym terapeuta roz-
poznaje automatyczne myśli pacjenta, uczy go dys-
kutowania z irracjonalnymi myślami i sprzeciwiania
się im oraz próbuje znaleźć przyczyny, z powodu
których irracjonalne myśli są dla pacjenta wiarygod-
ne. Hipnozę stosuje się zarówno w terapii poznaw-
czej, jak i w bardziej rozpowszechnionej terapii psy-
chodynamicznej.
W terapii psychodynamicznej pierwszym etapem
jest uświadomienie pacjentowi problemu. Ktoś
może żyć w tym osobliwym stanie od wielu lat,
mieć amnezję i słyszeć od innych o swoim dziwacz-
nym zachowaniu, ale może nigdy nie zetknąć się
z faktem innych tożsamości. Pod wpływem hipnozy
terapeuta przywołuje alternatywne osobowości i po-
zwala im się swobodnie wypowiadać. Pacjentowi
poleca słuchać tych wypowiedzi, a następnie przed-
stawia mu niektóre tożsamości. Nakazuje mu zapa-
miętanie tego doświadczenia po wyjściu z hipnozy.
Takiemu odkryciu towarzyszy czasami ogromny
niepokój i zamęt, jednak uświadomienie faktu ist-
nienia wielu tożsamości jest bardzo ważne. W tym
okresie pacjent może najbardziej utrudniać terapię
— wycofywać się do stanu autohipnozy i w ten spo-
sób unikać konfrontacji z przykrą rzeczywistością.
Terapeuta może wówczas starać się przywołać na
pomoc różne tożsamości (Kluft, 1987).
Gdy pacjent w pełni uświadomi sobie istnienie
różnych tożsamości, terapeuta wyjaśnia, że są to
wytwory autohipnozy indukowanej we wczesnym
okresie życia bezwiednie i bez złych zamiarów. Pa-
cjentowi tłumaczy się dalej, że teraz jest już doro-
sły, silny i rozumny i że będąc odważny, może się
pozbyć widm i je pokonać. Inne tożsamości mogą
się sprzeciwiać lub chcieć kontynuować własne ży-
cie, ale pacjent jest tutaj jedyną prawdziwą osobą.
Jest tylko jedno ciało i jedna głowa, a pozostałe toż-
samości są jej wytworami. Pacjent ma przywilej de-
cydowania, które aspekty tożsamości chce zacho-
wać. W jednym z badań 34 pacjentów, leczonych
przez doświadczonych terapeutów, stwierdzono
u 94 procent dużą poprawę utrzymującą się przez
dwa lata obserwacji (Kluft, 1987).
W przeglądzie wyników leczenia dysocjacyjnych
zaburzeń tożsamości przez 305 klinicystów Putnam
i Loewenstein (1993) stwierdzili, że terapia trwa
przeciętnie prawie cztery lata. Najczęściej stosowa-
no terapię indywidualną (psychodynamiczną lub po-
znawczą) oraz hipnozę. Dwie trzecie terapeutów
stosowało z umiarkowanym skutkiem leki przeciwdepresyjne i przedwiekowe. W dwuletniej obserwa-
cji po zakończeniu terapii obejmującej 135 pacjen-
tów z zaburzeniami dysocjacyjnymi wyraźną popra-
wę, jeśli chodzi o objawy dysocjacyjne, nastrój
i potrzebę leczenia odnotowano u mniej więcej po-
łowy spośród tych, których udało się odnaleźć (tyl-
ko 54 osoby). U pacjentów, którzy dzięki terapii
osiągnęli „integrację", poprawa utrzymywała się
najdłużej (Ellason, Ross, 1997).


WĄTPLIWOŚCI CO DO DYSOCJACYJNYCH ZABURZEŃ
TOŻSAMOŚCI
Pozostaje jednak wiele wątpliwości co do samego
istnienia zaburzeń dysocjacyjnych. Nic dziwnego,
że dysocjacyjne zaburzenia tożsamości są polem bi-
twy, na którym ścierają się sprzeczne interesy róż-
nych grup i ideologii. Dysocjacyjne zaburzenia toż-
samości przyczyniły się do odrodzenia psychoana-
lizy, od dawna zwalczanej ze względu na brak em-
pirycznego poparcia jej tez. Zgodnie z założeniami
psychoanalizy przyczyną tych zaburzeń ma być
wypieranie wspomnień o maltretowaniu w dzieciń-
stwie. Teoretycy poznawczy i behawioralni nie
uznają natomiast motywowanych nieświadomie
procesów, takich jak wypieranie i dlatego, nie znaj-
dując wyjaśnienia dysocjacyjnych zaburzeń tożsa-
mości, powątpiewają o ich istnieniu. Po drugie, bar-
dzo ważną stroną w tym sporze są prawnicy i sądy.
Dysocjacyjne zaburzenia tożsamości służą niekiedy
jako usprawiedliwienie poważnych przestępstw,
a zatem obie strony w wielu procesach sądowych
mają interes w uzasadnieniu trafności lub nietrafno-
ści tego argumentu. Po trzecie, dysocjacyjne zabu-
rzenia tożsamości, których źródłem mają być wspo-
mnienia o maltretowaniu w okresie dzieciństwa, nie-
uchronnie budzą ostre kontrowersje na temat fałszy-
wych wspomnień (zob. rozdział 15). Wreszcie, dy-
socjacyjne zaburzenia tożsamości mogą być udawa-
ne przez osobę, która zna ich objawy, i dlatego za-
wsze istnieje możliwość symulacji.
Najwięcej zastrzeżeń budzą relacje o wykorzy-
stywaniu seksualnym w dzieciństwie, podawane
przez wielu pacjentów z dysocjacyjnymi zaburze-
niami tożsamości. Z wyjątkiem przeprowadzonych
przez Dorothy Lewis badań dwunastu zabójców
(ramka 6-2) w innych doniesieniach o dysocjacyj-
nych zaburzeniach tożsamości wspomnienia o wy-
korzystywaniu seksualnym we wczesnym dzieciń-
stwie na ogół nie zostały potwierdzone. Niektórzy
psychologowie nie dowierzają wspomnieniom doro-
słych pacjentów (Ganaway, 1989; Putnam, 1989).
Społeczeństwo jest natomiast ostatnio znacznie bar-
dziej skłonne do odkrywania rodzinnych tajemnic
i „zawierzenia dziecku". W rezultacie na początku
lat dziewięćdziesiątych XX wieku, po eksplozji dia-
gnoz dysocjacyjnych zaburzeń tożsamości, bardzo
modna stała się terapia „przywracania pamięci". Le-
czenie polega na nakłanianiu pacjenta do zgłębiania
pamięci i odkrywania dawno zapomnianych wspo-
mnień maltretowania, zwłaszcza wykorzystywania
seksualnego, które może być źródłem problemów
w wieku dorosłym. Wytworzyła się tendencja do
lekkomyślnego przyjmowania szczegółowych, nie-
prawdopodobnych i sprzecznych relacji, co stanowi
zagrożenie dla uzyskanej z trudem wiarygodności
naukowej dysocjacyjnych zaburzeń tożsamości. Te-
rapia przywracania wspomnień jest dzisiaj uznawa-
na za bardzo kontrowersyjną, a niektóre fakty wska-
zują, że czasami opiera się na fałszywych wspo-
mnieniach, a niekiedy może szkodzić pacjentom,
niezależnie od tego, czy wspomnienia są prawdzi-
we, czy fałszywe.
W dyskusji nad dysocjacją i dysocjacyjnymi zabu-
rzeniami tożsamości David Spiegel (1990) wyodręb-
nia kategorię osób poddających się hipnozie „piątego
stopnia". Zalicza się do nich tylko 5 procent popula-
cji. Są to osoby wyjątkowo podatne na hipnozę, bar-
dzo łatwo ulegające sugestii, wykazujące patologicz-
ną uległość wobec terapeuty oraz brak krytycyzmu.
Osoby te przekazują żywe, bogate i szczegółowe
„wspomnienia" ze stanów transu, nie mające rzeczy-
wistych podstaw. Prawie wszyscy pacjenci z dysocja-
cyjnymi zaburzeniami tożsamości należą do katego-
rii „piątego stopnia" (Ganaway, 1989).
Biorąc pod uwagę relacje pacjentów z dysocja-
cyjnymi zaburzeniami tożsamości, należy uwzględ-
nić znaczne ryzyko ich skażenia pseudowspomnie-
niami. Wielu pacjentów George'a Ganawaya opo-
wiadało mu barwne historie spotkań z demonami,
aniołami, homarami, kurczętami, tygrysami, z Bo-
giem czy z jednorożcem. Jedna z pacjentek, pięć-
dziesięcioletnia Sarah z rozpoznaniem zaburzeń dy-
socjacyjnych, doznała urazu, gdy Carrie, jej pięcio-
letnia „druga jaźń", przeżywała ponownie z drobny-
mi szczegółami scenę brutalnego gwałtu i morder-
stwa dwunastu koleżanek ze szkółki niedzielnej.
Przywódca sekty oszczędził Carrie, bo miała pecho-
wy numer trzynasty. W trakcie dalszych poszukiwań
trzecia osobowość imieniem Sherry wyznała, że
stworzyła Carrie, aby pokonać strach, który ogarniał
ją, gdy babcia czytała jej przerażające opowieści
o mordercach (Ganaway, 1989).
Choć badania Lewis nad losami dwunastu zabój-
ców potwierdzają częściowo, że zaburzenia dysocja-
cyjne są skutkiem wykorzystywania seksualnego
w dzieciństwie, to inne wątpliwości pozostają. Za-
strzeżenia budzi zwłaszcza przywracanie wspo-
mnień w trakcie terapii. W roku 1990 w stanie Wa-
szyngton świadczeniami z mocy ustawy o ofiarach
przestępstw objęto osoby, które przyznawały się do
wypartych wspomnień wykorzystywania seksualne-
go w dzieciństwie. W roku 1996 waszyngtoński De-
partament Pracy i Przemysłu podsumował wstępne
dane statystyczne dotyczące wyników terapii trzy-
dziestu losowo wybranych pacjentów (Loftus,
Grant, Franklin, Parr, Brown, 1996). Zanim przy-
wrócono w terapii wyparte wspomnienia, 10 procent
badanych miało myśli samobójcze, 7 procent prze-
bywało w szpitalu, a 3 procent dokonywało samo-
okaleczeń. Po przywróceniu wspomnień myśli sa-
mobójcze występowały u 67 procent, w szpitalu
przebywało 37 procent, a samookaleczenia stwier-
dzono u 27 procent. Dziewięćdziesiąt siedem pro-
cent badanych twierdziło, że przeciętnie od siódme-
go miesiąca życia byli wykorzystywani przez rodzi-
ców lub członków rodziny podczas rytuałów satani-
stycznych. Jak zaznaczono, pacjenci (87 procent)
leczyli się u najlepszych terapeutów. Byli to ludzie
wykształceni, 83 procent pracowało zawodowo
przed rozpoczęciem terapii. Po trzech latach tylko
10 procent było zatrudnionych, 50 procent żyło
w separacji lub było po rozwodzie, wszyscy odsu-
nęli się od dalszych członków rodziny. Nie wiado-
mo, czy wspomnienia były prawdziwe, ale ich przy-
wrócenie miało dramatyczny wpływ na życie wielu
pacjentów.

Powinniśmy zatem pozostać sceptyczni wobec
rzetelności niektórych opowieści o wykorzystywa-
niu, zwłaszcza tych najbardziej egzotycznych oraz
wobec możliwych korzyści przywracania pamięci
u wszystkich pacjentów (Lilienfeld i in., 1999). Nie-
które wspomnienia mogą być prawdziwe, a inne nie;
czasami terapia pomaga pacjentom, a czasami może
nawet zaszkodzić. Prawdziwość bądź fałszywość
wspomnień jest jednak znacznie mniej istotna niż
fakt ich ujawnienia oraz potrzeby pacjenta wyrażo-
ne przez takie wyznanie i przydatność tego materia-
łu w leczeniu. Terapeuci pacjentów z dysocjacyjny-
mi zaburzeniami tożsamości powinni bardzo ostroż-
nie zachęcać pacjentów do odtwarzania swoich
wspomnień i pomagać im w przepracowaniu proble-
mów w sposób właściwy ludziom dorosłym, aby
wzbogacić, a nie zubożyć ich życie emocjonalne.



Rossi napisał/a:


Rozszczepienie osobowości i zapamiętywanie zależne od stanu. Jody Lienhart
(1983) sformułowała w swej pracy doktorskiej teorię rozszczepienia
osobowości, opartą na pojęciu zależności od stanu, i zilustrowała ją
pięcioma dokładnie udokumentowanymi przypadkami: Sybil (Schreiber, 1973),
Chrisa Sizemore (Thigpen i Cleckley, 1957; Sizemore, 1977), Christiny
Peters (Peters, 1978), Betsy (Brassfield, 1980, 1983) oraz swoim własnym
(Brassfield, 1983; Putnam, 1982). Jako że sama była jednym z tych
przypadków, miała niezwykłą możliwość, by przedstawić zarówno dane
obiektywne, jak i subiektywne. Oto jak opisała zakres swych badań i
niektóre założenia teoretyczne, które potem okazały się trafne:
Z każdym przypadkiem urazu z dzieciństwa związana jest paradoksalna
komunikacja o bardzo uogólnionym charakterze. Chodzi o sposób
komunikowania nazywany “podwójnym związaniem", który często pojawia się we
wczesnych, przedwerbalnych fazach dzieciństwa, kiedy interpretacja
otrzymywanych komunikatów rodzi dezorientację. To z kolei sprawia, że
uczenie się oparte na doświadczeniu, które mogłoby pozwolić na
uporządkowanie sprzecznych komunikatów, jest znacznie upośledzone (Hilgard
i Marquis, 1961).
Co ciekawe, paradoksalne instrukcje o niespójnych przesłaniach wytwarzają
stan hipnozy (Haley, 1963). Liczne badania dowiodły, że proces uczenia się
i przypominania w hipnozie zachodzi inaczej niż podczas normalnego
“zapominania" (Hilgard, 1977).
W pracy tej chcę przedstawić hipotezę, że do rozszczepienia osobowości
dochodzi wskutek zależnego od stanu uczenia się, które ma miejsce we
wczesnym dzieciństwie. Co więcej, można założyć, iż uczenie to pojawia się
z powodu hipnoidalnych skutków urazów dziecięcych, takich jak np.
molestowanie seksualne. Dziecko, które przecież nie jest w stanie
opracować paradoksalnych komunikatów, jakie otrzymuje, popada w stan
transu. Przypuszcza się ponadto, że wspomnienia zarejestrowane podczas
każdego doświadczenia hipnoidalnego mają podobny charakter jak wiedza
nabywana w toku uczenia zależnego od stanu.
W stanie hipnozy Lienhart zdołała sobie przypomnieć wydarzenie, które
odegrało krytyczną rolę w powstaniu dysocjacji pourazowej i tworzeniu
nowej osobowości. Stało się to przed jej czwartymi urodzinami, kiedy to
została uwiedziona przez swego “wujka Bulena". Oto jej niezwykle żywa
relacja, opisująca subiektywne poczucie dezorientacji i “hipnotycznego
oszołomienia" wywołane przez traumatyzujący incydent (1983, s. 74-75):
Wydarzeniem, które sprowokowało pierwsze podzielenie osobowości, była
dokonana przez Bulena próba wymuszenia na dziecku aktu fellatio. Jo Ella
nie miała oczywiście pojęcia, dlaczego wuj wciskał jej do ust penisa; jej
reakcję wywołały groźby z jego strony i wrażenie, że dławi się tą
“rzeczą". Nie potrafiła sobie ani poradzić z lękiem, ani też uciec od
niego. Doszło więc do tego, że jej psychika po prostu opuściła scenę
przerażającego doświadczenia. Było to tak, jakby dziewczynka całkowicie
oddzieliła się od swego ciała i zniknęła.
Po kilku chwilach, może godzinach, można było zobaczyć małą, dziecięcą
postać skuloną przy ścianie wielkiego, sliukowego budynku. Było późne
popołudnie, a jesienny chłód przenikał jej uszytą w domu sukienkę. Nie
była to ta sama Jo Ella, która wcześniej próbowała się wydostać z silnych
objęć swego ukochanego “wujka Bulena". To nowe dziecko – Jo Ella II –
zostało później nazwane “Dzieciakiem". Zniknęły wszelkie pamięciowe ślady
wcześniejszego incydentu.
“Dzieciak" miał talent imitatorski i doskonale naśladował swą pierwotną
osobowość. Była to jednak pod prawie każdym względem zupełnie nowa osoba.
Jej odbiór świata był inny i nie można było tego naprawić. Incydent z
wujkiem wprowadził jej psychikę w stan całkowitego chaosu, a bez kontekstu
nie można było odzyskać “straconego czasu", Niemożliwe też było poradzenie
sobie z incydentem, ponieważ brak było takich doświadczeń, z którymi
dałoby się go porównać. Jo Ella II znajdowała się w stanie oszołomienia
hipnotycznego. Nie potrafiła jeszcze znaleźć słów, które pozwoliłyby jej
podzielić się swoim doświadczeniem z sobą samą lub z innymi.
Jody Lienhart tak podsumowała swój przypadek (1983, s. 89-90):
Historia Jody jest pełna sprzeczności wewnętrznych, podobnych do tych,
które sprawiają, że dzieci zostają uwikłane w nierozwiązywalne konflikty.
Dobry, wspaniałomyślny i kochający wujek zamienia się w kogoś okrutnego i
napastliwego. Jo Ella nie była w stanie połączyć ze sobą tak skrajnie
różnych informacji i dlatego popadła w stan transu, który uniemożliwił jej
emocjonalne wycofanie się z sytuacji. Nowo powstała osoba, Jo Ella II, nie
pamięta incydentu, który się wydarzył. Jedynym sposobem dotarcia do
otorbionego doświadczenia jest hipnoza lub jego ponowne pojawienie się w
takiej sytuacji, której kontekst upodobni ją do sytuacji pierwotnej.
Powyższy opis tworzenia się rozszczepionej osobowości zawiera zwracający
uwagę element teorii hipnoterapii opartej na koncepcji zależności od
stanu: skutkiem skrajnego stresu psychofizjologicznego jest niepamięć
wydarzenia, które ów stres spowodowało, odwracalna jedynie za pomocą
hipnozy. Przypadek Jody, podobnie jak i inne opisane przez Lienhart,
zwraca uwagę na jeszcze jeden ważny element, jaki musi zawierać dobra
teoria hipnoterapii, która chce się posługiwać pojęciem zależności od
stanu. Chodzi tu o wyjaśnienie procesu spontanicznego popadania w stan
hipnozy, który zachodzi w sytuacji traumatycznej (Cheek, 1960), oraz roli,
jaką podwójne związanie czy komunikacja paradoksalna odgrywają w
przyspieszaniu i utrzymywaniu stanu dysocjacji. Przypadek Lienhart dobrze
pokazuje sposób, w jaki hipnoterapia pozwala dotrzeć do wspomnień
otorbionych wskutek urazowego procesu uczenia się związanego ze stanem, a
potem ponownie włączyć je w zintegrowaną osobowość.
Lienhart podsumowała swą analizę wnioskami na temat roli, jaką kontekst i
konfiguracje umysłowe odgrywają wtedy, gdy w danym stanie (lecz nie w
innym) zyskujemy świadomy dostęp do naszej wiedzy. Zacytuję tu jej pogląd,
ponieważ może on stanowić pomost prowadzący do wskazówek pamięciowych, z
których korzystają psychologowie prowadzący eksperymenty nad pamięcią
zależną od stanu. Szczególnie ważne jest tu intuicyjne przekonanie
autorki, że wiedza dzieli się na część intelektualną i emocjonalną.
Dostarcza ona w ten sposób argumentów przemawiających za hipnoterapia
Ericksona, który w sytuacji, gdy czuł, że zajmuje się urazowymi obszarami
pacjentów, oddzielnie docierał do wspomnień intelektualnych i
emocjonalnych (Erickson i Rossi, 1979). Oto wnioski Lienhart (1983, s.
88-89):
Hipnoza wymaga raczej silnej koncentracji, a nie “snu" – osoba z
rozszczepieniem uczyła się właśnie pełnej koncentracji na niektórych
wspomnieniach z przeszłości. Fundamentalnym problemem wydaje się wydobycie
tych wspomnień z ogromnej liczby konfiguracji pamięciowych. To w czasie
wydobywania pojawiają się zniekształcenia percepcyjne. Taka sytuacja rodzi
chaos, ponieważ jednostki pamięciowe nie ulegają otorbieniu w odpowiednio
uporządkowanych konfiguracjach. Oznacza to, że wskazówki pamięciowe
dotyczące jakiegoś okresu życia są zmagazynowane razem z nieodpowiednią
“konfiguracją pamięciową". W rezultacie dany bodziec może uruchomić jedną
z konfiguracji zachowań, która należy do niewłaściwego kontekstu lub jest
częścią niewłaściwej sekwencji. Proces ten jest mniej więcej zbliżony do
zniekształceń, kondensacji i powiązań symbolicznych, które pojawiają się
we śnie. Wiedza dostępna w jednym stanie staje się niedostępna w innym,
ponieważ jest słabo zintegrowana i dość przypadkowo rozmieszczona w całym
obszarze wspomnień, jakim dysponuje osobowość dominująca.
Kolejną interesującą, a niezrozumiałą dla badaczy właściwością osób z
rozszczepieniem osobowości jest zdolność do oddzielania emocji od
odpowiedniej konfiguracji “intelektualnej". Mogłoby się okazać, że
niektóre doświadczenia o charakterze afektywnym są zmagazynowane w innych
miejscach niż ich odpowiedniki intelektualne. Efektem tego może być
przyłączenie się jednostki emocjonalnej z jednej konfiguracji do
konstelacji wskazówek, które składają się na zupełnie inną konfigurację
poznawczą.
Nieskończona liczba konfiguracji pamięciowych, z których każda jest w
mniejszym lub większym stopniu związana ze stanem, tworzy pozornie
przypadkowe układy skojarzeń, których na co dzień doświadczamy jako stany
subiektywnej świadomości (Erickson, Rossi i Rossi, 1976). Za pomocą
hipnoterapii systematycznie dociera się do tych konfiguracji po to, by
ponownie uruchomić dokładnie te, które są niezbędne w procesie leczenia
(Erickson i Rossi, 1979).
Nowsze badania dotyczące zjawiska rozszczepienia osobowości pokazują, że
zarówno poznawcze (Silberman, Putnam, Weingartner, Braun i Post, 1985),
jak i psychofizjologiczne wzorce reagowania mogą być różne dla każdej
osobowości składowej. Wykorzystując pojęcie uczenia się zależnego od stanu
Braun (1983a, b) wyjaśnił, że u osób z rozszczepieniem osobowości
funkcjonują różne systemy pamięciowe. Dzieje się tak dlatego, że
“informację zakodowaną w konkretnych warunkach psychofizjologicznych
najłatwiej jest wydobyć wtedy, gdy warunki są takie same" (1983a, s. 133).
Przeprowadzone przez Ludwiga (Ludwig i in., 1972) badania nad
rozszczepieniem osobowości pokazały, że “spośród różnych stanów
świadomości dysocjacji uległy jedynie te funkcje, które wchodziły w zakres
zabarwionych emocjonalnie informacji, umiejętności i form aktywności
właściwych każdej osobowości składowej" (Ludwig, 1983, s. 94). Neutralne
informacje, umiejętności i formy aktywności, tj. nie związane z
emocjonalną treścią żadnej części rozszczepionej osobowości, nie uległy
dysocjacji. Fakt, że zabarwienie emocjonalne jest czynnikiem istotnym w
procesie dysocjacji informacji czy też jej związania ze stanem, i to
zarówno w przypadku rozszczepienia osobowości, jak i hipnozy, po raz
kolejny zwraca uwagę na funkcjonalną rolę układu limbiczno-podwzgórzowego,
który w procesach emocjonalnych jest głównym przetwornikiem (połączeniem
psychiki i ciała).


http://ajp.psychiatryonli...ull/154/12/1703
_________________

(\_/)
(O.o)
(> <)
This is Bunny.
Copy Bunny into your signature to help him on his way to world domination.
Ostatnio zmieniony przez zenon Sob Lut 05, 2011 18:11, w całości zmieniany 2 razy  
 
     
M i T 


Pomógł: 66 razy
Dołączył: 09 Lis 2007
Posty: 7225
Wysłany: Sob Lut 05, 2011 17:56   

Cytat:
Nie wiadomo, czy wspomnienia były prawdziwe, ale ich przywrócenie miało dramatyczny wpływ na życie wielu pacjentów.

Nie znamy szczegółów terapii tych pacjentów po przywróceniu traumatycznych wspomnień, a to właśnie tu tkwi klucz do zrozumienia późniejszego pogorszenia ich stanu/życia. Pozostawiony sam na sam z takimi wspomnieniami człowiek może zwyczajnie nie poradzić z ciężarem cierpienia, które nagle odkrył. Bez współczującego terapeuty, który stanie po jego stronie i pomoże zrozumieć i właściwie zintegrować te wspomnienia, nie ma szans na poprawę.

Jacy byli terapeuci tych osób? Czy stali w rozkroku, usprawiedliwiali rodziców, nie okazywali żadnych reakcji emocjonalnych, etc.? Czy uznali, że skoro klient dotarł już do tych wspomnień, to jest git i terapia skończona (a przecież ona wtedy dopiero się powinna zacząć)?

Za mało tego rodzaju szczegółów, za dużo statystyk.

P.S. W tym temacie pasuje dr Martha Stout i jej "The Myth of Sanity". Świetnie się czyta!

Marishka
Ostatnio zmieniony przez M i T Sob Lut 05, 2011 18:44, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
rakash 
We called it war!


Pomógł: 8 razy
Dołączył: 29 Sty 2010
Posty: 2841
Wysłany: Sob Lut 05, 2011 21:02   

Dysocjacje?

http://lukaszklimek.blog....2,ID418128565,n

Tu jest ciekawa osobista obserwacja. Kto jest chory psychicznie i potrzebuje pomocy?
_________________

 
     
BadaniePsyche

Dołączył: 05 Sie 2017
Posty: 1
Wysłany: Sob Sie 05, 2017 04:19   

Poszukujemy osób, u których zdiagnozowano zaburzenia konwersyjne, DDNOS lub dysocjacyjne zaburzenie tożsamości i które zgodzą się wypełnić online kilka testów. Pomoże nam to dokończyć prace nad wdrożeniem polskiej wersji cennych narzędzi klinicznych, które ułatwiają wykrywanie objawów dysocjacyjnych. Testy można uzupełnić anonimowo. Uczestnik uzyska informację zwrotną o swoich wynikach. Jest test możliwość skorzystania bezpłatnie z konsultacji w Centrum Badań nad Traumą i Dysocjacją na Uniwersytecie SWPS w Katowicach. Link do badania: http://badaniepsyche.pl/diagnostyka
 
     
Sentinel 

Dołączył: 05 Sie 2017
Posty: 127
Wysłany: Sob Sie 05, 2017 15:03   

BadaniePsyche napisał/a:
Poszukujemy osób, u których zdiagnozowano zaburzenia konwersyjne, DDNOS lub dysocjacyjne zaburzenie tożsamości i które zgodzą się wypełnić online kilka testów. Pomoże nam to dokończyć prace nad wdrożeniem polskiej wersji cennych narzędzi klinicznych, które ułatwiają wykrywanie objawów dysocjacyjnych. Testy można uzupełnić anonimowo. Uczestnik uzyska informację zwrotną o swoich wynikach. Jest test możliwość skorzystania bezpłatnie z konsultacji w Centrum Badań nad Traumą i Dysocjacją na Uniwersytecie SWPS w Katowicach. Link do badania: http://badaniepsyche.pl/diagnostyka


To się kolokwialnie nazywa "zacząć leczenie od zadka strony". Brakuje chętnych do testowania psychotropów i trzeba urządzać łapanki w necie?

Psychotropy powodują zaburzenia | O psychiatrii.pl
http://opsychiatrii.pl/ps...uja-zaburzenia/
 
     
sapero84

Dołączył: 23 Cze 2017
Posty: 17
Wysłany: Nie Sie 06, 2017 23:21   

Choroby psychiczne to wymysł. Wiele problemów z mózgiem można pokonać chelatując jony metali ciężkich z mózgu.
Ostatnio zmieniony przez sapero84 Nie Sie 06, 2017 23:31, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Sentinel 

Dołączył: 05 Sie 2017
Posty: 127
Wysłany: Pon Sie 07, 2017 10:30   

sapero84 napisał/a:
Choroby psychiczne to wymysł. Wiele problemów z mózgiem można pokonać chelatując jony metali ciężkich z mózgu.


Ciekawa teoria.
Te spowodowane urazami czaszkowo-mózgowymi też da się tak leczyć?
 
     
sapero84

Dołączył: 23 Cze 2017
Posty: 17
Wysłany: Pon Sie 07, 2017 18:17   

Urazy wymykają się definicji zaburzenia nabytego wskutek zatrucia lub oddziaływania zewnętrznych czynników (bakterie, wirusy, toksyny, braki witamin, minerałów). W zdecydowanej większości przypadków "choroby psychiczne" to efekt zatrucia organizmu - zwłaszcza mózgu.
 
     
Sentinel 

Dołączył: 05 Sie 2017
Posty: 127
Wysłany: Pon Sie 07, 2017 20:19   

sapero84 napisał/a:
Urazy wymykają się definicji zaburzenia nabytego wskutek zatrucia lub oddziaływania zewnętrznych czynników (bakterie, wirusy, toksyny, braki witamin, minerałów). W zdecydowanej większości przypadków "choroby psychiczne" to efekt zatrucia organizmu - zwłaszcza mózgu.


Twierdzenie, że większość chorób psychicznych jest spowodowana zatruciem metalami ciężkimi, jest co najmniej nadinterpretacją, a wmawianie ludziom chorym psychicznie, że przyczyną ich chorób są w znakomitej większości metale ciężkie, jest nadużyciem.
Czasy szalonych kapeluszników już minęły. Zaburzenia psychiczne spowodowane zatruciem ołowiem, kadmem też są bardzo rzadkie.
Nawet jeśli z jakichś powodów lekarz postawiłby błędną diagnozę, a "świadomy" pacjent zdecydowałby się na dość drogą zabawę z EDTA (bo rozumiem że o kwas wersenowy chodzi) to nie usunie metali ciężkich z adipocytów, które są w nich gromadzone.

W każdej bajce jest trochę prawdy. Participatory medicine to coś pomiędzy alt-medem a czysto naukowym podejściem.

"Because of the broad spectrum of etiologic factors of psychosis, it is easy to overlook the possible relationship of toxic exposure. Since psychiatrists receive little information about this during training, toxic etiologies of psychiatric syndromes are not often recognized. Severe encephalopathy resulting from high levels of alcohol intoxication is described in standard texts of psychiatry and neurology.[24] It is well established that certain other toxic substances also have the potential to disrupt normal brain physiology and impair neurological homeostasis.[25] These symptoms may include headache, fatigue, weakness, balance disturbance, impaired coordination, reduced memory span and concentration, as well as mood and personality changes which can be assessed as bipolar disorder or schizophrenia.[14][15][25]"

https://participatorymedicine.org/journal/perspective/narratives/2011/03/28/psychosis-possibly-linked-to-an-occupational-disease-an-e-patient%e2%80%99s-participatory-approach-to-consideration-of-etiologic-factors/
 
     
Sentinel 

Dołączył: 05 Sie 2017
Posty: 127
Wysłany: Pon Sie 07, 2017 20:25   

sapero84 napisał/a:
Urazy wymykają się definicji zaburzenia nabytego wskutek zatrucia lub oddziaływania zewnętrznych czynników (bakterie, wirusy, toksyny, braki witamin, minerałów). W zdecydowanej większości przypadków "choroby psychiczne" to efekt zatrucia organizmu - zwłaszcza mózgu.


Cały dowcip w tym, że wpływ "czynników zewnętrznych", które opisujesz, jest już dobrze poznany. Wielka ogólność z jaką o tym piszesz, świadczy o niewielkiej wiedzy.
 
     
sapero84

Dołączył: 23 Cze 2017
Posty: 17
Wysłany: Pon Sie 07, 2017 20:30   

Cytat:

Nawet jeśli z jakichś powodów lekarz postawiłby błędną diagnozę, a "świadomy" pacjent zdecydowałby się na dość drogą zabawę z EDTA (bo rozumiem że o kwas wersenowy chodzi) to nie usunie metali ciężkich z adipocytów, które są w nich gromadzone.

W każdej bajce jest trochę prawdy. Participatory medicine to coś pomiędzy alt-medem a czysto naukowym podejściem.



EDTA nie chelatuje metali z mózgu. Nie trzeba tzw. badań naukowych by wiedzieć, że są takie substancje których zażycie powoduje odmienne stany świadomości. Na pierwszy ogień idą psychodeliki. Skoro są substancje które zażyte poprzez układ pokarmowy, zastrzyk czy dostarczone inną drogą mogą wpłynąć znacząco na działanie mózgu, to dlaczego toksyny gromadzone w tkankach całego organizmu nie mogą owych objawów spowodować ?

Dla mnie bajką są tzw. choroby nieuleczalne. Poza urazami w wyniku których następuje fizyczne uszkodzenie struktur danego organu, każdą chorobę da się skutecznie wyleczyć. Ale nie tędy poszła medycyna. Takie postępowanie nie przynosi długofalowego dochodu.

Żyjemy w bardzo toksycznym środowisku, a rzekome powszechnie określane choroby cywilizacyjne należy rozpatrywać w ścisłym związku z postępem technologicznym owej cywilizacji.
Ostatnio zmieniony przez sapero84 Pon Sie 07, 2017 20:31, w całości zmieniany 2 razy  
 
     
sapero84

Dołączył: 23 Cze 2017
Posty: 17
Wysłany: Pon Sie 07, 2017 21:21   

Cytat:


Cały dowcip w tym, że wpływ "czynników zewnętrznych", które opisujesz, jest już dobrze poznany. Wielka ogólność z jaką o tym piszesz, świadczy o niewielkiej wiedzy.


Wielką ogólność powinni stosować przede wszystkim lekarze, bo tylko ona w skojarzeniu z "dobrym poznaniem" czynników zewnętrznych może doprowadzić do wyleczenia osoby chorej.
 
     
Sentinel 

Dołączył: 05 Sie 2017
Posty: 127
Wysłany: Pon Sie 07, 2017 21:23   

sapero84 napisał/a:
Dla mnie bajką są tzw. choroby nieuleczalne. Poza urazami w wyniku których następuje fizyczne uszkodzenie struktur danego organu, każdą chorobę da się skutecznie wyleczyć. Ale nie tędy poszła medycyna. Takie postępowanie nie przynosi długofalowego dochodu.


To zmienia postać rzeczy. Nie pozostaje mi nic innego, jak podziękować za ciekawą konwersację i poczekać na hurtowe uzdrowienia. ;)
 
     
sapero84

Dołączył: 23 Cze 2017
Posty: 17
Wysłany: Pon Sie 07, 2017 21:36   

Cytat:
Nie pozostaje mi nic innego, jak podziękować za ciekawą konwersację i poczekać na hurtowe uzdrowienia. ;)


Masowe wyzdrowienia są możliwe tylko wtedy kiedy usuwać się będzie przyczyny ich powstania. Czego z całego serca wszystkim życzę.
 
     
Sentinel 

Dołączył: 05 Sie 2017
Posty: 127
Wysłany: Pon Sie 07, 2017 22:12   

sapero84 napisał/a:


Masowe wyzdrowienia są możliwe tylko wtedy kiedy usuwać się będzie przyczyny ich powstania.



actum ne agas
Ostatnio zmieniony przez Sentinel Pon Sie 07, 2017 23:43, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
sapero84

Dołączył: 23 Cze 2017
Posty: 17
Wysłany: Wto Sie 08, 2017 01:11   

Swoją drogą, zainteresowanych zagadnieniem wpływu metali ciężkich na funkcje umysłowe odsyłam do artykułu znajdującego się pod tym linkiem KLIK
 
     
Sentinel 

Dołączył: 05 Sie 2017
Posty: 127
Wysłany: Wto Sie 08, 2017 09:02   

sapero84 napisał/a:
Swoją drogą, zainteresowanych zagadnieniem wpływu metali ciężkich na funkcje umysłowe odsyłam do artykułu znajdującego się pod tym linkiem KLIK


Co z tego tekstu wynika? Wynika że dysfunkcje w zakresie metabolizowania i wydalania metali cięzkich się dziedziczy. To jest dowód na to, że istnieje selekcja naturalna, a nie dowód na to, że trzeba jeść suplementy diety.
 
     
sapero84

Dołączył: 23 Cze 2017
Posty: 17
Wysłany: Wto Sie 08, 2017 13:28   

Przyjacielu. Tak się składa, że mam bardzo duże doświadczenia z neurologami, psychologami i psychiatrami. W wieku trzech lat zachorowałem na lekooporną padaczkę. Po upływie około dziesięciu lat, kiedy nie spodobała mi się perspektywa brania do końca życia "leków" sam je odstawiłem. Mój stan zdrowia się diametralnie poprawił i zacząłem reagować na leki po włączeniu jakiś ziół, z których spożywałem herbatki. Niestety wtedy byłem jeszcze brzdącem. Te rośliny wykombinowała moja matka i nie wiem teraz ani ja, ani ona jak się ta roślina nazywała. I tak oto z padaczki lekoopornej wyleczyłem się chwilę po opuszczeniu szpitala. Ostatni mój atak padaczki przypada na rok 1988, czyli na okres kiedy miałem cztery lata.

Około czternastego roku życia odstawiłem "leki". Mniej więcej cztery lata później trafiłem do psychiatry. Mój stan zdrowia był do tego stopnia zły, że zacząłem się okaleczać, miewałem myśli samobójcze. Przerobiłem na sobie różne terapie. Nie chce mi się o tym pisać, bo naprawdę jest tego ogromna ilość, ale chodzi mi tylko o to, że praca mózgu jest zależna od całej reszty. Mózg nie działa samodzielnie w oderwaniu od pozostałych procesów zachodzących w organizmie np. w wątrobie. Zmień choćby źródło energii z glukozy na ciała ketonowe i zobaczysz taką potężną różnicę w pracy mózgu, że aż się nad tym zastanowisz.

Obecnie ludzi się zalewa węglowodanami, dodatkami do żywności czy pestycydami. Rozwija się szkodzące pracy mózgu bezprzewodowe technologie, nie zwraca się w ogóle uwagi na ilość smogu E-M. Wpaja się, że tłuszcz jest fuj, i stosuje modyfikacje genetyczne roślin. Tego jest bardzo dużo. Ludzie chodzą jak zombie, totalnie zakręceni. Z małą którą osobą idzie normalnie porozmawiać. Szybko pojawia się nerwowość, agresja i cała masa innych rzeczy.

To w jaki sposób "leczy" się dzisiaj ludzi to jakaś parodia. Ludzie schorowani nadal chorują posiadając wprawdzie w słabszym nasileniu objawy, ale dołączają do nich kolejne spowodowane samym "leczeniem" Brakuje ogólnego i całościowego podejścia do problematyki. Medyków nie uczy się o przyczynach, i nie naciska na ich zwalczanie.

Sentinel napisał/a:

Wynika że dysfunkcje w zakresie metabolizowania i wydalania metali cięzkich się dziedziczy. To jest dowód na to, że istnieje selekcja naturalna, a nie dowód na to, że trzeba jeść suplementy diety.


Dla nich albo jest coś "dziedziczne" albo "nieuleczalne" Jeżeli nawet jest dziedziczne i choroba powstała w wieku 38 lat, dlaczego jej nie było w wieku 31 lat. Nawet kiedy by przyjąć dziedziczność, w dalszym ciągu musi być coś co zdeterminuje rozwój danej choroby. Teorie spiskowe o dziedziczności i nieuleczalności chorób można włożyć w między bajki. Powodem nieuleczenia choroby jest niewłaściwy sposób leczenia. Jeżeli nie da się czegoś wyleczyć, to nie dlatego, że choroby nie da się wyleczyć, tylko dlatego, że leczy się niewłaściwym sposobem.

Witaminy i minerały leczą. To nie są żadne czary mary, a czysta fizjologia. To jakich w danym przypadku użyć jest już dużo bardziej kłopotliwe. Ciężko określać dawki. Nie zmienia to jednak faktu, że sama koncepcja leczenia tym czego organizmowi brakuje jest słuszna. Z dr. Kwaśniewskim też walczono, wpajając ludziom - i czyni się to po dziś dzień - że tłuszcze zwierzęce i cholesterol są przyczyną miażdżycy. Gdyby ludzie zaczęli się żywić w podobny sposób do zaleceń Kwaśniewskiego, zapadalność na choroby by spadła. W dalszym ciągu byłyby choroby z powodu zatruć, ale ludzi chorych byłoby mniej.

Kiedy w 2012 roku stwierdzono u mnie HCV, to oznajmiono, że mam bardzo małe szanse na wyleczenie. Miałem włóknienie na poziomie F3.2 (o ile mnie pamięć nie myli) Zarażony byłem genotypem 2 IL28 CT. Szanse na wyleczenie oceniano na 32%. W moim przypadku jednak zastosowano lek Harvoni. Pozbyłem się wirusa. Z trudnej do leczenia jeszcze do niedawna WZW-C dziś leczy się ją z niemalże 100% powodzeniem. Mało kogo nie da się wyleczyć. Co się stało ? Choroba stałą się mniej zjadliwa, czy zastosowano lepszy sposób leczenia ? Podobnie jest z "chorobami nieuleczalnymi". W moim przypadku oddziaływano na przyczynę - wirusa, a nie objawy. Sam zdążyłem zauważyć, że wspieranie wątroby, przynosi bardzo pozytywne zmiany w pracy mózgu. Stosowałem dotychczas kolendrę z chlorellą, oraz kwas alfa liponowy. Jednak nie stosowałem tego wystarczająco długo. Przymierzam się do chelatacji przy użyciu DMSA. Chcę tym razem zabrać się za to na poważnie. Po jakimś czasie wezmę się za chelatację metali z mózgu przy pomocy ALA.

Problem z ludźmi chorymi jest taki, że często chcą wziąć kapsułkę która ich wyleczy, ale nadał żyć toksycznie. Trzeba zacząć od zmian wokół siebie i w sobie. Dotyczy to przede wszystkim osób z tzw. "chorobami psychicznymi" Ci ludzie na ogół tak wierzą w swoją ułomność, niemoc zmian, oraz autorytet psychiatry, że kiedy ten powie że te objawy są wynikiem choroby, to z automatu ci przestają pracować nad swoim charakterem, mentalnością itp. Wszystko starają się tłumaczyć chorobą, a przyjmowane kapsułki mają zmienić ich sposób myślenia, charakteru czy osobowości.
 
     
Sentinel 

Dołączył: 05 Sie 2017
Posty: 127
Wysłany: Śro Sie 09, 2017 08:31   

sapero84 napisał/a:
Przyjacielu. Tak się składa, że mam bardzo duże doświadczenia z neurologami, psychologami i psychiatrami. W wieku trzech lat zachorowałem na lekooporną padaczkę. Po upływie około dziesięciu lat, kiedy nie spodobała mi się perspektywa brania do końca życia "leków" sam je odstawiłem. Mój stan zdrowia się diametralnie poprawił i zacząłem reagować na leki po włączeniu jakiś ziół, z których spożywałem herbatki. Niestety wtedy byłem jeszcze brzdącem. Te rośliny wykombinowała moja matka i nie wiem teraz ani ja, ani ona jak się ta roślina nazywała. I tak oto z padaczki lekoopornej wyleczyłem się chwilę po opuszczeniu szpitala. Ostatni mój atak padaczki przypada na rok 1988, czyli na okres kiedy miałem cztery lata.

Około czternastego roku życia odstawiłem "leki". Mniej więcej cztery lata później trafiłem do psychiatry. Mój stan zdrowia był do tego stopnia zły, że zacząłem się okaleczać, miewałem myśli samobójcze. Przerobiłem na sobie różne terapie. Nie chce mi się o tym pisać, bo naprawdę jest tego ogromna ilość, ale chodzi mi tylko o to, że praca mózgu jest zależna od całej reszty. Mózg nie działa samodzielnie w oderwaniu od pozostałych procesów zachodzących w organizmie np. w wątrobie. Zmień choćby źródło energii z glukozy na ciała ketonowe i zobaczysz taką potężną różnicę w pracy mózgu, że aż się nad tym zastanowisz.

Obecnie ludzi się zalewa węglowodanami, dodatkami do żywności czy pestycydami. Rozwija się szkodzące pracy mózgu bezprzewodowe technologie, nie zwraca się w ogóle uwagi na ilość smogu E-M. Wpaja się, że tłuszcz jest fuj, i stosuje modyfikacje genetyczne roślin. Tego jest bardzo dużo. Ludzie chodzą jak zombie, totalnie zakręceni. Z małą którą osobą idzie normalnie porozmawiać. Szybko pojawia się nerwowość, agresja i cała masa innych rzeczy.

To w jaki sposób "leczy" się dzisiaj ludzi to jakaś parodia. Ludzie schorowani nadal chorują posiadając wprawdzie w słabszym nasileniu objawy, ale dołączają do nich kolejne spowodowane samym "leczeniem" Brakuje ogólnego i całościowego podejścia do problematyki. Medyków nie uczy się o przyczynach, i nie naciska na ich zwalczanie.

Sentinel napisał/a:

Wynika że dysfunkcje w zakresie metabolizowania i wydalania metali cięzkich się dziedziczy. To jest dowód na to, że istnieje selekcja naturalna, a nie dowód na to, że trzeba jeść suplementy diety.


Dla nich albo jest coś "dziedziczne" albo "nieuleczalne" Jeżeli nawet jest dziedziczne i choroba powstała w wieku 38 lat, dlaczego jej nie było w wieku 31 lat. Nawet kiedy by przyjąć dziedziczność, w dalszym ciągu musi być coś co zdeterminuje rozwój danej choroby. Teorie spiskowe o dziedziczności i nieuleczalności chorób można włożyć w między bajki. Powodem nieuleczenia choroby jest niewłaściwy sposób leczenia. Jeżeli nie da się czegoś wyleczyć, to nie dlatego, że choroby nie da się wyleczyć, tylko dlatego, że leczy się niewłaściwym sposobem.

Witaminy i minerały leczą. To nie są żadne czary mary, a czysta fizjologia. To jakich w danym przypadku użyć jest już dużo bardziej kłopotliwe. Ciężko określać dawki. Nie zmienia to jednak faktu, że sama koncepcja leczenia tym czego organizmowi brakuje jest słuszna. Z dr. Kwaśniewskim też walczono, wpajając ludziom - i czyni się to po dziś dzień - że tłuszcze zwierzęce i cholesterol są przyczyną miażdżycy. Gdyby ludzie zaczęli się żywić w podobny sposób do zaleceń Kwaśniewskiego, zapadalność na choroby by spadła. W dalszym ciągu byłyby choroby z powodu zatruć, ale ludzi chorych byłoby mniej.

Kiedy w 2012 roku stwierdzono u mnie HCV, to oznajmiono, że mam bardzo małe szanse na wyleczenie. Miałem włóknienie na poziomie F3.2 (o ile mnie pamięć nie myli) Zarażony byłem genotypem 2 IL28 CT. Szanse na wyleczenie oceniano na 32%. W moim przypadku jednak zastosowano lek Harvoni. Pozbyłem się wirusa. Z trudnej do leczenia jeszcze do niedawna WZW-C dziś leczy się ją z niemalże 100% powodzeniem. Mało kogo nie da się wyleczyć. Co się stało ? Choroba stałą się mniej zjadliwa, czy zastosowano lepszy sposób leczenia ? Podobnie jest z "chorobami nieuleczalnymi". W moim przypadku oddziaływano na przyczynę - wirusa, a nie objawy. Sam zdążyłem zauważyć, że wspieranie wątroby, przynosi bardzo pozytywne zmiany w pracy mózgu. Stosowałem dotychczas kolendrę z chlorellą, oraz kwas alfa liponowy. Jednak nie stosowałem tego wystarczająco długo. Przymierzam się do chelatacji przy użyciu DMSA. Chcę tym razem zabrać się za to na poważnie. Po jakimś czasie wezmę się za chelatację metali z mózgu przy pomocy ALA.

Problem z ludźmi chorymi jest taki, że często chcą wziąć kapsułkę która ich wyleczy, ale nadał żyć toksycznie. Trzeba zacząć od zmian wokół siebie i w sobie. Dotyczy to przede wszystkim osób z tzw. "chorobami psychicznymi" Ci ludzie na ogół tak wierzą w swoją ułomność, niemoc zmian, oraz autorytet psychiatry, że kiedy ten powie że te objawy są wynikiem choroby, to z automatu ci przestają pracować nad swoim charakterem, mentalnością itp. Wszystko starają się tłumaczyć chorobą, a przyjmowane kapsułki mają zmienić ich sposób myślenia, charakteru czy osobowości.


Żeby te bajki chociaż oryginalne były, a to taka sama ściema jak tysiące innych, które krążą w sieci.
"Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma..."
 
     
Sentinel 

Dołączył: 05 Sie 2017
Posty: 127
Wysłany: Wto Paź 03, 2017 12:56   

Coś dla Kangura, bo jest tu o "acidification of the blood". Co ciekawe, to zakwaszenie odgrywa także znaczną rolę w leczeniu nowotworów za pomocą KD, bo jak wynika z części prac, lekkie zakwaszenie krwi i tkanek okalających guzy umożliwia ingerencję układu immunologicznego. O ile nie zniszczy się wcześniej układu odpornościowego chemioterapią i da się mu szansę żeby zadziałał. "Odkwaszanie sodą" w chorobach nowotworowych przyniesie skutek odwrotny. Zakwaszać tak jak pisze Australijczyk.

The ketogenic diet for type II bipolar disorder
http://www.tandfonline.co...794.2012.690421
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Akademia Zdrowia Dan-Wit informuje, że na swoich stronach internetowych stosuje pliki cookies - ciasteczka. Używamy cookies w celu umożliwienia funkcjonowania niektórych elementów naszych stron internetowych, zbierania danych statystycznych i emitowania reklam. Pliki te mogą być także umieszczane na Waszych urządzeniach przez współpracujące z nami firmy zewnętrzne. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej o celu stosowania cookies oraz zmianie ustawień ciasteczek w przeglądarce.

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template modified by Mich@ł

Copyright © 2007-2017 Akademia Zdrowia Dan-Wit | All Rights Reserved